Wiedza naukowa
zajmująca się czynnikami szkodliwymi, czyli noksologia (od łac. noxa –
czynnik szkodliwy), uwzględnia szereg pomijanych zazwyczaj aspektów
oddziaływania czynnika szkodliwego na człowieka, do których należy
zróżnicowana podatność poszczególnych osób (rodzin) na czynnik
szkodliwy występujący w pojedynkę lub wespół z innymi, wzajemnie
potęgującymi niepożądane oddziaływanie na zdrowie. W noksologii za
punkt wyjścia procesu diagnostycznego przyjmuje się przyczynę zgodnie z
zasadą wyrażoną po łacinie słowami POSITA CAUSA, PONITUR EFFECTUS,
czyli „gdy działa przyczyna, jest i skutek” oraz NIHIL FIT SINE CAUSA - "nic nie
dzieje się bez przyczyny".
DO ZGŁASZANIA SKUPISK
FORMULARZ KONTAKTOWY
NA STRONIE GŁÓWNEJ
SKUPISKA
CHOROBY W POLSCE
DISEASE CLUSTERS IN POLAND
It is Europe that
is sick, all Europe with
the exception of
Poland. Neal Ascherson
Scottish historian Poland
(in English)
MOVE FOR HEALTH
WALK
POLAND GMO FREE LAND NUKES FREE LAND LAND OF THE FREE *** Poles
are fiercely independent and
stand up for their beliefs. US
Ambassador to Poland Victor
Ashe, Sept 24, 2008 ***
Poland
to ban Monsanto’s
genetically
modified maize
by Agence France-Presse
April 4, 2012
Poland will impose
a
complete ban
on growing the MON810
genetically modified strain
of
maize made by US company
Monsanto on its territory,
Agriculture
Minister
Marek Sawicki said Wednesday.
“The decree is in the works.
It
introduces a complete
ban on the MON810 strain
of maize in Poland,"
Sawicki told reporters,
adding that pollen
of this strain could have
a harmful effect on bees. GMO KILLS BEES
real +
virtual =
symbiotic space
the epidemiologist's view
of the ACTA controversy:
free entities appreciate symbiosis,
parasites hate symbiosis
- dr Halat
miesięcznik
"Świat Konsumenta"
Nr 1
(72) styczeń 2008
Strona Hałata
POŻEGNANIE Z MIĘSEM
Drogę od średniowiecznej łaciny carnem levare, przez ludowe carne vale,
do naszego karnawału łatwo rozpoznać, trudniej wytłumaczyć przyczynę,
dla której Polacy słowo to odnoszą do całego okresu zapustów, zamiast
do ostatniej jego części – mięsopustów.
Przedstawiane jako sukces przywrócenie eksportu mięsa do Rosji wpłynie
na wzrost cen w kraju, co może doprowadzić do niekontrolowanych erupcji
gniewu ludu o przełomowych skutkach znanych z nie tak dawnej
przeszłości. Historia PRLu roi się od wiekopomnych wydarzeń, w
których „niesprawiedliwa” dostępność
mięsa była
zapalnikiem beczki prochu, może dlatego, że przemawiała do wyobraźni
każdego zwykłego zjadacza mięsa i pozwalała tłumnie oprotestować
narodowe krzywdy zamaskowane wstydliwie ukrywanym dzisiaj
hasłem
„socjalizm - tak, wypaczenia - nie”. Za wypaczenia w planowej
gospodarce mięsem orzekano i wykonywano wyroki śmierci. Obalanie
światowego systemu komunistycznego zaczęło się od wykrycia prawdziwej
zawartości puszek, których wywóz do ZSRR udaremnili lubelscy kolejarze
, bo przyspawali wagony do torów. W puszkach nie było farby, jak
głosiły etykiety. Była szynka. W Polsce Ludowej dostępna tylko w
sklepach za żółtymi firankami dla ważnych partyjniaków i zbrojnego
ramienia partii – MO, ZOMO itp. Zwykły obywatel PRLu mógł kupić szynkę
za dolary w Peweksie w niebotycznej na ówczesne warunki cenie, albo
szukać zaopatrzenia na wsi, wchodząc w tajniki świniobicia i
innych rodzajów uboju podwórkowego, porcjowania, paczkowania i wreszcie
zamrażania w cieszących się wielkim wzięciem zamrażarkach domowych.
Wycyzelowanej precyzji i totalnej klapy systemu kartek na mięso nie
wymyśliłby nawet George Orwell. Po co zresztą sięgać po fikcję
literacką, skoro twórca i nadzorca systemu kartkowego PRL jest liderem
jednej z czterech frakcji Sejmu obecnej kadencji i zapewne chętnie
podzieli się wspomnieniami z młodzieżą, z racji wieku prawdziwie
lewicową.
Znając przeszłość, można zrozumieć teraźniejszość. Płynące z niedawnej
historii zbiorowe doświadczenie Polaków starannie wykorzystują światowe
koncerny agrochemiczne, produkujące wszystko, co da się przerobić na
mięso i produkty zwane mięsnymi, zwłaszcza pasze, antybiotyki,
substancje dodatkowe i inne składniki pasz i gotowych wyrobów.
Idylliczne obrazki z wiejskiej zagrody można jeszcze zobaczyć w
elementarzu i w niedobitych globalizacją gospodarstwach rodzinnych.
Prawdziwa wielkoprzemysłowa produkcja mięsa na masową skalę odbywa się
w ogromnych halach fabrycznych. Nowoczesne fabryki mięsa przerabiają
genetycznie modyfikowaną soję i kukurydzę na tkanki zwierzęce. Zapisano
juz tony twardych dysków o szkodliwym wpływie pasz złożonych z
wynalazków inżynierii genetycznej na zdrowie i dobrostan zwierząt
hodowlanych. Zresztą trudno mówić o dobrostanie w warunkach
intensywnego tuczu, kiedy to z żywej istoty czyni sie precyzyjną
maszynę do przetwarzania paszy na mięso, nabiał i podroby. Każdy
mieszczuch, który miał jakiekolwiek zwierzę salonowe, dobrze wie, ze
zwierzęta – tak samo jak ludzie – wyróżniają się odmiennymi
charakterami i upodobaniami, nawet jeśli są rodzeństwem. W zmienności
tkwi przecież potęga przyrody ożywionej. Dotyczy to również mieszkańców
obory, chlewu i kurnika. Każdy wie, jak skończą, ale doceniamy ich
indywidualność, choćby wołając do nich: Łaciata, Chrumka, czy Czubatka.
Zwierzęta salonowe - psy i koty, to z reguły członkowie rodzin,
zajmujący pozycję równorzędną, jeśli nie uprzywilejowaną w stosunku do
reszty domowników. Wiem co mówię, bo mój Misio manipuluje mną równie
sprawnie jak macha ogonem.
Tymczasem
od
biologicznej maszyny hodowlanej wymaga się najwyższej osiągalnej
sprawności, daleko
przekraczającej najbardziej paskudne bariery chorej wyobraźni.
Maksimum przyrostu masy przy minimum odchodów, minimum odpadów
poubojowych, minimum energii na oświetlenie, wymianę powietrza oraz
ogrzanie lub ochłodzenie, zależnie od temperatury na zewnątrz budynku.
Tu święci tryumfy pomysłowość inżynierów genetycznych. Bawiąc się w
małego pana boga, z zapałem tworzą nowe istoty na zamówienie. Za drogo
kosztuje prąd na klimatyzacje brojlerni, usuwanie pierza i jego
utylizacja? Proszę bardzo - mamy w ofercie kurczaka bez pierza.
Z
przegrzania nie padnie, skubać nie trzeba. A odpychający konsumentów
czerwony kolor skóry da sie zamaskować w wyrobach gotowych do spożycia.
Jeśli to nie wystarczy, można sięgnąć po sprawdzone autorytety, które w
ramach pseudonaukowych kampanii zaświadczą, ze mięso mutantów jest
lepsze, bo zdrowsze.
Jeśli
nie
dojdzie do przełomu w ocenie konsumenckiej mięsa, a w warunkach
polskich do jego detronizacji z pozycji króla stołu, problemy z
produkcją mięsa będą tylko narastać. Pokoleniu ogłupionemu światem
Harrego Pottera i jemu podobnymi wynaturzeniami wciśnie sie każdy kit,
nawet najbardziej monstrualny. Wszelkie próby przemawiania do rozsądku
i tak zawiodą. Wszak walkmany, wieże i "koncerty" ogłuszyły jak
dotychczas 60% szóstoklasistów. Ci o zakupach mięsa zadecydują w
przyszłości.
A
już teraz
każdy podatnik w Unii Europejskiej składa się na przeogromne zyski
koncernów agrochemicznych dopłacając do produkcji rolnej wprost, czyli
płacąc po części za pasze i inne surowce fabryk mięsa, bądź pośrednio,
np. w postaci rekompensat za wybite stada, utylizowaną padlinę i pasze
i resztę ogromnych kosztów zwalczania np. ptasiej grypy.Dla
sprzedawców paszy każde ognisko zarazy w hodowlach przemysłowych to
okazja do co najmniej dwukrotnego zarobku, nie ma przecież znaczenia,
czy wyhodowane zwierzęta będą zjedzone czy spalone, a im dłużej trwa
spadek cen z powodu strachu konsumentów, tym więcej paszy zjedzą
niechciane na rynku zwierzęta. Kolejne źródła zarobku na paszach to
unijne lub krajowe dopłaty za spadek cen z powodu strachu konsumentów i
do eksportu poza obszar celny Wspólnot Europejskich. Tego też Orwell by
nie wymyślił. Państwo swoją siłą wydziera podatnikom
pieniądze,
aby wydać je na surowce do fabryk mięsa. Co na to ludzie w potrzebie
ratowania zdrowia i życia, którym odmówiono pomocy, tłumacząc się
brakiem pieniędzy? Pewnie sami kupiliby sobie świadczenie medyczne,
gdyby im nie zabrano pieniędzy z przeznaczeniem na pasze.
Należy
podkreślić, że technologie nowe i najnowsze z pozoru korzystne dla
wszystkich w rzeczywistości przerzucają obniżone koszty wytwarzania na
chorujących konsumentów, potwornie cierpiące zwierzęta i masywnie
skażone elementy środowiska - wodę, powietrze i glebę - tak w skali
lokalnej, jak i globalnej. Praktyki hodowlane przekraczające
wytrzymałość organizmów żywych oraz pojemność środowiska to
przedsięwzięcia technologiczne budzące protesty bardziej cywilizowanych
odłamów narodów świata, kierujących się ambicją wyższą niż chęć zysku
za wszelką cenę oraz szacunkiem dla ludzi i przyrody. Silne lobby
przemysłu mięsnego poprzez wpływ na ekspertów, ministrów i
parlamentarzystów wyjątkowo dopuszcza do głosu argumenty naukowe i
etyczne, które mogłyby obniżyć dynamikę wzrostu zysków ze sprzedaży
produktów zwierzęcych. Gdyby
było
inaczej, rozwiązania kluczowego problemu naszych czasów, jakim jest
emisja gazów cieplarnianych poszukiwanoby nie w proliferacji energii
atomowej z jej ryzykiem produkcji i odpadów a w ograniczeniu hodowli.
Wszak opublikowany w 2006r. raport Światowej Organizacji ds. Rolnictwa
i Wyżywienia ONZ (United Nations Food and Agriculture Organisation –
FAO) dowodzi, że hodowla generuje 18% emisji gazów cieplarnianych
mierzonej jako ekwiwalent dwutlenku węgla, więcej niż wszystkie formy
transportu łącznie. Przemysł
mięsny
jest głównym odbiorcą produktów przemysłu agrochemicznego. Wpływy i
możliwości sprawcze koncernów farmaceutycznych w znacznej mierze
koncentrują się na ochronie interesów na rynku antybiotyków i hormonów
wchodzących w skład pasz wytwarzanych w skali przemysłowej. Wystarczy
wiedzieć, że to hodowla zużywa 90% produkowanych antybiotyków, a tylko
reszta, a więc zaledwie 1/10 jest wykorzystywana na inne potrzeby, w
tym do leczenia ludzi, na tyle skutecznego, na ile pozwala
antybiotykooporność zakażeń bakteryjnych. Bogatą literaturę
uzupełniającą czarny obraz wpływu fabryk mięsa na dewastację gwałtownie
kurczących się zasobów wody, która mogłaby być przeznaczona do spożycia
przez ludzi, uzupełnia artykuł zamieszczony w sierpniu 2007r. w
„Applied and Environmental Microbiology”. Oto okazuje się, że geny
antybiotykooporności zawarte w gnojowicy odciekającej do wód
podziemnych nie tylko są w tych wodach łatwo wykrywalne, to jeszcze -
znajdując nowych gospodarzy - niektóre z nich mogą
amplifikować
się i w ten sposób niebezpiecznie zanieczyszczać wody
podziemne w
zasięgu większym niż będące ich źródłem bakterie. Zgubne
oddziaływanie fabryk mięsa na zdrowie pracowników i okolicznych
mieszkańców ma już bogatą literaturę, także w Polsce.
Utylizacja
odpadów zwierzęcych, zwłaszcza wysokiego ryzyka, jest jednym z
podstawowych problemów naszego państwa, które niezależnie od
publicznych wypowiedzi kolejnych ekip rządowych niezmiennie płaci za wykonane i
niewykonane w tym zakresie zadania jednemu przedsiębiorstwu.Państwo
ma problem z głowy i nie przygląda się zbyt dokładnie, co to
przedsiębiorstwo robi z padliną, bo mogłoby się okazać, że politycy i
urzędnicy musieliby sami się tym zająć z braku chętnych do wykonania
tak karkołomnego zlecenia. Żegnając
transporty
mięsa na wschód
nostalgicznym praszcziaj mjaso! pozostańmy w przekonaniu, że jest jak w
PRLu, tylko zmienił się Wielki Brat. dr Zbigniew
Hałat lekarz
specjalista
epidemiolog, w latach 90.
w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca
ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Prezes Stowarzyszenia Ochrony
Zdrowia
Konsumentów www.halat.pl/stowarzyszenie.html
miesięcznik "Świat Konsumenta" Nr 2 (73) luty
2008 Strona Hałata
NIEPRZYJEMNY ZAPACH, A WŁAŚCIWIE SMRÓD
Jeśli coś śmierdzi, to raczej cuchnie a nie pachnie.
Smród
nazwany odorem
śmierdzi jak śmierdział, tyle że czyni to jakby bardziej elegancko. Ale
smród prezentowany jako nieprzyjemny zapach jest po prostu
nie do
zniesienia. W kategoriach politycznych, nie medycznych. Wśród ludzi
występuje
osobnicza zmienność rozpoznawania bodźców węchowych, a poza tym do
odoru
można się przyzwyczaić. Progi węchowe pozwalające wykryć konkretne
odory,
uznać je za możliwe do wytrzymania, bądź stanowczo nieakceptowalne, są
indywidualnie zróżnicowane i u tej samej osoby zmienne w czasie. Na
pewno
to samo można powiedzieć o progach wrażliwości obywatelskiej na
bezczelność
funkcjonariuszy państwowych. Tu jednak zamiast fizjologii, socjologia
decyduje
o gniewnej odpowiedzi obywateli na bodźce negatywne. Nasza historia
dowodzi,
że progi cierpliwości zrazu wysokie mogą obniżyć się w oka mgnieniu, o
czym przekonał się każdy, kto traktował Polaków jak bydło. Dzisiaj
jednak
o nierogaciźnie.
Na wstępie cytat z depeszy Polskiej Agencji Prasowej z
godz.
4.45 dnia
8 stycznia 2008r.:
„Wyniki kontroli polskich chlewni wypadły tak źle, że wystraszyły nawet
kierownictwo Najwyższej Izby Kontroli. Jeden z jej pracowników
powiedział
"Polsce", że obawiając się reakcji, szefostwo NIK
zastanawiało
się
nawet nad utajnieniem raportu. Ostatecznie do tego nie doszło.
Postanowiono
jednak, że zostanie napisany w miarę oględnie - twierdzi informator
"Polski".
Dokument będzie opublikowany we wtorek. Gazecie udało się do niego
dotrzeć
wcześniej.”
I rzeczywiście 8. stycznia NIK udostępniła opinii
publicznej
dokument
KSR-41014/06 Nr ewid. 135/2007/P06106/KSR pod nazwą
„Informacja
o wynikach kontroli sprawowania nadzoru nad wielkoprzemysłowymi fermami
trzody chlewnej” zatwierdzony 23. listopada 2007r.
a
dotyczący
czynności kontrolnych przeprowadzonych w II półroczu 2006 r. m. in. w
13
wielkoprzemysłowych fermach trzody chlewnej i odpowiadających im
terytorialnie
13 powiatowych inspektoratach weterynarii i 13 powiatowych stacjach
sanitarno–epidemiologicznych.
W odnośnym materiale zamieszczonym w Biuletynie Informacji Publicznej
NIK
nr ewidencyjny 135/2007 z datą sporządzenia: 11/2007, ale ujawnionym
dopiero
8. stycznia 2007 można przeczytać, że zdaniem NIK „Koniecznością staje
się więc prowadzenie stałych, systematycznych kontroli ferm w celu
ochrony
zdrowia zwierząt, przekładającego się w konsekwencji na bezpieczeństwo
produktów pochodzenia zwierzęcego i zapewnienie ochrony zdrowia
publicznego.”
A więc NIK zamierzała ukryć wyniki opłacanej przez
podatników
pracy
dokumentującej zagrożenia zdrowia publicznego, w tym zdrowia
konsumenta.
Kontrolę przeprowadzono na terenie 7 województw, biorąc
pod
uwagę koncentrację
produkcji i potencjalną liczbę ferm trzody chlewnej o charakterze
przemysłowym.
Kontrolę zaplanowano w jednostkach, których działanie mogło mieć
bezpośredni,
lub pośredni wpływ na funkcjonowanie wielkoprzemysłowych ferm
trzody
chlewnej. Wyboru jednostek do kontroli przez NIK oraz niżej
wymienionych
ferm przez poszczególne inspekcje, organy nadzoru budowlanego i organy
skarbowe dokonano dwustopniowo, stosując metodę doboru losowego
prostego,
uwzględniając także dostępne informacje o wielkości pogłowia zwierząt
utrzymywanych
w fermach. Kontrolą objęto: w woj. dolnośląskim -
Gospodarstwo
Rolno-Handlowe
Stanisław M Krzysztof T. w Węgrzynowie oraz Gospodarstwo Rolne Lesław i
Czesława K. Proboszczów, w woj. kujawsko-pomorskim
- Maria
i Zdzisław Ć w Braniewie, „Prima” Sp. z o.o. ul. Marcelińska
92/94
ferma Krąplewice, w woj. łódzkim - Gospodarstwo Rolno Hodowlane
Stanisław
M., Krzysztof T. w Węgrzynowie Oddział w Niechcicach,
w
woj.
pomorskim - „Poldanor” S. A., ferma Koczała oraz Gospodarstwo Rolne
Adam
i Artur D. Grabowo Kościerskie, w woj. warmińsko-mazurskim - 8.
„Upałty-Rol”
Sp. z o.o. i „Agri” Sp. z o.o., ferma Radkiejmy, w woj.
Wielkopolskim
Przemysłowa Ferma Tuczu Trzody Chlewnej Miłostowo i
Zootechniczny
Zakład Doświadczalny Pawłowice - Centralny Ośrodek Hybrydyzacji Trzody
Chlewnej, w woj. Zachodniopomorskim „PRIMA” Sp. z o.o. ul.
Marcelińska
92/94 w Poznaniu, ferma Żabin i Przedsiębiorstwo Produkcji Zwierzęcej
Sp.
z o.o. Przybkowo. „PRIMA” i „Agri” to 100% własność koncernu SMITHFIELD
Inc., zaś „Poldanor” to spółka akcyjna skupiająca największych
producentów
trzody chlewnej w Danii.
Zaiste, nawet zastosowanie doboru losowego wskazało na
głównych winowajców,
zapytać jednak należy, dlaczego nie wykorzystano opłaconych przez
podatnika
wyników wcześniejszych kontroli podjętych przez NIK i inne organy
państwa.
Skoro badaniami kontrolnymi objęto okres od 1 stycznia 2004 r. do 30
czerwca
2006 r., to określając liczbę obiektów losowanych na terenie każdego z
województw, należało uwzględnić choćby Raport Głównego Inspektoratu
Ochrony
Środowiska „Informacja o przestrzeganiu wymagań ochrony środowiska
przez
wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej” (Warszawa, maj 2005), który
nie
mógłby być cytowany w publikacji Głównego Urzędu Statystycznego, gdyby
nie dotrzymywał wymogów Ustawy z dnia 29 czerwca 1995 r. o statystyce
publicznej.
Art. 56 tej ustawy przewiduje, że kto wbrew obowiązkowi przekazuje dane
statystyczne niezgodne ze stanem faktycznym, podlega grzywnie, karze
ograniczenia
wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
PRZESTRZEGANIE WYMAGAŃ OCHRONY ŚRODOWISKA
W WIELKOPRZEMYSŁOWYCH FERMACH TRZODY CHLEWNEJ
WEDŁUG WOJEWÓDZTW W okresie maj – czerwiec 2004 r.
WOJEWÓDZTWA
Liczba ferm
Ustalenia dotyczące
przestrzegania wymagań
ochrony środowiska
(posiadanie: decyzji, pozwolenia zintegrowanego, zezwolenia na emisję
gazów
lub pyłów, pozwolenia wodnoprawnego, programu gospodarowania odpadami;
dotrzymywanie warunków określonych w decyzjach, wywiązywanie się z
obowiązku
naliczania i uiszczania opłat, prowadzenie ewidencji) w
zakresie
ogółem w 2003
r.
w tym skontro
-lowanych
gospodarki
odpadami
ochrony powietrza
gospodarki
wodno-ściekowej
z uregulo
wanym stanem formalno
-prawnym
stwierdzone nieprawi
dłowości
z uregulowanym stanem formalno
-prawnym
stwierdzone nieprawi
dłowości
z uregulo
wanym stanem formalno
-prawnym
stwier
dzone niepraw
dłowości
P O L S K A
627
40
12
28
12
28
13
27
Dolnośląskie
11
2
-
2
-
2
-
2
Kujawsko-pomorskie
10
2
-
2
-
2
-
2
Lubelskie
50
1
-
1
-
1
-
1
Lubuskie
9
3
1
2
1
2
2
1
Łódzkie
25
2
-
2
-
2
-
2
Małopolskie
9
1
-
1
-
1
-
1
Mazowieckie
34
-
-
?
-
-
-
-
Opolskie
13
3
1
2
2
1
1
2
Podkarpackie
17
1
-
1
-
1
-
1
Podlaskie
67
1
-
1
-
1
1
-
Pomorskie
21
3
-
3
-
3
-
3
Śląskie
18
3
1
2
1
2
2
1
Świętokrzyskie
12
2
2
-
2
-
-
2
Warmińsko-mazurskie
22
5
-
5
-
5
-
5
Wielkopolskie
168
6
4
2
3
3
4
2
Zachodniopomorskie
141
5
3
2
3
2
3
2
Wracając do odorów ferm: NIK pisze w swoim raporcie
„Nieprzyjemny zapach,
występujący w ich otoczeniu był, w okresie objętym kontrolą, przyczyną
ok. 65% wszystkich skarg dotyczących zanieczyszczenia powietrza
kierowanych
do Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Na przykład: Mieszkańcy
wsi:
Sędziejowice, Śladków Mały, Śladków Duży, Chomentówek w woj.
świętokrzyskim
informowali Ministerstwo Środowiska o wywożeniu z fermy w Śladkowie,
gnojowicy
w nadmiernych ilościach (tworzące się zastoiska na polach) i związanym
z tym „nieznośnym fetorze”, zanieczyszczeniu cieków wodnych oraz
degradacji
walorów turystyczno-rekreacyjnych. Podobnym problem był sygnalizowany
przez
Europejskie Towarzystwo Ekologiczne - Koło w Kargowej. (…) Problemy
związane
z eksploatacją instalacji do chowu lub hodowli trzody chlewnej w
większości
dotyczyły zagospodarowania nawozów naturalnych i powstającej przy tym
uciążliwości
zapachowej. W woj. zachodniopomorskim, spośród 19 gmin, na terenie
których
funkcjonują wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej, mieszkańcy 7 gmin
nie wnosili skarg na ich użytkowanie. W pozostałych 12 gminach
większość
protestów mieszkańców i turystów dotyczyła odorów
powstających
przy
zagospodarowaniu na polach gnojowicy, a także rozbudowy istniejących
ferm,
lub przystosowania fermy bydła do produkcji trzody chlewnej. Na
przykład:
– Wójt Gminy Wierzchowo, w wyniku skargi mieszkańców 8 miejscowości,
wezwał
Spółkę „Prima” do zaprzestania rozdeszczowywania gnojowicy w sposób
powodujący
emisje odorów poza teren będący we władaniu Spółki. Z informacji Wójta
Gminy Wierzchowo wynika ponadto, że z chwilą rozpoczęcia działalności
przez
dwie fermy w Żeńsku i Żabinie, należące do Spółki „Prima”, oprócz skarg
mieszkańców okolicznych wsi dotyczących nieprzyjemnych zapachów podczas
nawożenia pól gnojowicą, okoliczni dyrektorzy zakładów pracy i
informowali
o złym samopoczuciu pracowników pracujących na powietrzu, a Kierownik
NZOZ
„Eskulap” poinformował o nasilającej się liczbie schorzeń takich jak:
astma,
zapalenie spojówek, nasilony kaszel.”
Wskazując na potencjalny czynnik sprawczy nagłego zgonu,
kontrolerzy
NIK udokumentowali bezpośrednie zagrożenie życia. Wspólną cechą
bezpośredniego
zagrożenia życia jest to, że czynnik wywołujący zaburza funkcję co
najmniej
jednego z układów ustroju bezpośrednio decydującego o życiu tj.
ośrodkowego
układu nerwowego, układu krążenia krwi i układu oddechowego. Ma tu
zastosowanie
art. 51. ustawy z dnia 23 grudnia 1994 r. o Najwyższej Izbie Kontroli,
który zobowiązuje kontrolera do niezwłocznego poinformowania kierownika
jednostki kontrolowanej o stwierdzeniu bezpośredniego
niebezpieczeństwa
dla życia lub zdrowia ludzkiego w celu zapobieżenia występującemu
niebezpieczeństwu,
zaś kierownik jednostki kontrolowanej obowiązany jest niezwłocznie
poinformować
kontrolera o podjętych działaniach zapobiegających temu stanowi
zagrożenia.
W przypadku powzięcia przez kontrolera uzasadnionego podejrzenia, że
działania
kierownika jednostki kontrolowanej są niewystarczające, powiadamia on
niezwłocznie
o stwierdzonych zagrożeniach kierownika jednostki nadrzędnej lub
właściwy
organ państwowy. Zarządzenie Prezesa Najwyższej Izby Kontroli z dnia 1
marca 1995 r. w sprawie postępowania kontrolnego szczegółowo określa
sposób
przekazanie przez kontrolera kierownikowi jednostki kontrolowanej
informacji
o stwierdzeniu bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia
ludzkiego.
Wspomniany właściwy organ państwowy to oczywiście Państwowa Inspekcja
Sanitarna, która zgodnie z ustawą z dnia 14 marca 1985 r.
jest
powołana
do realizacji zadań z zakresu zdrowia publicznego, w szczególności
poprzez
sprawowanie nadzoru m. in. nad warunkami higieny środowiska w celu
ochrony
zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i
uciążliwości
środowiskowych oraz zapobiegania powstawaniu chorób. Zgodnie z art. 27.
Ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, w razie stwierdzenia
naruszenia
wymagań higienicznych i zdrowotnych, państwowy inspektor sanitarny
nakazuje,
w drodze decyzji, usunięcie w ustalonym terminie stwierdzonych
uchybień.
Jeżeli naruszenie tych wymagań, spowodowało bezpośrednie zagrożenie
życia
lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje likwidację
hodowli
lub chowu zwierząt. Decyzje w tych sprawach podlegają natychmiastowemu
wykonaniu.
W 6 kontrolowanych stacjach sanitarno-epidemiologicznych
(Giżycku, Gołdapi,
Międzychodzie, Lesznie, Świeciu n/Wisłą i Szczecinku) zaniechano
przeprowadzania
kontroli ferm pod względem niektórych zagadnień. Na przykład: – W PSSE
w Giżycku, Gołdapi, Międzychodzie, Lesznie i Szczecinku nie
przeprowadzano
kontroli ferm w zakresie uciążliwości zapachowej, hałasowej oraz wpływu
ferm na życie i zdrowie okolicznych mieszkańców. – PSSE w Międzychodzie
nie kontrolowała jakości wody, a PSSE w Szczecinku nie prowadziła badań
wody ze studni przydomowych w pobliżu istniejących ferm. W ocenie NIK,
nadzór Państwowej Inspekcji Sanitarnej nad wielkoprzemysłowymi fermami
trzody chlewnej był nieskuteczny i prowadzony nierzetelnie. Pojawia się
pytanie czy o każdym przypadku prowadzącym do tej konkluzji był
niezwłocznie
powiadomiony Główny Inspektor Sanitarny, który może w każdym czasie
odwołać
państwowego wojewódzkiego i państwowego powiatowego inspektora
sanitarnego,
jeżeli przemawia za tym interes służby, a w szczególności, jeżeli
działalność
tego państwowego inspektora sanitarnego lub podległej mu jednostki może
zagrozić prawidłowemu wykonywaniu zadań Państwowej Inspekcji
Sanitarnej,
a zwłaszcza naruszyć bezpieczeństwo sanitarne na terenie właściwości
danej
jednostki. Państwowy inspektor sanitarny wyższego stopnia może
podejmować
wszelkie czynności należące do zakresu działania państwowego inspektora
sanitarnego niższego stopnia, jeżeli jest to wskazane ze względu na
szczególną
wagę lub zawiłość sprawy. Główny Inspektor Sanitarny koordynuje i
nadzoruje
ustawową działalność państwowych inspektorów sanitarnych. Nadzór nad
Głównym
Inspektorem Sanitarnym sprawuje minister właściwy do spraw zdrowia.
Prezes
Rady Ministrów odwołuje Głównego Inspektora Sanitarnego.
Doniesienia prasowe są dla prokuratury postawą do
wszczęcia
postępowania
sprawdzającego w sprawie podejrzenia popełnienia
przestępstwa, a
zgodnie z art. 303 kodeksu postępowania karnego, jeżeli zachodzi
uzasadnione
podejrzenie popełnienia przestępstwa, wydaje się z urzędu lub na skutek
zawiadomienia o przestępstwie postanowienie o wszczęciu śledztwa lub
dochodzenia,
w którym określa się czyn będący przedmiotem postępowania oraz jego
kwalifikację
prawną. Art. 7 ustawy z dnia 20 czerwca 1985 r. o prokuraturze podaje,
że jest obowiązany do podejmowania działań określonych w ustawach,
kierując
się zasadą bezstronności i równego traktowania wszystkich
obywateli.
Zdaniem niektórych sytuacja opisana w raporcie NIK
"Informacja o wynikach kontroli sprawowania nadzoru
nad wielkoprzemysłowymi fermami trzody chlewnej"
zakrawa na skandal.
Dla mnie megaskandalem jest
ukrywanie prawdy przez NIK
do godz.
10:00
dnia
8 stycznia 2008 r. (wtorek)
Odpowiedź BIP:
Nie znaleziono żadnych wyników
to dowód materialny naruszenia
przez NIK wszelkich praw
człowieka, obywatela,
konsumenta i podatnika,
który niezmiennie
utrzymuje bezproduktywną
kastę pseudokontrolerów
do politycznych poruczeń
miesięcznik "Świat Konsumenta" Nr 2 (41) luty 2005, str. 42-43 Strona Hałata
CZY MOŻEMY WYBRAĆ ZDROWIE?
Na zamieszczone na stronie internetowej www.halat.pl
pytanie
„Czego
się boisz?” 50% respondentów odpowiada, że boi się choroby,
32% -
biedy, 11% - innych nieszczęść, a pozostałe 7% twierdzi, że
nie
boi
się niczego. Dokonując złych wyborów, łatwo sprowadzić na siebie i
swoją
rodzinę chorobę i/lub biedę. Mądry po szkodzie Polak roku wyborczego
2005
pewnie uzna powyższe przekonanie za swoje i natychmiast zacznie
narzekać,
że nie ma na kogo głosować. Wreszcie wybierze gwiazdę reality show,
spikerkę,
tancerza z niebieskimi oczami, bądź też na złość wszystkim zrezygnuje
ze
swojego prawa wyborczego.
A tu na efekty absencji wyborczej czyhają nie tylko
drobne
kółka wzajemnej
adoracji, lecz także wspierane ciężkim pieniędzmi i zmasowaną
propagandą
tajno-jawne układy o skuteczności dobrze sprawdzonej nie tylko w naszym
kraju. Kto nie głosuje, ten bez żadnego oporu oddaje się im w niewolę.
Na przykład w niewolę komunizmu lub faszyzmu. Ponieważ Konstytucja RP w
art. 13. zakazuje istnienia partii politycznych i innych organizacji
odwołujących
się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania
narodowego
socjalizmu, faszyzmu i komunizmu, warto wiedzieć jak te nielegalne w
naszym
kraju ideologie definiuje Robert F. Kennedy Jr: "While communism is the
control of business by government, fascism is the control of government
by business". Kto jak kto, ale bratanek Johna F. Kennedy’ego,
do
dziś najbardziej kochanego prezydenta wszystkich Amerykanów, ma prawo
wyznaczać
granice współczesnej demokracji. Ma też prawo oceniać stan spraw w
swoim
kraju: "The Republicans are 95 percent corrupt and the Democrats are 75
percent corrupt. They are accepting money from the same corporations.”
Kiedy jednak Robert F. Kennedy Jr przyjeżdża na zaproszenie mieszkańców
Więckowic pod Poznaniem, aby przestrzec Polaków przed zgubną dla ludzi,
zwierząt i środowiska przemysłową hodowlą trzody chlewnej, zostaje
poddany
miażdżącej krytyce przez redakcję gazety sprawującą u nas realną
władzę.
Obrona przemysłowej hodowli w wykonaniu wiceprezesa Smithfield Foods na
łamach gazety decydującej o karierach ludzi i instytucji to oczywiste
ostrzeżenie
dla głównego inspektora sanitarnego, głównego inspektora ochrony
środowiska,
głównego lekarza weterynarii i wszystkich pozostałych organów państwa
odpowiedzialnych
za egzekwowanie obowiązującego prawa sanitarnego. Paraliż inspektorów
zmusza
do postawienia pytania: czy sami mamy wykrywać zagrożenia zdrowia i
życia
naszym węchem i innymi zmysłami? A co w takim razie z zagrożeniami,
których
nie można ani wywąchać ani zobaczyć? Takimi jak radionuklidy, dioksyny,
pestycydy, bisphenol A? To tragifarsa, czysty Szwejk. Szczególnie
niebezpieczne
dla wszystkich jest zatracenie ustawowej roli gwaranta zdrowia
publicznego
przez Państwową Inspekcję Sanitarną. Już nie aktywna prewencja a bierna
obserwacja skutków zagrożeń stoi za stanowiskiem Państwowego
Wojewódzkiego
Inspektora Sanitarnego w Poznaniu zawartym w piśmie do Wójta Gminy
Dopiewo
(HK-5010-40/03 z 20. listopada 2003r.): "Nie jest znany Państwowej
Inspekcji
Sanitarnej ani jeden przypadek skierowania mieszkańca Więckowic na
badania
toksykologiczne, które można by łączyć z wpływem istniejącej fermy na
zdrowie
i życie ludzi."
Akurat we wrześniu 2003r. mój zespół przeprowadził
pilotażowe
badania
epidemiologiczne w domach mieszkańców Więckowic. Pod
nieobecność
respondentów rejestrowano odpowiedzi dorosłych domowników (wywiad
rodzinny).
W przypadku nieobecności dorosłego domownika lub odmowy udzielania
odpowiedzi
informację o mieszkańcach pozyskiwano od miejscowego działacza
organizacji
ekologicznej, arbitralnie przypisując im brak skarg i dolegliwości.
Analizą
objęto 177 osób, w tym 89 respondentów zamieszkałych w odległości do
700
m od przemysłowej hodowli trzody chlewnej i 88 – w dalszej
odległości.
Mieszkańcy Więckowic potwierdzili wystąpienie w okresie lipiec –
wrzesień
2003r. zwykle co najmniej raz w tygodniu bólu głowy w 43 przypadkach,
kaszlu
w 38 przypadkach, piekących i łzawiących oczu w 31 przypadkach, bólów
mięśni
i stawów w 30 przypadkach oraz zatkania nosa w 29 przypadkach,
zmęczenia
bez wyraźnej przyczyny w 27 przypadkach i cieknącego nosa w 25
przypadkach.
Na zatkany nos i cieknący nos, piekące i łzawiące oczy oraz ból głowy
znacznie
częściej skarżyli się respondenci zamieszkali w odległości do 700 m od
hodowli przemysłowej niż zamieszkali w dalszej odległości. Odsetki osób
z potwierdzonymi objawami odniesiono do wyników badań Wing i Wolfa z
1999
roku w amerykańskim stanie Północna Karolina obejmujących trzy grupy
respondentów
(a) zamieszkałych w okolicy hodowli przemysłowej bydła, (b)
zamieszkałych
w okolicy hodowli przemysłowej trzody chlewnej i (c) bez hodowli
przemysłowej
w okolicy (grupa kontrolna). Uderzająco częstsze występowanie objętych
kwestionariuszem objawów u respondentów z Wielkopolski w porównaniu z
respondentami
z Północnej Karoliny wynikać może z większej ekspozycji Wielkopolan
wynikającej
z bliskiej odległości źródła skażenia powietrza od ich siedzib. Ta
różnica
nie występuje w przypadku odpowiedzi na pytania kontrolne, według badań
Wing i Wolfa obejmujące objawy ewidentnie nie związane z wpływem
hodowli
przemysłowej a dotyczące bólów mięśni i stawów, zmęczenia bez wyraźnej
przyczyny, widzenia jak za mgłą, czy zgagi. Wyniki tego badania
epidemiologicznego
były już skutecznie wykorzystane jako argument działaczy organizacji
ekologicznej
z Więckowic w protestach do władz i przed sądem.
Wśród odorów gnojowicy trzody chlewnej zidentyfikowano
od 100
do 200
substancji zapachowych. Progi wykrywalności mogą być aż tak niskie, jak
1 na miliard (10-9)a nawet 1 na trylion (10-12). Co najmniej 30 spośród
tych związków to związki szczególnie cuchnące o progach wykrywalności
poniżej
1 mikrograma na metr sześcienny: merkaptany, siarczki organiczne,
aminy,
kwasy organiczne, aldehydy i ketony. Dla siarkowodoru wyznaczono progi
toksykologiczne:
Zagrożenia zdrowia w zależności od stężenia siarkowodoru
w
powietrzu
[ppm]
0,01 – 0,7 próg wykrywalności węchem
3 – 5 odrażający odór (5 ppm TLV 8-godz.)
10 podrażnienie oczu, w tym spojówek (TLV 15-min.)
20 podrażnienie innych śluzówek i płuc
50 – 100 podrażnienie układu oddechowego
150 porażenie nerwu węchowego
200 ból głowy, zawroty głowy
500 - 600 nudności, pobudzenie psycho-ruchowe, utrata przytomności
700 – 2 000 zgon
_____
TLV -Threshold Limit Value, The American Conference of Governmental
Industrial Hygienists (ACGIH)
Toksykologia siarkowodoru w powietrzu, w tym
atmosferycznym,
daleko
wykracza poza powyższe zestawienie i nadal kryje wiele niewiadomych,
wśród
których uwzględnia się udział w powstawaniu raka, chorób układu
krążenia,
zaburzeń hormonalnych i żołądkowo-jelitowych oraz wzrastania i rozwoju,
zmian hematologicznych (w obszarze czerwonych i białych ciałek krwi,
metabolizmu
żelaza, hemostazy), a także patologii wątroby, układu immunologicznego,
skóry i błon śluzowych (w tym przyzębia, układu pokarmowego i oka),
układu
nerwowego (zaburzenia lipidowe, wpływ na neuromodulację, neurochemię,
wzrost
komórki nerwowej, enzymy i neurotransmitery układu nerwowego), nerek,
układu
rozrodczego oraz oddechowego, w tym obrzęku płuc, stanu zapalnego i
nadmiernej
reaktywności dróg oddechowych oraz przewlekłej choroby płuc. Poważne
znaczenie
w patologii człowieka ma też duży wolumen powstającego w hodowlach
przemysłowych
aerozolu mikrobiologicznego, amoniaku i odorów. Efekty skażenia
gnojowicą
powierzchniowych i podziemnych zbiorników wody są z natury rzeczy
odległe
i mało dostrzegalne przez odbiorców wody pozyskiwanej z tych źródeł
(chyba,
że dojdzie do padnięć zwierząt domowych w następstwie ostrego zatrucia
nieusuwalnymi w procesie uzdatniania mikrocystynami, methemoglobinemii
u niemowląt albo przekroczenia dopuszczalnych stężeń azotanów i
azotynów
w wodzie studziennej pobieranej w ramach nadzoru nad warunkami
hodowli).
Wbrew jednoznacznie negatywnemu stanowisku lekarzy medycyny, lekarze
weterynarii
na całym świecie współuczestniczą w niezwykle groźnym dla wszystkich
-
t. j. zarówno pracowników, mieszkańców, jak i konsumentów - procederze
nadużywania antybiotyków, których stosowanie pozwala przeżyć średnio 80
procentom zwierząt hodowanych w warunkach odległych od dobrostanu.
Padlina
co piątego zwierzęcia trafia do środowiska, tamże 25 - 75%
przepasażowanych
antybiotyków, związki arsenu i innych metali dodawanych do pasz. W
styczniu
2004r. Amerykańskie Stowarzyszenie Zdrowia Publicznego (American Public
Health Association - APHA) ogłosiło rezolucję wzywającą władze do
wprowadzenia
powodowanego zasadą ostrożności moratorium na wszelkie nowe lokalizacje
przemysłowych ferm trzody chlewnej oraz do podjęcia i wsparcia badań
naukowych
nad wpływem na zdrowie ludzi skażenia powietrza i wody.
Przetarg na przydatność polityków po wyborach 2005 już
się
rozpoczął.
Czy będzie to przetarg ograniczony do możnych sponsorów mniej lub
bardziej
sprawiedliwie finansujących konkurujące ze sobą partie „lewicy” i
„prawicy”,
czy też będzie to przetarg otwarty dla rzeczników realnej demokracji,
zależy
od wyborców, którym w odpowiedzi na tytułowe pytanie dedykuję definicję
zdrowia wg prof. Jana Karola Kostrzewskiego, nestora polskich
epidemiologów:
zdrowie społeczeństwa ludzkiego jest to nie tylko brak choroby oraz
dobry
stan zdrowia fizycznego, psychicznego i społecznego jednostek
składających
się na dane społeczeństwo, ale również harmonijny rozwój naturalny
ludności
oraz takie warunki otoczenia, które sprzyjają zdrowiu ludności.
dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny
i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów
http://www.halat.pl/stowarzyszenie.html
Zbigniew
Hałat Health Risk
Management &
Communication www.halat.pl Wpływ
przemysłowych ferm trzody
chlewnej na
zdrowie ludzi
BRAK NADZORU I NIEPRZESTRZEGANIE WYMAGAŃ WEDŁUG DANYCH STATYSTYKI PAŃSTWOWEJ
"Głos Wielkopolski", 30. października
2006r.
Wiatr winny przykremu zapachowi?
Zapach z fermy trzody chlewnej w Więckowicach, w gminie
Dopiewo, od
kilku dni jest nie do zniesienia. Mieszkańcy skarżą się na kłopoty z
oddychaniem.
Powód? Firma Agi Plus, należąca do polskiej filii amerykańskiego
koncernu
Smithfield Foods, wywozi na okoliczne pola obornik - wyjaśnia "Głos
Wielkopolski".
Ten fetor jest nie do zniesienia - opowiada sołtys wsi
Więckowice Edmund
Pawołek i jednocześnie prezes Stowarzyszenia Ekologicznego Ziemi
Więckowickiej.
Na wniosek sołtysa parę dni temu do wsi przyjechał urzędnik z gminy
Dopiewo.
Przyznał, że śmierdzi, ale nic w tej sprawie się nie
zmieniło.
Ze smrodem fermy mieszkańcy Więckowic walczą już od
czterech
lat. Bezskutecznie.
Na fermie hoduje się około 12.000 świń. Badania prowadzone przez dr.
Zbigniewa
Hałata w Więckowicach wykazały, że osoby mieszkające w odległości
mniejszej
niż 700 metrów od fermy częściej niż przeciętnie skarżą się na
dolegliwości
dolnych i górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego.
Według badań, 43 mieszkańców Więckowic cierpi co
najmniej raz
w tygodniu
na dokuczliwe bóle głowy (27,7%), 38 dokucza kaszel (21,5%), bardzo
często
pojawiają się również inne dolegliwości: piekące lub łzawiące oczy,
bóle
mięśni i stawów, zawroty głowy, biegunka i widzenie jak za mgłą oraz
ściskanie
klatki piersiowej.
Gdy kierunek wiatru jest od strony pola, zapach jest
trudny do
zniesienia.
- mówi Krzysztof Pawłowicz, naczelnik wydziału inspekcji z
Wojewódzkiego
Inspektoratu Ochrony Środowiska w Poznaniu. Problem w tym, że w Polsce
nie ma przepisów określających przekroczenia norm uciążliwych zapachów.
Mieszkańcy Więckowic mają pecha, bo choć firma nie ma pozwolenia na
tego
typu działalność, żaden z urzędów nie zdobył się na jej zamknięcie.
Sprawa
była już rozpatrywana przez prokuraturę i... umorzona.
Inspektorzy nadzoru budowalnego uznali, że firma
niezgodnie z
prawem
przebudowała fermę, ale sąd nie podzielił tej opinii. Natomiast władze
gminy, nie zdołały uchwalić zmian w planie zagospodarowania
przestrzennego,
które ograniczałyby działalność fermy. (PAP)
W Gminnym Domu Kultury w Kamienniku w województwie
opolskim 10
czerwca
br. odbyła się sesja rady gminy, podczas której radni zdecydowali, że
nie
chcą u siebie ani fermy przemysłowego tuczu świń, ani mającej jej
podobno
towarzyszyć biogazowni przerabiającej gnojowicę na gaz. Żaden radny nie
dał się przekonać o rzekomej nieszkodliwości takiej inwestycji dla
otoczenia.
Mieszkańcy tej uroczej sudeckiej miejscowości mieli już doświadczenie z
fetorem wysokoskoncentrowanej hodowli świń z ubiegłych dziesięcioleci,
gdy w sąsiedztwie istniało Państwowe Gospodarstwo Rolne. Dlatego radni,
po wysłuchaniu argumentów zwolenników i przeciwników przemysłowego
tuczu
świń, w głosowaniu jednogłośnie opowiedzieli się przeciwko zmianom w
planie
zagospodarowania przestrzennego pozwalającym na takie inwestycje. W
gminie
Kamiennik społeczeństwo głosami swoich radnych fermom przemysłowego
tuczu
świń powiedziało "nie".
Kamiennik jest typowo wiejską gminą położoną u samych stóp Sudetów.
Jadąc od strony Grodkowa, można zobaczyć Ślężę, Śnieżnicę i inne
górskie
szczyty. Ziemie są tu dobre - na pofałdowanych polach zielenią się
pszenice,
buraki cukrowe, gdzieniegdzie złocą się kwitnące plantacje rzepaku. I
aż
dziw bierze, że międzynarodowe koncerny z uporem godnym lepszej sprawy
wpychają się ze swoimi cuchnącymi "inwestycjami" w przepiękne,
właściwie
nieskażone okolice.
Przede wszystkim ferma
W Gminnym Domu Kultury w Kamienniku trwała nietypowa sesja rady gminy.
Sprawa była niezwykle poważna: gdyby ponownie w Kamienniku zaczęto
hodować
maciory na skalę przemysłową, dla nikogo takie sąsiedztwo nie byłoby
obojętne.
Innego zdania byli przedstawiciele G Bau & Service Polska Sp. z
o.o. z siedzibą w Opolu, żywo zainteresowani uruchomieniem fermy na
minimum
3 tysiące macior w budynkach po byłym PGR oraz wybudowaniem biogazowni
w jej najbliższym sąsiedztwie. Taka biogazownia, z różnymi perypetiami,
istniała już w latach siedemdziesiątych. W tamtych czasach hodowano w
kamiennickim
PGR ponad 10 tys. macior.
Kim jest inwestor z Opola? W ulotce rozdawanej przez Janusza
Kołodziejskiego,
prezesa zarządu G Bau & Service Polska Sp. z o.o., wynika, że
obecnie
firma pełni funkcję spółki celowej do realizacji nowych zamierzeń
gospodarczych
w zakresie produkcji zwierzęcej i ochrony środowiska. "(...) Inwestor
zapewnił
sobie w drodze zawarcia umów dzierżawy lub kupna dostęp do terenów
byłych
biogazowni ferm tuczu świń. Z chwilą otrzymania środków na inwestycję
tereny
te będą zakupione, aby mogły stanowić hipotetyczne zabezpieczenie dla
kredytobiorców
(...)". Rzuca to światło na sposoby i źródła dopływu finansów na
przeprowadzenie
realizacji inwestycji. Kilku moich rozmówców, będących w opozycji do
zamierzeń
opolskiej firmy, zwróciło uwagę na brzmiącą z niemiecka nazwę firmy
(zwłaszcza
jej pierwszy człon) przy jednoczesnym zapewnieniu zapisanym we
wspomnianej
ulotce, że osoba prawna G Bau & Service Polska Sp. z o.o.
należy
wyłącznie
do krajowych osób fizycznych.
- Skład chemiczny biogazu otrzymanego w wyniku biofermentacji jest
stosunkowo czysty, posiada wysoką wartość energetyczną, bo do 65
procent
objętości to metan. Biogaz posiada składniki czyste. Cała inwestycja
będzie
kontrolowana - przekonywał zebranych prezes Janusz Kołodziejski z G Bau
& Service Polska Sp. z o.o. Taka argumentacja nie przekonała
Elżbiety
Stolarczuk z Niemodlińskiego Klubu Ekologicznego. - Dotychczasowe
doświadczenia
z fermami przemysłowego tuczu świń wyraźnie pokazują, że te inwestycje
są państwem w państwie. Bardzo trudno służbom weterynaryjnym
przeprowadzić
jakiekolwiek kontrole, zatem instytucje państwowe nie będą mogły
kontrolować
tego, co tam się dzieje. Właściciele tychże ferm powiadają, że mają
własnych
weterynarzy. Okazuje się jednak, że hodowle świń w byłych PGR były
lepiej
kontrolowane niż obecnie w fermach należących do koncernu Smithfield,
Poldanor
i innych - ripostowała Elżbieta Stolarczuk.
Natomiast Zofia Osijewska, sołtys i radna w Niemodlinie, zwróciła
uwagę,
że na sto osiemdziesiąt wielkich ferm przemysłowego tuczu świń
funkcjonujących
w Polsce tylko połowa złożyła wnioski o pozwolenie zintegrowane.
- A ponadto wszystko wskazuje na to, że Polska może zapłacić aż 165
mln euro kar za nadmiar cukru i wieprzowiny. Zatem po co nam dodatkowe
fermy tuczu trzody chlewnej? Prawo polskie nie nakazuje budowy
biogazowni
przy wielkich chlewniach, a to oznacza, że w praktyce powstanie
chlewnia
z 3-5 tysiącami macior, a biogazownia już niekoniecznie, bo nikt nie
zmusi
inwestora do takiej inwestycji - podkreśliła Zofia Osijewska.
Między innymi to Elżbieta Stolarczuk i Zofia Osijewska ponad rok temu
postarały się o to, by w Grodźcu koło Niemodlina nie doszło do
zainstalowania
wielkiej hodowli trzody chlewnej przez jedną z firm wchodzących w skład
Animeksu, będącego filią koncernu Smithfield Foods.
Luksusy dla świń
Przedstawiciele G Bau & Service Polska Sp. z o.o. w Opolu nie
dawali
za wygraną. Ryszard Kowalczyk, projektant instalacji ekologicznych,
podkreślał,
że procedura uruchamiania biogazowni jest pewna. - Warunkiem realizacji
całej inwestycji jest biogazownia. W okolicach Kamiennika jest zlewnia
wód dla Nysy. Z niej czerpie wodę Wrocław. Dlatego nie może powstać
tutaj
taka inwestycja, która pozbawiona jest biogazowni - powiedział Ryszard
Kowalczyk. Na pomoc w przekonywaniu radnych do słuszności
funkcjonowania
fermy świńskiej i biogazowni ruszył Janusz Kołodziejski. Wytoczył
ciężkie
armaty. - Jeśli nie tutaj, to pieniądze wydamy później gdzie indziej.
Nasza
ferma świń to taka inwestycja, gdzie wielu ludzi nie mieszka tak, jakie
będą miały warunki świnie w naszej fermie - stanowczo podkreślał prezes
Janusz Kołodziejski. Taka argumentacja przyszłego inwestora wywołała
salwę
śmiechu.
- Jeśli w wielkich amerykańskich chlewniach nie ma zainstalowanych
biogazowni, to was będzie stać na to, aby - jak tu słyszę - wydać na tę
inwestycję 40 mln zł? Ponad 60 proc. drobnych farmerów amerykańskich
zbankrutowało,
nie wytrzymawszy brutalnej konkurencji koncernu Smithfield, który nigdy
nie liczył się z nikim i niczym. Chcecie to samo uczynić z polskimi
rolnikami?
- pytała Elżbieta Stolarczuk.
Sprawę konkurencji na coraz bardziej trudnym rynku wieprzowiny
poruszyli
też rolnicy, którzy obecność wielkiej fermy świńskiej postrzegali w
kilku
aspektach, nie tylko samej konkurencji. - Po pierwsze, chodzi o zdrowie
i o to, aby nasze dzieci i wnuki miały dobre warunki życia, a nie
fetor.
A po drugie, jak tu słyszę, małe prosięta będą odstawiane od macior już
po 3 tygodniach od wyproszenia. Według dobrej praktyki hodowlanej
prosięta
odstawia się od maciory po 5-8 tygodniach. To ja się pytam: czy wy
zamierzacie
jakieś mutanty tutaj hodować? - dopytywał się radny Stanisław Kuś,
rolnik
od lat zajmujący się hodowlą trzody chlewnej.
Kto chce być chory? Nikt!
Marian Cędrowicz, mieszkaniec gminy Kamiennik, zwrócił uwagę na
społeczny
wymiar ewentualnej inwestycji w wykonaniu firmy z Opola. - Według dr.
Zbigniewa
Hałata, który przeprowadził badania w Więckowicach w Wielkopolsce,
tamtejsi
mieszkańcy skarżyli się na kaszel, pieczenie i łzawienie z oczu, bóle
mięśni
i stawów, niczym nieuzasadnione uczucie zmęczenia, "cieknący nos",
swędzenia
skóry i inne dolegliwości, w tym biegunki. Wiadomo, że w okolicach
Człuchowa
w Zachodniopomorskiem kobiety narażone są na ryzyko poronień. Podobne
problemy
mają mieszkańcy USA z okolic, gdzie funkcjonują wielkie chlewnie. I my,
mając już taką wiedzę na ten temat, mamy ładować się w to bagno? -
pytał
Marian Cędrowicz.
Na inny problem natury prawnej zwrócił uwagę Andrzej Stępkowski,
mieszkaniec
gminy Kamiennik. Według niego, zmiana w planie zagospodarowania
przestrzennego,
która pozwalałaby na funkcjonowanie takiej inwestycji, sprawiłaby tylko
to, że poza taką wielką chlewnią powstałyby jak grzyby po deszczu inne
podobne inwestycje uciążliwe dla środowiska. - Im tylko o to chodzi,
aby
doszło do takich zmian. O nic więcej. Biogazownia jest tylko
pretekstem.
Istotną sprawą jest wyłącznie rozpoczęcie funkcjonowania chlewni. Jest
to działanie na zasadzie wsadzenia buta w drzwi - powiedział Andrzej
Stępkowski.
Przed ostatecznym głosowaniem w sprawie ewentualnych zmian w planie
zagospodarowania przestrzennego gminy Kamiennik poszczególne komisje
rady
gminy opiniowały problem. Wszystkie opinie były negatywne dla inwestora
z Opola.
- Co to jest zatrudnienie trzydziestu dwóch osób w porównaniu z
bezrobociem
na naszym terenie? Skąd wiadomo, że będą to trzydzieści dwie osoby z
naszej
gminy? A poza tym będzie fetor nie do zniesienia. Niech firma
eksperymentuje
w innych częściach kraju, byle nie u nas, bo przecież w Polsce nie ma
ani
jednej chlewni z biogazownią. Niech się rozwijają nasi drobni rolnicy,
bo nie wierzę, że wieprzowina, która miałaby pochodzić z chlewni w
Kamienniku,
trafi na wschodni albo na zachodni rynek. Tak naprawdę trafiłaby na
rynek
polski - powiedział w swoim uzasadnieniu radny Kazimierz Przedwojewski
z połączonych komisji ekologicznej, rolnictwa i budżetowej.
W zarządzonym głosowaniu wszyscy radni byli przeciwko zmianom w planie
zagospodarowania przestrzennego, na mocy których inwestycje typu
chlewnie
przemysłowego tuczu trzody chlewnej mogłyby rozwijać się na terenie
gminy
Kamiennnik.
Po głosowaniu przedstawiciele inwestora z Opola oraz wszyscy goście
i dziennikarze podziękowali radnym za możliwość udziału w sesji. - Do
widzenia
państwu - powiedział przechodzący ku wyjściu Janusz Kołodziejski z G
Bau
& Service Polska Sp. z o.o. w Opolu. - Do widzenia. Ale proszę,
aby
pan tu nie wracał - odpowiedziała Elżbieta Stolarczuk. - Myli się pani.
My tu jeszcze wrócimy. Na pewno wrócimy - odpowiedział prezes Janusz
Kołodziejski.
Marek Garbacz
Ulotny zapach świń
Dotychczas byliśmy przyzwyczajeni, że chowem świń
zajmowali
się gospodarze.
Obecnie, wykorzystując kulawe prawo, coraz częściej produkcją (nie
chowem)
trzody chlewnej zajmują się na skalę przemysłową międzynarodowe
koncerny.
Mogą to czynić bez posiadania nawet lichych kawałków ziemi. Wystarczy
dzierżawa budynków gospodarczych na kilku hektarach powierzchni. Wpływy
z tego tytułu do kasy gminnej są nikłe. Za to straty olbrzymie - drogi
zniszczone przez ciężkie pojazdy, wszędobylski zabójczy fetor,
gnojowica
rozlewana po wydzierżawionych polach trafiająca do wód w strumieniach,
rzekach i jeziorach, spadek wartości nieruchomości w okolicy, choroby
dzieci
i dorosłych. Do takiej miejscowości, naznaczonej obecnością firmy,
którą
nie zawsze widać, ale zawsze czuć, nie przyjdzie żaden rozsądny
inwestor,
nie powstaną w niej żadne inne miejsca pracy.
Ponadto mieszkańcy Szklar czy Kamiennika dziwią się, że minister
rolnictwa
Jerzy Pilarczyk, który za PRL w powiecie grodkowskim był dyrektorem
jednego
z dwóch kombinatów rolnych i wywodzi się z tamtych okolic, nie uczynił
nic, aby jego rodzinne strony nie były częstowane takimi propozycjami
jak
chlewnie. A może mieszkańcy gminy Kamiennik mylą się, bo minister chce
uczynić dla gminy więcej, niż chcą jego ziomkowie? Może chodzi o to, by
okoliczna ludność była poznawana po dyskretnym zapachu amerykańskich
świń?
The Gaja Greens Federation has symbolically closed two
out of
forteen
industrial pig farms in north-western Poland, which operate without
integrated
pollution control permits. The farms are a part of the American
Smithfield
Foods corporation, illfamed for polluting the environment.
Krysia Kolosowska reports.
The action organized by the Gaja Greens Federation aimed
at
calling
attention to widespread law breaking. The farms we picked are just the
tip of an iceberg, says Anna Roggenbuck from the Gaja Federation.
The permits play a crucial role in controlling pollution
and
the greens
are surprised at the foot-dragging by the state authorities. Almost six
months have passed since the deadline by which the huge industrial pig
farms were to obtain them. About 60, out of 120, do not have such
permits.
But this is not their only offence. Many do not have fertilization
plans,
approved by the authorities, on controlled disposal of liquid manure,
which
industrial farms produce in huge quantities.
Dr Zbigniew Hałat, Poland’s former chief sanitary
inspector,
is co-author
of a report on the impact of industrial pig farming on people and the
environment.
The study was conducted in September 2003 at Więckowice, where a major
hog farm owned by the American concern Smithfield Foods was
established.
Dr Hałat says that the findings are alarming not only because the local
people suffer from headaches, irritated eyes, allergies, running nose
and
sleeplessness.
All this in addition to the question of how safe is meat
packed with
antibiotics.
The American public health association has called on the authorities
to impose a moratorium on all new industrial pig farms localization
until
their negative impact is fully assessed. That was when big meat
concerns
like the Smithfield Foods corporation turned an eye at Poland, says dr
Hałat.
Representatives of the Prima company, a part of
Smithfield
Foods in
Poland, say it is unfair that that they are given bad
publicity.
" I can say that since the spring of 2004 we have been
implementing
the required procedures to obtain integrated permits. Out of our 11
farms
that need them, 4 have already obtained such permits. In three cases,
the
process was delayed by protests of the greens. Three are about to be
issued."
But the greens argue industrial pig farms, especially
those
operated
by Smithfield Foods, are notorious law breakers. They destroy the
environment
and put
people’s health at risk.
Sąd Rejonowy w Poznaniu nakazał miejscowej prokuraturze
okręgowej przeprowadzenie
postępowania mającego na celu wyjaśnienie, czy filia amerykańskiego
koncernu
Smithfield Foods działającego w Więckowicach łamie prawo, zatruwając
środowisko.
Wcześniej prokuratura odrzuciła takie doniesienie złożone przez samych
mieszkańców Więckowic. Sąd poddał miażdżącej krytyce decyzję
prokuratury,
która jego zdaniem nie przeprowadziła dotąd niezbędnych czynności.
- To jest tryumf prawa i wielki nasz sukces - powiedział "Naszemu
Dziennikowi"
zaraz po wyjściu z sali sądowej Edmund Pawełek, mieszkaniec
podpoznańskich
Więckowic i zarazem prezes utworzonego przez mieszkańców tej wioski
Stowarzyszenia
Ekologicznego Ziemi Więckowickiej.
Kilka miesięcy wcześniej mieszkańcy tej podpoznańskiej wioski złożyli
w Prokuraturze Okręgowej w Poznaniu wniosek o ściganie funkcjonującego
tam przedsiębiorstwa "Animex", będącego częścią koncernu Smithfield
Foods.
W piśmie zarzucili tej firmie m.in. zatruwanie środowiska i stworzenie
warunków niebezpiecznych dla życia mieszkańców Więckowic i okolic.
Podparli się przy tym materiałami przygotowanymi przez dr. Zbigniewa
Hałata, którego badania prowadzone właśnie w Więckowicach wykazały, że
osoby mieszkające w odległości mniejszej niż 700 m od fermy "Animeksu"
częściej niż przeciętnie odczuwają dolegliwości dolnych i górnych dróg
oddechowych oraz przewodu pokarmowego.
43 mieszkańców Więckowic cierpi co najmniej raz w tygodniu na
dokuczliwe
bóle głowy (27,7 proc.), 38 dokucza kaszel (21,5 proc.), bardzo często
pojawiają się również inne dolegliwości: piekące lub łzawiące oczy,
bóle
mięśni i stawów, zawroty głowy, biegunka i widzenie jak za mgłą oraz
ściskanie
klatki piersiowej. Bardzo wysoki jest też odsetek osób z objawami
chorób
górnych i dolnych dróg oddechowych.
Od zaskakującej decyzji prokuratury więckowiczanie odwołali się do
sądu rejonowego, a na wczorajsze posiedzenie dostarczyli kolejne
dokumenty
- wyniki pomiaru emisji substancji w powietrzu przeprowadzonego przez
Przedsiębiorstwo
Usług Ochrony Środowisk w Skórzewie na zlecenie Urzędu Gminy Dopiewo.
Wyniki
te potwierdziły wcześniejsze zarzuty.
- Z badań wynika, że zdecydowana większości substancji szkodliwych
w powietrzu w Więckowicach przekracza znacząco dopuszczalne normy.
Niektóre
substancje, jakie tam wykryto, przekraczają normy nawet
dziesięciokrotnie
- powiedział nam przedstawiciel Referatu Budownictwa i Ochrony
Środowiska
Urzędu Gminy Dopiewo, pragnący zachować anonimowość.
Na niejawnym posiedzeniu sędzia Danuta Kasprzyk poddała druzgoczącej
krytyce postanowienie prokuratury o odmowie wszczęcia postępowania.
Okazało
się bowiem, że prokuratorzy nie tylko nie potrafili ustosunkować się do
materiałów przygotowanych przez naukowców, nie powołali biegłych, ale
także
nie przeprowadzili tak podstawowych czynności jak przesłuchanie
najważniejszych
świadków. Werdykt sądu mógł więc być tylko jeden - sprawa została
zwrócona
do prokuratury okręgowej z poleceniem niezwłocznego przeprowadzenia
stosownych
czynności.
- Sąd rejonowy uchylił prokuratorskie postanowienie o umorzeniu
postępowania
i przekazał do dalszego rozpoznania, to znaczy uzupełnienia całego
postępowania.
Co ciekawe, w dotychczasowym postępowaniu, jakie prowadził prokurator,
należąca do Smithfielda firma "Animex" w żaden sposób nie była
niepokojona,
nie zabezpieczono dokumentów, nie przesłuchano jej pracowników. Teraz
prokuratura
będzie musiała to zrobić - powiedziała nam mecenas Elżbieta Tandek,
reprezentująca
mieszkańców Więckowic.
W dziale Polska zamieszczamy opinię Marka Krydy z Instytutu Praw
Zwierząt
Wojciech Wybranowski
Prawo musi być realizowane
Fragment wypowiedzi Marka Krydy z Instytutu Ochrony
Zwierząt
na antenie
Radia Maryja.
Mieszkańcy Więckowic od trzech lat borykali się z uciążliwością fermy
amerykańskiego inwestora Smithfield Foods. W pewnym momencie złożyli w
tej sprawie doniesienie do prokuratury. Po krótkim czasie prokuratura
powiadomiła,
że umarza sprawę. Mieszkańcy jednak już w ramach utworzonego
Stowarzyszenia
Ekologicznego Ziemi Więckowickiej zaskarżyli tę decyzję i sprawę
wygrali.
Sąd rejonowy nakazał prokuraturze ponownie przeprowadzić postępowanie w
sprawie fermy w Więckowicach. Główne zarzuty dotyczyły stwierdzenia tam
braku kontenerów do gromadzenia padłych zwierząt w warunkach
chłodniczych,
tak, by padlina nie stwarzała zagrożenia sanitarnego. Podczas kontroli
okazało się też, że ferma nie ma zezwolenia na odprowadzanie odpadów.
Jest
jeszcze jedna sprawa związana z nielegalnym przerobieniem budynków typu
stodoły, wiaty na chlewnie dla świń. W ostatnich tygodniach inspektor
budowlany
po latach przepychanek nakazał przywrócić obiekty do ich pierwotnego
stanu.
Myślę, że dzisiejsza sprawa wygrana w sądzie przez stowarzyszenie
więckowickie
świadczy o tym, że warto się organizować w tych miejscowościach, gdzie
mamy wielkie fermy hodowli świń. Takie stowarzyszenia mają dużą szansę
wygrania spraw w sądach, może nie od razu, ale konsekwentnie
postępując,
mogą doprowadzić do tego, że prawo zacznie być realizowane.
not. AKW
"Nasz Dziennik", 28. czerwca 2004
Wygrali z Goliatem
Nie będzie koncernu Smiethfield Foods w Grodźcu i
Michałówku
na Opolszczyźnie
W minioną sobotę, 26 czerwca 2004 r., w Niemodlinie
odbyła się
kolejna
już regionalna konferencja pod patronatem Głównego Inspektoratu Ochrony
Środowiska "Zagadnienia prawne, ekologiczne i społeczne związane z
lokalizacją
przemysłowych ferm trzody chlewnej". Uczestnicy dowiedzieli się m.in.,
że udało się nie dopuścić do rozlokowania filii koncernu Smiethfield
Foods
w Grodźcu i Michałówku na Opolszczyźnie.
Konferencję zorganizowali: Gmina Niemodlin, ICPPC - Międzynarodowa
Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi, Public Citizens z USA, Ośrodek
Doradztwa
Rolniczego z Łosiowa, Opolska Izba Rolnicza oraz Niemodliński Klub
Ekologiczny.
Celem konferencji było przedstawienie ekologicznych i społecznych
skutków
oddziaływania wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej na terenach USA
i Polski, prezentacja najnowszych uregulowań prawnych w dziedzinie
decyzji
lokalizacyjnych dotyczących wielkoprzemysłowych hodowli trzody chlewnej
na terenie Polski oraz określenie roli organów samorządowych i ruchu
obywatelskiego
w procesie lokalizacji wielkich ferm przemysłowego tuczu trzody
chlewnej.
Zasada: łamać prawo
W wykładzie "Wielkoprzemysłowe rolnictwo w USA i jego skutki" Wenonah
Hauter z Public Citizens przedstawiła obraz amerykańskiego rolnictwa,
który
jest zupełnie inny od wyobrażenia, jakie mają na ten temat Polacy i
inne
narody Europy. - Amerykańskie rolnictwo to nie malownicze rodzinne
farmy,
lecz właśnie takie hodowlane giganty jak Smithfield i inne koncerny,
które
opanowały różne dziedziny rolnictwa, od hodowli zaczynając, przez
produkcje
pasz, na sprzedawaniu pakowanego mięsa kończąc - powiedziała
amerykańska
gość Wenonah Hauter. Po udanych zakupach szeregu mniejszych firm
kupowanych
na zasadzie "10 centów za dolara" firma Smiethfield hoduje rocznie 27
mln
świń, a jej udział na rynku wieprzowym w USA wynosi 27 procent. Pod
koniec
lat 90. XX wieku Smiethfield dokonał ekspansji na rynki Ameryki
Południowej,
Chin i krajów Europy. Za ponad miliard dolarów kupił w całości lub w
części
17 różnych firm, w tym - jak wiadomo - także w Polsce.
Firma Smiethfield jest złej sławy rekordzistą: w 1997 r. została
oskarżona
o wpuszczanie ścieków do rzeki Pagan i została ukarana najwyższą karą w
postępowaniu cywilnym USA za łamanie prawa o czystości wody. Firma
musiała
zapłacić 12,6 mln USD. Dodatkowo władze stanu Wirginia nałożyły na
Smithfield
karę 3,8 mln USD za to, że firma aż 22 tysiące razy złamała prawo
wodne.
Na pytanie, czy działania protestujących społeczności lokalnych
spowodowały
zamknięcie uciążliwych chlewni, pani Hauter odpowiedziała, że były
takie
przypadki, lecz jeszcze zdecydowanie częściej protesty wspomagane
działaniami
miejscowych władz powodowały niedopuszczenie do powstania przemysłowych
farm tuczu trzody chlewnej.
W kolejnym wykładzie Andrianna Natsoulas z Public Citizens zwróciła
uwagę słuchaczy konferencji na zapomniany problem: napromieniowanie
żywności
w celu jej konserwacji, wydłużenia przydatności do spożycia, zabicia
insektów
i maskowania zanieczyszczeń w produktach mięsnych. Takie działania
ułatwiają
międzynarodowy handel żywnością i prowadzą do jeszcze większych zysków
olbrzymich koncernów spożywczych. Pani Natsoulas zwróciła uwagę, że
napromieniowywanie
żywności tak naprawę uderza w małych farmerów i konsumentów, gdyż
produkcję
przenosi się najczęściej do krajów rozwijających się, a te pozwalają
jak
rząd Brazylii na traktowanie promieniami radioaktywnymi każdej żywności
w dowolnych dawkach promieni.
Pozwolenie na traktowanie żywności promieniami radioaktywnymi daje
wielkiemu agrobiznesowi jeszcze więcej władzy nad światowymi zasobami
żywności.
- Jednak czy nie lepiej byłoby stworzyć warunki rodzinnym farmom, które
co prawda pozornie drożej wytwarzają żywność, lecz o wysokiej jakości,
bez potrzeby kosztownych i niezdrowych dla ludzkiego organizmu zabiegów
konserwacyjnych, również polegających na traktowaniu mięsa czy owoców
promieniowaniem
radioaktywnym dawką milion razy większą, niż otrzymuje się przy
rutynowym
prześwietleniu klatki piersiowej - podsumowała Andrianna Natsoulas z
USA.
Gorzej niż w USA
O wpływie na zdrowie człowieka wynikającym z sąsiedztwa wielkich
chlewni
mówił w swoim wykładzie dr Zbigniew Hałat, prezes Ogólnopolskiego
Stowarzyszenia
Ochrony Zdrowia Konsumentów, lekarz specjalista epidemiolog od lat
zajmujący
się skutkami np. spożywania zanieczyszczonej wody i pokarmów na zdrowie
społeczeństwa. Okazuje się już nawet ze wstępnych badań i przy dużej
dozie
ostrożności przy wyciąganiu wniosków badawczych, że sąsiedztwo wielkich
chlewni tuczących świnie metodami przemysłowymi ma większy wpływ na
zdrowie
sąsiadujących z nimi mieszkańców naszego kraju, aniżeli wykazały
badania
prowadzone w analogiczny sposób w Stanach Zjednoczonych. - Przyczyna
jest
banalna - powiedział dr Zbigniew Hałat. - Po prostu ludność amerykańska
zamieszkuje w nieco większej odległości od wielkich chlewni, niż ma to
miejsce w Polsce. W Więckowicach, gdzie były przeprowadzane badania,
okna
najbliższego gospodarstwa domowego oddalone są od chlewni zaledwie 60
metrów
- stwierdził. Do badanych przez lekarzy objawów należą bóle głowy,
wymioty,
bóle brzucha, biegunki, szczypanie i pieczenie oczu, uczucie ciągłego
zmęczenia,
reakcje skórne i inne, które należą do zespołu reakcji organizmu
ludzkiego
na ciągłe oddziaływania odorów z sąsiednich chlewni.
W końcowym wykładzie dr inż. Jerzy Dobosz, zastępca Głównego Inspektora
Ochrony Środowiska, mówił o prawnych ograniczeniach niekorzystnego
wpływu
ferm tuczu przemysłowego na środowisko naturalne. Jerzy Dobosz
powiedział
m.in., że jeżeli nawet taka firma jak Smithfield zapewni wykonanie
wszelkich
norm przewidywanych prawem w zakresie ochrony środowiska przy
wykorzystaniu
dostępnych technologii, to może się ona ubiegać nawet o wsparcie na ten
cel z pieniędzy funduszu społecznego, czyli z pieniędzy
podatnika...
Na zakończenie konferencji Iwona Zięba, przedstawicielka
Niemodlińskiego
Klubu Ekologicznego, w skład którego wchodzi także Społeczny Komitet
Oporu
Przeciwko Przemysłowej Produkcji Trzody Chlewnej, przybliżyła
okoliczności,
w jakich doszło do zablokowania z przyczyn formalno-prawnych
zainstalowania
się w kurnikach Opolskich Zakładów Drobiarskich na terenie Grodźca i
Michałówka
stada matecznego macior firmy Animex, będącej częścią amerykańskiego
giganta,
czyli firmy Smiethfield Foods.
- Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie współpraca wielu środowisk
niemodlińskich,
także sołectw i samych władz samorządowych gminy i powiatu Niemodlin -
powiedziała Iwona Zięba. Cieszy fakt, że udało się doprowadzić do
blokady
poczynań Smithfielda na terenie gminy Niemodlin w rejonie wsi Grodziec
i Michałówek, jednak to wcale nie oznacza, iż inne gminy na terenie
Opolszczyzny
i innych regionów Polski mogą się czuć bezpieczne. Dlatego ta
konferencja
i wiedza tutaj zdobyta na temat działań takich firm powinny posłużyć
innym
jako przykład, że działania społeczne podjęte w stosownym czasie mogą
zapobiec
niepotrzebnym nikomu inwestorom.
Marek Garbacz, Niemodlin
REGIONALNA KONFERENCJA
POD PATRONATEM
GŁÓWNEGO INSPEKTORATU
OCHRONY ŚRODOWISKA
„ZAGADNIENIA PRAWNE,
EKOLOGICZNE I
SPOŁECZNE
ZWIĄZANE Z LOKALIZACJĄ
PRZEMYSŁOWYCH FERM
TRZODY
CHLEWNEJ”
Organizatorzy:
Gmina Niemodlin
ICPPC – Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony
Polskiej
Wsi i Public Citizens z USA
Wojewódzki Ośrodek Doradztwa
Rolniczego w Łosiowie
Opolska Izba Rolnicza
Niemodliński Klub Ekologiczny
NIEMODLIN 26 CZERWCA 2004 r.
Celem konferencji jest:
1.
Przedstawienie ekologicznych
i społecznych
skutków oddziaływania wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej na
terenach
USA i Polski . 2. Prezentacja
najnowszych uregulowań
prawnych
w dziedzinie decyzji lokalizacyjnych dotyczących wielkoprzemysłowych
hodowli
trzody chlewnej na terenie Polski 3.
Określenie roli organów
samorządowych
i ruchu obywatelskiego w procesie lokalizacji ww. obiektów
Program Konferencji
„Zagadnienia prawne, ekologiczne i społeczne
związane z
lokalizacją
przemysłowych ferm trzody chlewnej”
DOM KULTURY w Niemodlinie
ul. Reymonta
Niemodlin 26 czerwca 2004 r.
9:30 –
9:45
Otwarcie konferencji. Wystąpienia przedstawicieli patrona
i organizatorów 9:45 –
9:50
/Meatrix (**) – NIE dla hodowli przemysłowej
– najpopularniejszy film „on-line”
9:50 –
10:35
Wielkoprzemysłowe
rolnictwo w USA i jego skutki
– Wenonah Hauter, Public Citizens
10:35 –
11:00
Wielkoprzemysłowe gospodarstwa
i skutki ich produkcji
– film z komentarzem Andrianny Natsoulas
11:00 –
11:15 Wielkoprzemysłowe
gospodarstwa
Smithfield Foods
w Polsce, przedstawiciele ICPPC
11:45-13:15
Zagrożenia
zdrowia
ze strony przemysłowych farm tuczu trzody
chlewnej – dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog,
redaktor naczelny czasopisma ruchu ochrony zdrowia
„ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE”
13:30-14:00
Możliwości prawne
ograniczenia
niekorzystnego wpływu ferm
tuczu na środowisko – dr inż. Jerzy Dobosz, Zastępca Głównego
Inspektora Ochrony Środowiska
14:00-14:20
Rola samorządów
lokalnych i ruchu
obywatelskiego w procesie
lokalizacji obiektów przemysłowej produkcji trzody chlewnej
– Niemodliński Klub Ekologiczny
14:20 –14:50 Dyskusja
APEL W SPRAWIE WIELKOPRZEMYSŁOWYCH FARM W
POLSCE
Szanowni Państwo,
Prosimy o rozpowszechnienie poniższego Apelu. Apel ten
został
zainicjowany
podczas seminarium "Rolnictwo wielkoprzemysłowe czy małe gospodarstwa
rodzinne?"
25 czerwca 2004 w Krakowie i został podpisany przez prawie wszystkich
uczestników
(około 100 osób) w tym między innymi:
Jadwiga Bandura, Unia Konsumentów Polskich
Renata Fijałkowska, Klub Wegetarian Kraków
dr Zbigniew Hałat , Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia
Konsumentów
Wenonah Hauter, Public Citizen, USA
Marek Kryda, Instytut Ochrony Zwierząt
Jadwiga Łopata, Laureatka Nagrody Goldamana 2002
Anna Orzechowaka, redakcja "Chłopska Droga"
Sir Julian Rose, Prezes Fundacji ICPPC
Tracy Worcester, marchioness of Worcester, Anglia
Tadeusz Stanowski, Zarząd Główny, Liga Ochrony Przyrody
Marian Zagórny, Przewodniczący Komitetu Protestacyjnego RI
"Solidarność"
==============
My, przedstawiciele rolników, konsumentów, związków,
stowarzyszeń i
organizacji pozarządowych zebrani w dniu 25 czerwca 2004 w Krakowie na
seminarium "Rolnictwo wielkoprzemysłowe czy małe gospodarstwa
rodzinne?"
zorganizowanym przez ICPPC - Międzynarodową Koalicję dla Ochrony
Polskiej
Wsi oraz Public Citizen (organizacja pozarządowa z USA) apelujemy do
Prezydenta,
Rządu i Parlamentu RP o wstrzymanie inwestycji wielkoprzemysłowego
tuczu
i chowu zwierząt (w tym drobiu), oraz wielkoprzemysłowego przetwórstwa,
potężnym koncernom typu Smithfield Foods z USA, ich spółkom córkom oraz
innym podobnym koncernom. W/w koncern i im podobne, opierają swoją
hodowlę
na paszach genetycznie modyfikowanych oraz środkach farmakologicznych i
chemicznych. Konsumenci są w świadomy sposób zatruwani, zwierzęta są
traktowane
jak przedmiot, następuje całkowita degradacja środowiska naturalnego -
całkowicie zamiera życie naturalne i biologiczne otoczenia, zatrute są
akweny wodne; jest to bomba ekologiczna z opóźnionym zapłonem!
Lista osób popierających apel w sprawie
wielkoprzemysłowych
farm w Polsce
do podpisania na stronie internetowej www.icppc.pl
ICPPC - INTERNATIONAL COALITION
TO PROTECT THE POLISH COUNTRYSIDE
MIĘDZYNARODOWA KOALICJA DLA OCHRONY POLSKIEJ WSI
do wzięcia udziału w Międzynarodowej
Konferencji nt.:
"ROLA WSPÓŁCZESNEGO ROLNICTWA W OCHRONIE
BIOSFERY".
Termin: 2 grudnia (wtorek) 2003 r.
Miejsce: Instytut Inżynierii Rolniczej Poznań
ul. Wojska
Polskiego
50 - Sala Wykładowa (250 miejsc).
Organizatorzy:
a.. Instytut Inżynierii Rolniczej,
Akademia Rolnicza
im. Augusta
Cieszkowskiego w Poznaniu,
b.. Instytut Ochrony Zwierząt ,
Waszyngton USA.
Patronat:
prof. dr hab. Erwin Wąsowicz - rektor Akademii
Rolniczej w
Poznaniu.
Uczestnicy: naukowcy, studenci, radni,
pracownicy
samorządów Gmin
i Starostw, pracownicy Urzędu Wielkopolskiego;
przedstawiciele:
WIOŚ,
PIOŚ przedstawiciele organizacji pozarządowych, dziennikarze.
PROGRAM KONFERENCJI -
9 00 - Rozpoczęcie konferencji,
referat
wprowadzający: Edward
Wieland z Instytutu Inżynierii Rolniczej AR w Poznaniu:
"Przesłanki działalności rolniczej w aspekcie
ekologicznym,
ekonomicznym
i społecznym".
9 15 - Tom Garrett, Instytut Ochrony
Zwierząt,
Waszyngton
USA:
"Rozwój przemysłowych ferm trzody chlewnej w
Polsce i na
świecie
w aspekcie ochrony biosfery"
10 15 - przerwa;
10 30 - dr Zbigniew Hałat, lekarz
specjalista
epidemiolog,
redaktor naczelny czasopisma ruchu ochrony zdrowia "Zagrożenia
zdrowia
w
Polsce":
"Zagrożenia zdrowia ze strony przemysłowych
farm tuczu
trzody chlewnej"
11 25 - dyskusja i wnioski;
12 00 - zakończenie konferencji.
W imieniu organizatorów serdecznie zapraszam
Dr inż. Edward Wieland Instytut Inżynierii Rolniczej Akademia Rolnicza im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu
Interpelacja nr 5128 do ministra
środowiska w sprawie łamania przepisów ochrony środowiska przez
fermy
Animexu
Kontrole przeprowadzone przez Główny Inspektorat Ochrony
Środowiska
wykazały, że fermy tuczu trzody chlewnej, których głównym udziałowcem
jest
amerykański koncern Smithfield Foods, naruszają polskie przepisy
ochrony
środowiska.
Badania epidemiologiczne przeprowadzone w dniach 24 i 25
września b.r.
przez zespół pod kierownictwem dr Zbigniewa Hałata w Więckowicach pod
Poznaniem wykazały, że osoby mieszkające w odległości mniejszej niż
700 m od
fermy Animexu częściej niż przeciętnie odczuwają dolegliwości dolnych
i
górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego.
Mieszkańcy Więckowic uskarżają się na zawroty głowy,
kaszel,
piekące
oczy, zatkany nos. Zaburzenia te mogą świadczyć o zatruciu
siarkowodorem,
a
oddziaływanie tego gazu w dużych stężeniach, powoduje nieodwracalne
zmiany w
mózgu.
Wpływ na zdrowie społeczności oraz skażenie wód Jeziora
Niepruszewskiego
oraz ujęć lokalnego wodociągu mają odcieki z hałdy obornika, które
znajdują
się około 150 m od jeziora.
W przeszłości służby ochrony środowiska wydały fermom
szereg
nakazów
do
spełnienia.
Czy Ministerstwo Środowiska egzekwuje wykonanie tych
nakazów?
Jak wspiera mieszkańców w walce o ochronę zdrowia i
środowiska?
Czy w przypadku tych ferm, które naruszają przepisy
ochrony
środowiska
i
szkodą zdrowiu, zachodzą przesłanki do ich zamykania?
Kiedy mieszkańcy Więckowic doczekają się zdrowego
środowiska?
Z poważaniem
Poseł Sylwia Pusz
Poznań, dnia 29 września 2003 r.
"Głos
Wielkopolski", 30.
września 2003r.
Chorzy na
fermę
Sąsiedzi fermy trzody
w Więckowicach
częściej
chorują
Badania
epidemiologiczne przeprowadzone
przez
zespół pod kierownictwem dr. Zbigniewa Hałata w Więckowicach pod
Poznaniem
wykazały, że osoby mieszkające w odległości mniejszej niż 700 m od
fermy
Animexu znacznie częściej niż przeciętnie odczuwają dolegliwości
dolnych
i górnych dróg oddechowych oraz przewodu pokarmowego. Władze nie chcą
pomóc
lokalnej społeczności.
MAREK FIEDOROW
Dr Hałat, były główny inspektor sanitarny, przeprowadził
swoje
badania
24 i 25 września. Objęto nimi 117 ze 177 domostw w Więckowicach. Aż
27,7
procent mieszkańców Więckowic uskarża się na chroniczny ból głowy, 21,5
procent na kaszel, 17,5 procent na piekące oczy i zatkany nos.
Charakterystyczne
jest to, że aż 13 procent, czyli znacznie więcej niż normalnie,
mieszkańców
cierpi na zawroty głowy.
Według badań amerykańskich, zawroty głowy i trudności w
rozpoznawaniu
kolorów, a także zaburzenia pamięci i koncentracji są typowe dla
zatrucia
siarkowodorem wyjaśnia dr Z. Hałat. Nawet krótkotrwałe oddziaływanie
tego
gazu w zbyt dużych stężeniach powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu.
Wpływ na zdrowie społeczności ma także hałda obornika
długa na
150 m,
szeroka na 40 i wysoka na 8. A powstaje już następna. Znajdują się one
150 m od Jeziora Niepruszewskiego. Odcieki z hałdy ponad wszelką
wątpliwość
prowadzą do skażenia wód jeziora oraz ujęć lokalnego wodociągu. Jakości
wody w Więckowicach jednak nie chce zbadać powiatowy sanepid.
"Głos Wielkopolski",
1. października
2003r.
Legalizowanie
samowoli
Przedstawiciele
Stowarzyszenia
Ekologicznego Ziemi
Więckowickiej zarzucają władzom lekceważenie ich protestów. Wojewoda
sprawdzi,
czy służby podległe jego kontroli reagują właściwie.
Mieszkańcy Więckowic czują się zagrożeni działalnością
farmy
trzody
chlewnej Animexu i twierdzą, że służby weterynaryjne, nadzoru
budowlanego,
sanitarnego i ochrony środowiska legalizują samowole i łamanie
przepisów
przez tę firmę. Prosili o interwencję powiatowego inspektora
sanitarnego,
nadzoru budowlanego i wojewódzkiego ochrony środowiska. Skierowali też
zawiadomienie do prokuratury rejonowej o popełnieniu przestępstwa oraz
napisali do prezydenta RP i Ministra Środowiska. Odpowiedzi nie
otrzymali
lub są zbywani.
Na wczorajszym spotkaniu wicewojewoda Jerzy Błoszyk
obiecał,
między
innymi na skutek interwencji ,,Głosu'', że żadne kontrole i decyzje nie
będą zapadały bez udziału mieszkańców Więckowic.
Obszerniej na ten temat napiszemy w piątkowym wydaniu
,,Głosu''.
mf
"Głos
Wielkopolski", 3.
października 2003r.
Coś tu
brzydko pachnie
Trwa
zaciekły bój o Więckowice
Firma Animex, której
właścicielem jest
amerykański
koncern Smithfield Foods, łamie polskie prawo. Służbom ochrony
środowiska
i sanitarnym nie udaje się jednak dowieść negatywnego wpływu farmy
trzody
chlewnej na środowisko i zdrowie mieszkańców. Stowarzyszenie
Ekologiczne
Ziemi Więckowickiej uważa, że władza lekceważy protesty obywateli.
Fot. - SŁAWOMIR SEIDLER
Podczas wizyty Roberta Kennedy’ego
ogromną pryzmę
obornika
przykryto folią. Kiedy odjechał, folię zdjęto.
Fot. - IWONA SZYSZKOW
MAREK
FIEDOROW
Dwa lata temu obiekty po dawnym PGR przejął Animex.
Sprowadził
tam 10.500
tuczników, mimo że plan zagospodarowania przestrzennego gminy
przewidywał
na tym terenie jedynie 600 sztuk bydła i uzupełniająco 500 trzody
chlewnej.
Okropny smród, który pozbawiał przytomności dzieci w pobliskiej szkole
spowodował protesty mieszkańców i reakcję administracji wojewódzkiej i
podległych jej służb. Po interwencji Animex wywiózł większość
tuczników,
ale na ich miejsce sprowadził 13.850 prosiąt. Kontrola Wojewódzkiego
Inspektoratu
Ochrony Środowiska nie stwierdziła wtedy odorów z fermy, jednak
ustaliła,
że firma nie posiada pozwolenia wojewody na emitowanie substancji do
powietrza
oraz wodnoprawnego na odprowadzanie wód opadowych do środowiska. W
rezultacie
nie płaci opłat za korzystanie ze środowiska, do czego zobowiązane są
wszystkie
firmy emitujące zanieczyszczenia.
Wielka kupa gnoju
Zagrożenie stanowi także monstrualna pryzma obornika
długa na
150 m,
szeroka na 40 i wysoka na 8 położona w odległości 150 m od Jeziora
Niepruszewskiego.
Obecnie powstaje następna. Poprzednie trzy zostały zlikwidowane po
interwencji
WIOŚ, ale firma nie zapłaciła za nie kary. W sprawie nowych pryzm
Powiatowy
Wydział Ochrony Środowiska w Poznaniu nie wydał decyzji.
Badania przeprowadzone przez WIOŚ nie wykazały
szkodliwego
wpływu pryzmy
na czystość wód Jeziora Niepruszewskiego. Ponoć bardziej są one
zanieczyszczone
przy ujściu Samicy Stęszewskiej oraz rowu z Niepruszewa, na skutek
odcieków
z nieszczelnych szamb. Powiatowy
Inspektorat
Sanitarny
nie wykrył też zanieczyszczeń w kąpielisku (położonym niedaleko rowu
przebiegającego
przy pryzmie).
Odory z fermy stwierdzono tylko w jednym z badań
przeprowadzonych przez
WIOŚ. Wykazało ono ponad 10-krotne przekroczenie wartości dla amoniaku.
Problem w tym, że w rozporządzeniu ministra środowiska z czerwca 2002
r.
nie uwzględniono norm dla amoniaku i siarkowodoru. Inspekcja jednak
zwróciła
się do ,,Sanepidu'' o zbadanie wpływu zanieczyszczeń z fermy na zdrowie
mieszkańców. Ten jednak stwierdził, że na podstawie jednorazowego
pomiaru
nie może tego uczynić.
Prosiliśmy panią sołtys rok temu, aby powiadamiała nas o
nasileniu się
przykrych zapachów mówi Alojzy Szelejewski, zastępca wielkopolskiego
inspektora
ochrony środowiska. Niestety, do tej pory takiego zgłoszenia nie
otrzymaliśmy.
Legalne samowole
Animex jednak czysty nie jest. Fermy Smithfielda
powszechnie
naruszają
przepisy ochrony środowiska, prawa budowlanego, sanitarne i
weterynaryjne
wynika z raportu głównego inspektora ochrony środowiska. Dokonują one
(dotyczy
to także fermy w Więckowicach) istotnych zmian budowlanych i w rodzaju
oraz liczbie inwentarza bez stosownych pozwoleń. Zgłaszają tylko remont
obiektów. Omijają w ten sposób procedurę obejmującą wykonanie raportu
oddziaływania
na środowisko, wymagań związanych z ochroną środowiska oraz udział
społeczeństwa
w podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych oraz zmianie sposobu
użytkowania.
Wobec tych zarzutów najwięcej do zrobienia miałby
Powiatowy
Urząd Nadzoru
Budowlanego. Urząd Gminy Dopiewo już w 2001 r. zawiadomił urząd o
domniemanej
samowoli budowlanej. Ten nakazał rozbiórkę 14 silosów paszowych, co
firma
wykonała. W lipcu 2003 roku urząd nakazał Animexowi opracowanie raportu
oddziaływania na środowisko.
To jest sankcjonowanie samowoli twierdzi Edmund Pawołek,
prezes Stowarzyszenia
Ekologicznego Ziemi Więckowickiej. Przecież Urząd powinien nakazać
wstrzymanie
działalności i przywrócenie obiektów do stanu poprzedniego, jeżeli
firma
działała niezgodnie z prawem, co sam Urząd stwierdził.
Chorują czy nie?
Dziwne jest także postępowanie ,,Sanepidu''
mówi
Wojciech Piniarski,
członek zarządu SEZW. W jednym piśmie stwierdza się, że dzieci z
przewidzianej
do likwidacji szkoły w Dąbrówce Kościelnej nie mogą być przeniesione do
szkoły w Więckowicach, gdyż emisja zanieczyszczeń z fermy może stanowić
dla nich zagrożenie, a w innym mówi się, że takich zagrożeń nie
ma.
Pierwsza opinia oparta była na zamówionej przez gminę
ekspertyzie dr.
Wielanda, który na zagrożenia takie wskazywał wyjaśnia dr Mariusz
Stawiński,
powiatowy inspektor sanitarny. Uważałem więc, że należy wyjaśnić
wątpliwości.
Jednak protokoły ze spotkań z miejscowymi lekarzami nie wykazały
wzrostu
zachorowań, na przykład związanych z alergiami, wśród mieszkańców
Więckowic.
Można więc powiedzieć, że odory są tylko uciążliwe, a nie szkodliwe. Do
tej pory nie ma w polskim prawie żadnych unormowań w tym zakresie, choć
mają zostać wprowadzone.
Inne wnioski płyną z badań epidemiologicznych
przeprowadzonych
pod koniec
września przez grupę dr. Zbigniewa Hałata, prezesa Stowarzyszenia
Ochrony
Zdrowia Konsumentów, byłego szefa krajowego ,,Sanepidu''. Oparte są one
wprawdzie na badaniach ankietowych, a nie faktycznego stanu zdrowia,
lecz
przeprowadzone zostały według uznanej amerykańskiej metody badań. Część
pytań pozwalała wyeliminować ewentualny tendencyjny charakter
wypowiedzi.
Wyniki okazały się znacznie gorsze od tych, prowadzonych w pobliżu ferm
trzody chlewnej w USA.
Okazało się, że aż 27,7 procent mieszkańców Więckowic,
których
domy
położone są do 700 m od fermy, cierpi na bóle głowy (grupa odniesienia
nie poddana działaniu szkodliwych czynników tylko w 7,8 procentach),
chroniczny
kaszel ma 21,5 (normalnie 1,8), piekące oczy 17,5 (normalnie 3,8),
zatkany
nos 17,5 (normalnie 7,2), cieknący nos 15,8 (normalnie 3,9), brak
apetytu
11,9 (normalnie 2,8), zawroty głowy 13 procent (normalnie 5,5).
Szczególnie
ten ostatni wskaźnik jest niepokojący, bo może wskazywać na uszkodzenia
mózgu pod wpływem siarkowodoru.
Ludzie listy piszą...
Mieszkańcy Więckowic boją się fermy i twierdzą, że nie
ustaną
w staraniach,
aby ją zamknąć. Poza pismami skierowanymi do nadzoru budowlanego,
,,Sanepidu'',
WIOŚ, wojewody, napisali także do Aleksandra Kwaśniewskiego. Jego
kancelaria
odesłała pismo do Czesława Śleziaka, ministra środowiska, twierdząc że
nie może ingerować w działalność prywatnych firm. Ten z kolei kazał na
nie odpowiedzieć głównemu inspektorowi ochrony środowiska. Wiceminister
Zaremba odpowiedział mieszkańcom, powołując się na sprawozdania
lokalnych
służb i informując, że jeżeli farmy należące do Smithfielda nie spełnią
warunków określanych przez polskie prawo to zamknie je 1 stycznia 2004
r.
Władza nas lekceważy twierdzi E. Pawołek. Co mamy
zrobić,
kiedy na nasze
pisma się nie odpowiada lub zbywa nas.
Złożyliśmy do Prokuratury Rejonowej Poznań-Grunwald
zawiadomienie o
możliwości popełnienia przestępstwa przez Animex dodaje W. Piniarski.
Do
tej pory jednak nie mamy na nie odpowiedzi.
Wicewojewoda Jerzy Błoszyk na spotkaniu z
przedstawicielami
SEZW, między
innymi dzięki interwencji ,,Głosu'', zapewnił że żadne kontrole i
decyzje
nie będą zapadały bez porozumienia ze Stowarzyszeniem, a jeżeli wpłyną
skargi na służby podległe wojewodzie, zostaną one sprawdzone. Zażalenia
takie w najbliższych dniach Stowarzyszenie złoży.
"Nasz Dziennik", 3.
października
2003r.
Muszą emigrować lub wymrzeć?
Coraz bardziej dramatycznie wygląda sytuacja mieszkańców
podpoznańskich
Więckowic, gdzie w chlewniach przejętej przez amerykański koncern
Smithfield
Foods firmy "Animex Wielkopolska" prowadzony jest przemysłowy tucz
świń.
Najnowsze badania epidemiologiczne przeprowadzone przez
niezależnych
ekspertów przynoszą alarmujące dane: olbrzymi procent mieszkańców tej
wioski
cierpi na niebezpieczne schorzenia. - Jeden z prominentnych urzędników
zasugerował w programie telewizyjnym, że skoro źle nam się mieszka w
Więckowicach,
to może powinniśmy stąd emigrować. Ale my się nie poddamy. To nie my
tutaj
jesteśmy intruzem i to nie mieszkańcy Więckowic zatruwają środowisko,
lecz
"Animex". Będziemy walczyć o prawo do godnego i przede wszystkim
zdrowego
życia - powiedział "Naszemu Dziennikowi" Wojciech P. z niewielkiej
miejscowości
Więckowice.
O problemach tej uroczej, położonej nad Jeziorem
Niepruszewickim miejscowości
informowaliśmy już wielokrotnie. Najnowsze badania przeprowadzane przez
zespół niezależnych ekspertów pod kierunkiem dr. Zbigniewa Hałata,
byłego
głównego inspektora sanitarnego, przyniosły alarmujące dane. Okazuje
się
bowiem, że zdecydowana większość mieszkańców Więckowic, którzy na co
dzień
muszą znosić obecność chlewni firmy Smithfield Foods, jest zagrożona
chorobami
przewodu pokarmowego oraz dolnych i górnych dróg oddechowych.
Czterdziestu trzech mieszkańców Więckowic cierpi co
najmniej
raz w tygodniu
na dokuczliwe bóle głowy (27,7 proc.), 38 ośmiu dokucza kaszel (21,5
proc.),
bardzo często pojawiają się również inne dolegliwości: piekące lub
łzawiące
oczy, bóle mięśni i stawów, zawroty głowy, biegunka i widzenie jak za
mgłą
oraz ściskanie klatki piersiowej. Bardzo wysoki jest również odsetek
osób
z objawami chorób górnych i dolnych dróg oddechowych.
- Ten problem nie dotyczy już tylko i wyłącznie
mieszkańców
Więckowic.
Skontaktowali się z nami właściciele domków letniskowych i ogródków
działkowych
w pobliskim Sierosławiu, którym również odór znad "Animeksu" nie
pozwala
spokojnie żyć. Oni również chcą razem z nami walczyć o to, by wreszcie
urzędnicy przestali nas lekceważyć - mówi Edmund Pawełek, prezes
Stowarzyszenia
Ekologicznego Ziemi Więckowickiej, powołanego przez mieszkańców tej
wioski.
Nie ulega bowiem żadnej wątpliwości, że zawroty głowy i
trudności w
rozpoznawaniu kolorów to objawy typowe dla zatrucia siarkowodorem.
Nawet
bardzo niewielkie oddziaływanie tego gazu powoduje nieodwracalne,
często
prowadzące do śmierci chorego zmiany w mózgu. O wysokim stężeniu
siarkowodoru
w Więckowicach alarmował już wcześniej dr Edward Wieland z poznańskiej
Akademii Rolniczej. Okazuje się również, że zagrożenia dla zdrowia i
życia
mieszkańców wioski, w której Smithfield Foods prowadzi przemysłowy tucz
świń, są zdecydowanie większe niż zagrożenia dla zdrowia mieszkańców
podobnych
miejscowości w Stanach Zjednoczonych, w których Smithfield Foods
również
posiada farmy. I tak w okolicy farm zajmujących się przemysłową hodowlą
trzody chlewnej w w stanie Północna Karolina odsetek osób z
objawami
chorób górnych dróg oddechowych, takimi jak np. kaszel, wynosi 6,3
proc.,
podczas gdy w Więckowicach aż 21,5 proc. I analogicznie: w stanie
Północna
Karolina cierpiący na ściskanie klatki piersiowej to 3,9
proc.
mieszkańców
okolic ferm, a w Więckowicach aż 8,5 proc. mieszkańców. Na zawroty
głowy
w USA cierpi 4,1 proc. osób mieszkających w pobliżu ferm, zaś w
Więckowicach
- 13 proc.
Te różnice jednak nie powinny dziwić. W Stanach
Zjednoczonych
bowiem
lokalne władze skutecznie zareagowały na doniesienia o szkodliwej
działalności
Smithfield Foods, nakładając na ten koncern wysokie grzywny. W
Wielkopolsce
jednak odpowiedzialni za zdrowie i życie mieszkańców urzędnicy zdają
się
całkowicie lekceważyć problem, nie dostrzegając tego, że już czas
najwyższy
podjąć zdecydowane kroki, by ograniczyć trucicielską działalność.- To
tylko
pan tak uważa. Służby państwowe stwierdzają coś zupełnie innego -
powiedział
nam Roman Grabiak, wicedyrektor Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu
Wojewódzkiego
w Poznaniu, podczas spotkania mieszkańców Więckowic z wicewojewodą
Jerzym
Błoszykiem.
I rzeczywiście. Inspektorzy ochrony środowiska nie
stwierdzili
odoru
poza terenem farmy, sanepid zaś uznał, że hałas i zapach - albo mówiąc
ściślej koszmarny smród - jakie muszą znosić mieszkańcy Więckowic, są w
normie, zaś inspekcja weterynaryjna stwierdziła, że nie ma potrzeby
interwencji,
bowiem... świnie żyją w lepszych warunkach niż wymaga UE. A skoro
świniom
żyje się dobrze, to nie ma konieczności interweniowania (sic!).
Co więcej, wyniki badań, na które powołuje się dyrektor
Roman
Grabiak
- tak odmienne od ekspertyz dr. Hałata - budzą wiele wątpliwości co do
rzetelności i wiarygodności ich opracowania. I tak np. w specjalnym
piśmie
wojewoda wielkopolski Andrzej Nowakowski (SLD) informował mieszkańców,
że 5 maja 2003 r. Wydział Ochrony Środowiska Starostwa Powiatowego
pobrał
próbki wody z rowu w pobliżu gnojowicy składowanej opodal Jeziora
Niepruszewickiego.
Na podstawie badań tej próbki miano wydać opinię, jakoby jezioro nie
było
zagrożone zatruciem. Jak się jednak okazuje, ta opinia prawdopodobnie
opiera
się na informacjach wyssanych z palca. - Ja bardzo jestem ciekaw, w
jaki
sposób pobrano próbki wody z tego rowu w maju tego roku, skoro wówczas
już mieliśmy do czynienia z suszą i żadnej wody w tym rowie nie było.
Skąd
więc wzięły się rzekome próbki? Zresztą nawet dziecko wie, że jeszcze
nie
teraz, ale za dwa lata odciek z tej gnojowicy dostanie się do wód
gruntowych
i wtedy dojdzie do nieszczęścia - twierdzi Wojciech Piniarski, na co
dzień
prezes jednego z wielkich poznańskich przedsiębiorstw, mieszkaniec
Więckowic.
Na to pytanie jednak ani wicewojewoda Jerzy Błoszyk, ani
żaden
z podległych
mu urzędników nie potrafili odpowiedzieć. Nie potrafiono nam również
wytłumaczyć,
jak to się stało, że wyniki analiz prowadzone na poziomie województwa
tak
bardzo różnią się od tych prowadzonych na poziomie centralnym. Nie tak
dawno bowiem generalny inspektor ochrony środowiska dopatrzył się
szeregu
uchybień w działalności farm Smithfielda.
Nieprawidłowości stwierdzono również m.in. w
województwie
zachodniopomorskim.
Tylko w Wielkopolsce i tylko zdaniem lokalnych urzędników wszystko jest
w największym porządku. - Skąd takie różnice? Nie potrafię tego
wyjaśnić
- powiedział nam wicedyrektor Roman Grabiak.
Największym zagrożeniem dla zdrowia mieszkańców
Więckowic jest
gnojowica
składowana kilkadziesiąt metrów od Jeziora Niepruszewickiego. Obecnie
pryzma
gnoju i odpadów z tuczarni ma już wymiary 150 x 40 metrów i 8 metrów
wysokości
i stopniowo się powiększa. To właśnie z niej do rowu melioracyjnego
uchodzą
ścieki i odpady. - Nie wiem, czy państwu wiadomo, że "Animex"
zdecydował
się na wybudowanie betonowej płyty pod tą pryzmą, co zabezpieczy przed
odciekami - tryumfująco mówił wicewojewoda Jerzy Błoszyk.
Niefrasobliwość wicewojewody jest jednak porażająca.
Przedstawiciel
administracji państwowej nie wiedział bowiem lub nie chciał wiedzieć,
że
kilka miesięcy wcześniej nakazano usunięcie całej pryzmy. Tego jednak
Smithfield
nie wykonał, a akceptacja dla budowy pseudozabezpieczającej płyty
oznacza
nic innego jak legitymizację samowoli budowlanej.
Można tylko mieć nadzieję, że kwestię wyjaśni specjalna
komisja do zbadania
sprawy Smithfield Foods. Jak się bowiem nieoficjalnie dowiedzieliśmy,
komisję
taką zamierza powołać marszałek Wojciechowski.
Wojciech Wybranowski, Poznań
w ramach
Ogólnopolskiej Kampanii
Konsumenckiej Polskiej Zielonej Sieci
"Kupuj
Odpowiedzialnie"
w dniu 26.
września (piątek) od godz.
17.00 w czytelni Biblioteki
Ekologicznej w
Poznaniu ul. Kościuszki 79,
Poznań
Dr Zbigniew
Hałat prezes Stowarzyszenia
Ochrony Zdrowia
Konsumentow i założyciel
Instytutu Wody
wygłosi
wykład
"Zagrożenia
zdrowia w
następstwie zanieczyszczenia wody
związkami azotu ze
źródeł
rolniczych oraz obecności
siarkowodoru w powietrzu
wokół
farm przemysłowych"
Po wykładzie
uczestnicy spotkania
będą zaproszeni do publicznej
dyskusji i formułowania
postulatów
do władz.
(wstęp wolny)
"Gazeta Wrocławska"
Amerykańskie świnie atakują
Komitet protestacyjny w podwrocławskich Piecowicach
walczy z
przemysłową
chlewnią
Przemysłowa chlewnia na tysiące świń, która wyrosła pod
nosem
mieszkańców
Piecowic, podzieliła lokalne środowisko. Jedni walczą z nią do
upadłego,
uruchamiając wszelkie możliwe służby, inni twierdzą, że to sprawa
polityczna.
Chlewnia nikomu nie zaszkodzi, a protestujący to grupa sfrustrowanych
kandydatów
do rady powiatu, którzy się do niej nie dostali. Pewne jest tylko
jedno:
chlewnia w Piecowicach działa, chociaż nie ma zezwolenia na użytkowanie
obiektów. Słowem: działa nielegalnie.
- A co mieliśmy zrobić? - wyjaśnia Magdalena Augustowska, koordynator
tego projektu w firmie “Pol- Lean”. - Musieliśmy wprowadzić tu
prosięta,
bo już się urodziły. Wszystkie dokumenty mieliśmy złożone, wszystko
jest
w najlepszym porządku. Gdyby nie ten protest, zgoda dawno by była
wydana.
Firma zapłaciła grzywnę i czeka na rozstrzygnięcie powiatowego nadzoru
budowlanego.
Propaganda i polityka
- Nasze Piecowice pokazano niedawno w niemieckiej telewizji – mówi
mieszkaniec wsi, Jerzy Baran. - Mowa była o tym, że Polska sieje
propagandę
o tym, że produkuje zdrową, ekologiczną żywność. A tak naprawdę pełno u
nas przemysłowych ferm, które na Zachodzie mają coraz większe kłopoty z
ekologami. I taka właśnie jest prawda: wyżyna się rodzimych hodowców,
którzy
nie stosują przemysłowego tuczu, nie faszerują trzody antybiotykami,
produkują
lepsze jakościowo mięso. Amerykańskie świnie to zagrożenie dla nas i
dla
środowiska.
W komitecie protestacyjnym, który powstał w marcu, jest 11 osób. To
mieszkańcy Piecowic i kilku okolicznych wsi.
- Mówią o nas, że jesteśmy polityczni – zaznacza przed rozmową Marzena
Dzięgała, sołtys Kiełczówka, która bez powodzenia startowała do rady
powiatu.
- To prawda, są wśród nas członkowie Samoobrony, ale to naprawde nie
jest
powód, dla którego walczymy. W takich sprawach, jeśli działa się nie
tak,
jakby chciała tego władza, zawsze można powiedzieć, że chodzi o
politykę.
Zapewniam, że nam o to nie chodzi, choć mamy pretensję do naszych
radnych,
że ignorują interes mieszkańców.
Członkowie komitetu podkreślają, że 11-osobowy jego skład nie oznacza,
że tak niewiele osób interesuje sprawa chlewni. Pod jednym z pism udało
im się zebrać 122 podpisy. Komiet ma długą listę zarzutów wobec firmy
“Pol-
Lean”, która w Piecowicach otworzyła tuczarnię.
Smród i konkurencja
- Po pierwsze nikt nie zapytał o zdanie mieszkańców, których ta sprawa
najbardziej dotyczy – mówi Stanisław Pacyga, sołtys Piecowic. - Było,
co
prawda zebranie w tej sprawie, ale trudno to uznać za konsultacje. To
była
taka wstępna informacja. Nawet nie powiedziano, ile tej trzody tu
będzie.
Teraz pani wójt Długołęki mówi, że mieszkańcy się zgodzili. A
oni
tylko podpisali listę obecności.
Jesienią ub. r. po wsi rozeszła się wiadomość, że w tutejszej tuczarni
ma być jednorazowo ponad 4 tys. świń. Ilość tę trzeba pomnożyć co
najmniej
przez cztery, bo tyle jest rocznie tzw. wsadów.
- Proszę sobie teraz wyobrazić ten smród – mówi Leon Maślanka, działacz
izb rolniczych. - To jest wprost proporcjonalne do ilości sztuk, nie ma
na to rady. Teraz w piecowickiej chlewni nie śmierdzi, ale to tylko
dlatego,
że jeszcze nie ruszyli obornika. Ale to nieuniknione.
Na smród w Polsce norm nie ma. Może śmierdzieć przez okrągły rok.
Jednak
każdy sobie zdaje sprawę, jak bardzo to będzie uciążliwe dla
mieszkańców.
Na pewno spadnie wartość działek budowlanych, już teraz w okolicy nie
ma
ruchu. Bo kto by chciał mieszkać w pobliżu świń? Sołtys podkreśla, że
tuż
przy tuczarni jest ujęcie wody pitnej. Zrzucanie obornika na pola – jak
planuje firma, która chce oddawać go rolnikom za darmo – to prawdziwa
ekologiczna
bomba. Jest jeszcze coś:
- Przemysłowe chlewnie wyeliminują polskich rolników – zgodnie uważają
ludzie z komitetu. - Hodowla trzody to była ostatnia opłacalna
dziedzina
w rolnictwie. Tymczasem w całej Polsce powstają wielkie chlewnie,
głównie
amerykańskie, które wykoszą w końcu z rynku naszych. Amerykanie
zakładają
je własnie u nas, bo u siebie zaczynają mieć kłopoty. Chlewnie
zatruwają
środowisko, firmy muszą płacić gigantyczne odszkodowania, więc z
produkcją
przenoszą się do nas.
Według szacunków protestujących, taka chlewnia jak w Piecowicach, to
upadek ok. 40 gospodarstw indywidualnych.
Papierowa wojna
Zdaniem komitetu, całe zło zaczęło się od wójta gminy Długołęka, która
wydała decyzję na ustalenie warunków zabudowy i zagospodarowania terenu
dla adaptacji obiektu w Piecowicach na tuczarnię.
- Taka decyzja była niezgodna z planem zagospodarowania gminy, w którym
wyraźnie było napisane, że w tym miejscu jest ferma bydła – twierdzi
Stanisław
Pacyga. - To zupełnie co innego.
Jednak wójt gminy, Iwona Łebek, w piśmie z jej wyjaśnieniami, które
krąży wśród mieszkańców, twierdzi że to nieprawda, bo zapis dotyczył
ogólnie
produkcji zwierzęcej. Komitet przyznaje, że taki zapis jest, ale
dopiero
od niedawna. “Stary” zniknął z dokumentacji. Wójt powołuje sie na
pozytywna
opinie biegłego w zakresie ochrony środowiska. Komitet ją kwestionuje –
bo opinia była zlecona przez firmę “Pol – Lean”. Jednak projekt ma
pozytywne
opinie także z dolnośląskiego inspektoratu sanitarnego i wydziału
ochrony
środowiska. Komitet pisze do wszelkich instytucji sanitarnych i
budowlanych,
zawiadomił o sprawie prokuraturę.
Amerykanin, ale polski
John Leeshriver, właściciel “Pol- Leanu”, wrocławiani z wyboru, robi
wrażenie człowieka zdruzgotanego takimi kłopotami. Jeśli będzie musiał
zamknąć chlewnię – nie zdoła spłacić zaciągniętych kredytów i
zbankrutuje.
- Interes w Polsce prowadzę od dawna – tłumaczy. - Po raz pierwszy
mam takie problemy z ludźmi. Prowadzę firmę z żoną, Polką, nie jesteśmy
jakimś wielkim koncernem amerykańskim, jak to się nam zarzuca. Nie
wiem,
o co tu tak naprawdę chodzi.
Tuczarnia w Piecowicach powstała jako kontynuacja produkcji w Łosicach,
gdzie od dziewięciu lat firma ma chlewnię. Teraz nastąpił podział: w
Łosicach
są tylko maciory, a prosięta tuczy się w Piecowicach. Maciory już były
po inseminacji, nie dało się zatrzymać całego procesu. Dlatego prosięta
trafiły do tuczarni bez zezwolenia na jej użytkowanie.
Amerykanin uważa, że nie ma bardziej ekologicznej produkcji niż jego.
Prosięta trzymane są na głębokiej ściółce, nie ma żadnego smrodu i nie
będzie. Dookoła chlewni posadzono rośliny, które mają stanowić zielony
ekran.
- Nie jesteśmy też żadną konkurencją dla tutejszych rolników – dodaje
Magdalena Augustowska. - Cała sprzedaż idzie na Górny Śląsk. A tutejsi
tylko zyskają, bo będziemy im oddawać za darmo obornik i kupować od
nich
słomę.
Istnieniem chlewni zainteresowana jest także wrocławska Akademia
Rolnicza,
do której należą budynki:
- Obiekt stał pusty przez całe lata, marnował się – przekonuje Zbigniew
Rogula z AR. - Teraz mamy z niego nie tylko czynsz, ale i bazę
dydaktyczną
dla studentów.
Ostatnio powiatowy nadzór budowalny uznał, że komitet protestacyjny
nie jest stroną w sprawie. Komitet odwołał się do nadzoru wojewódzkiego
i czeka na rozstrzygnięcie.
- Bo jak to nie jesteśmy stroną, skoro mieszkamy tu i to nasz interes
jest zagrożony – jest przekonany sołtys Piecowic.
Chlewnia to zagrożenie
- Są dowody epidemiologiczne na to, że fermy przemysłowe szkodzą
środowisku
i zagrażają zdrowiu człowieka – mówi dr Zbigniew Hałat, lekarz
epidemiolog,
były wiceminister zdrowia i główny inspektor sanitarny, obecnie szef
Stowarzyszenia
Ochrony Zdrowia Konsumentów. - Substancje, jakie się z nich
wydostają,
np. drobnoustroje, powodują przewlekłe stany zapalne gardła,
krtani.
W oparach znajdują się czynniki drażniące, które u osób podatnych
wywołują
np. astmę oskrzelową. Jeśli dojdzie do skażenia wody, skutki są
długotrwałe.
Poza tym, z powodu fetoru, okolicznym mieszkańcom pogarsza
się
jakość
życia, co też nie jest bez znaczenia.
Komitet protestacyjny z Piecowic zwrócił się do dra Hałata z
prośbą
o opinię i ewentualne wsparcie swoich działań. Hałat uważa, że wydane
firmie
“Pol - Lean” pozwolenia mają wady prawne i kwalifikują się do
uchylenia.
– Przede wszystkim chodzi tu o naruszenie norm dotyczących odległości
tego typu obiektów od ludzkich siedzib i ujęć wody – mówi. -
Niebezpieczne
są też zapewnienia, że firma będzie stosować dodatkowe środki chemiczne
do utylizacji fetoru. Nikt nie wie, jak one wpłyną na środowisko. Firma
chwali się, że będzie rozdawała rolnikom obornik. Ale przecież ilość
obornika
rozrzucanego na pola także podlega ograniczeniom, istnieją na to
konkretne
przepisy. Wszystkiego nie da się wyrzucić na pola.
Dr Hałat zamierza wkrótce przeprowadzić własne badania epidemiologiczne
terenów sąsiadujących z chlewnią. Ich wyniki mogą być niezbitym,
obiektywnym
dowodem na to, czy taka produkcja jest szkodliwa dla środowiska. Czy
jednak,
nawet gdyby się okazało, że tak jest – uchroni to polskie wsie przed
inwazją
ferm przemysłowych?
Alicja Giedroyć, agiedroyc@gazeta.wroc.pl, tel 3748144
- Jeśli będę musiał zamknąć chlewnię, zbankrutuję –
martwi się
John
Leeshriver, właściciel firmy “Pol- Lean”
- Nie chcemy świń w Piecowicach! - sołtys uważa, że tuczarnia to
zagrożenie
dla wsi.
Nie tylko Piecowice
“Tylko w roku ubiegłym na popegeerowskich wsiach Pomorza i Mazur
otwarto
kilkanaście wielkich, przemysłowych ferm świń. Większość z nich należy
do spółek Prima i Animex, ściśle powiązanych z amerykańską korporacją
Smithfield
Foods, światowym potentatem w hodowli trzody chlewnej.
Spółka specjalnie nie wybrzydza. Oprócz popegeerowskich chlewni
wykupuje
też obory, stajnie, owczarnie i królikarnie. W imponującym tempie
adaptuje
je na przemysłowe fermy. Po 3–4 miesiącach budynki wypełnia
dziesiątkami
tysięcy świń. Dopiero potem rozpoczyna starania o pozwolenia na budowę
ogromnych zbiorników na gnojowicę tzw. lagun. Państwowe i samorządowe
służby
ochrony środowiska stawiane są przed faktem dokonanym.” (“Inwazja
świń”,
“Polityka”, nr 9/03)
"Nasz Dziennik", 5. września 2003r.
Chlewnia w kurorcie?
Mieszkańcy i władze samorządowe miejscowości
wypoczynkowych w
okolicach
Koszalina nie chcą u siebie wielkoprzemysłowych ferm tuczników
Czy wokół kurortów i miejscowości wypoczynkowych koło
Koszalina może
powstać ferma trzody chlewnej na 7 tys. sztuk? Inwestorzy i władze
firmy
"Prima", spółki-córki amerykańskiej spółki Smithfield, twierdzą, że jak
najbardziej. Innego zdania są
mieszkańcy Kleszczy, wioski, w której ma stanąć tuczarnia. Ale nie
tylko. Pomysł budowy chlewni krytykują też władze gminy Sianów i
sąsiedniego
Mielna.
Wieś Kleszcze położona jest między Sianowem a nadmorską
wypoczynkową
miejscowością Łazy. Kiedyś jej mieszkańcy pracowali w pobliskim
państwowym
gospodarstwie rolnym - dzisiaj starają utrzymywać się z turystyki.
Jeśli
w
popegeerowskich oborach, gdzie kiedyś hodowano bydło, inwestorzy
zainstalują
hodowlę 7 tys. świń, to o turystyce nawet nie ma co marzyć. Sami
mieszkańcy
będą musieli się wynieść, bo nikt nie będzie w stanie znieść fetoru
gnojowicy
unoszącego się nad okolicą.
W ubiegłym tygodniu w Kleszczach zorganizowano
konferencję
prasową z
udziałem mieszkańców wsi i władz gminnych. Inwestorzy, synowie
miejscowego
radnego Ryszarda Czupajły, nie wzięli udziału w spotkaniu z
mieszkańcami
wsi. Sam radny oświadczył, że gdyby w ubiegłym roku kupujący od Agencji
Własności Rolnej Skarbu Państwa budynki wiedzieli, że nie będą mogli w
Kleszczach hodować świń, wycofaliby się z zamiaru nabycia obiektów po
byłym
pegeerze. Tymczasem mieszkańcy Kleszczy inwestorów nazywają dosadnie:
"jeźdźcy
Apokalipsy".
Gmina wydała niedoszłym hodowcom decyzję odmowną w
sprawie
hodowli 7
tys. świń. Bracia Czupajłowie odwołali się do Samorządowego Kolegium
Odwoławczego,
a to nakazało burmistrzowi ponowne rozpatrzenie sprawy.- Sprawa jest o
tyle ciekawa, że ojciec inwestorów Ryszard Czupajło dobrze wiedział, że
w planie strategii rozwoju gminy planowaliśmy nieuciążliwą produkcję
rolną
z możliwością zmiany jeszcze na inny kierunek zagospodarowania tych
obiektów
- powiedział "Naszemu Dziennikowi" Andrzej Matyjaszek, burmistrz
Sianowa.
Planami budowy uciążliwego obiektu, jakim niewątpliwie
będzie
tuczarnia
świń w Kleszczach, zaniepokojeni są również mieszkańcy Mielna i
Unieścia.
Od siedmiu tysięcy zwierząt, skoncentrowanych na małej powierzchni,
dzieliłaby
ich tylko szerokość jeziora Jamno i dwa kilometry łąk. Dużym
niebezpieczeństwem
byłby spływ rowami i strumykami gnojowicy do jeziora i dalej, do morza.
- Gdyby doszło do powstania chlewni z tyloma tysiącami
świń,
wtedy jednocześnie
doszłoby do katastrofy ekologicznej i ekonomicznej w pasie przybrzeżnym
na wysokości Koszalina. Jestem przekonany, że jednak chlewni w
sąsiadującej
z nami gminie Sianów nie będzie. Przed takimi inwestycjami należy się
bronić,
gdyż z nimi wiążą się same kłopoty, a korzyści, w przypadku naszej
gminy,
nie będziemy mieli żadnych - podkreśla Zbigniew Choiński, wójt Mielna.
- Zmiana planu strategii rozwoju gminy Kleszcze wiąże
się z
kłopotami
finansowymi gminy i wszystkiego nie da się od razu zrobić. Synowie
naszego
radnego dogadali się z firmą "Prima" z Czaplinka, że będą hodować
jednorazowo
7 tys. sztuk trzody chlewnej, ale, jak znam życie, byłoby ich tutaj
więcej.
Ja nie bardzo to wszystko rozumiem, bo według prawa
jednorazowo
nie
może być hodowanych więcej niż 2 tys. sztuk. Ale jakoś na te przepisy
nikt
na razie nie patrzy. Gdyby to była hodowla ściółkowa, to co zrobić z
taką
ilością obornika? Poza tym 30 metrów od tej chlewni jest ujęcie wody
dla
wsi. Kiedyś, gdy hodowano tutaj bydło, woda była niekiedy
zanieczyszczana.
Sprawa chlewni trafiła do NSA i mam nadzieję, że władze gminy i
mieszkańcy
Kleszczy i okolicznych wiosek wygrają sprawę o swoją przyszłość -
podkreśla
burmistrz Sianowa Andrzej Matyjaszek.
Tymczasem mieszkańcy wsi Kleszcze nie wierzą w
zapewnienia
inwestorów,
że będą mieli zatrudnienie w chlewni. Więcej miejsc pracy musiałoby
ulec
likwidacji na skutek budowy gigantycznej tuczarni. Wieś, po
otrząśnięciu
się z doświadczeń z upadkiem Państwowych Gospodarstw Rolnych, powoli
staje
się bazą turystyczną, korzystając z bliskości Bałtyku.
Dlatego ani kleszczanie, ani gminne władze, które przez
nich
zostały
wybrane, nie wierzą w zapewnienie wynikające z dokumentacji firmy
"Prima",
że szlam z gnojowicy będzie trafiał do oczyszczalni ścieków,
utylizowane
będą leki zwierzęce, jak np. antybiotyki, padłe zwierzęta będą spalane
i powstaną zbiorniki na gnojowice. Władze gminy Sianów nie mogły się
doczytać,
gdzie te zbiorniki mają stanąć i gdzie będzie wywożona cuchnąca ciecz.
Marek Garbacz
Uwaga! Produkt świniopodobny
Coraz częściej mieszkańców wielu miejscowości z różnych
stron
Polski
bulwersują pomysły budowy w sąsiedztwie ich domów potężnych chlewni, w
których zwierzęta hodowane są sposobem wielkoprzemysłowym. Wielkie
firmy
o europejskim albo nawet światowym zasięgu, jak np. Smithfield, nie
liczą
się ze zdaniem miejscowych społeczności, nawet władz, twardo realizując
postawione sobie zadania zdobywania rynków. W ostatnich latach w Polsce
już więcej niż co 15 sztuka trzody chlewnej pochodzi z
wielkoprzemysłowych
hodowli. Wielu rolników, a także ekologów, niepokoi fakt, że do tej
pory
ani wśród naukowców, ani w samych ministerstwach: ochrony środowiska
oraz
rolnictwa, nie powiedziano wyraźnie, ile w naszych warunkach
przyrodniczo-glebowych
można w jednym gospodarstwie hodować trzody chlewnej. Przyjmuje się, że
najbezpieczniej jest hodować zwierzęta w gospodarstwach rodzinnych,
gdzie
negatywne zjawisko hodowania świń w jednym punkcie i jednym cyklu w
ilościach
7 tys. czy więcej nie jest możliwe. Biorąc pod uwagę proponowane
programy
dla Polski, z uwzględnieniem ekologii jako najbardziej cennego atrybutu
naszego rolnictwa, nie powinniśmy powielać błędów Europy Zachodniej czy
Stanów Zjednoczonych.
Nie znaczy to, że większość mięsa powinna pochodzić z gospodarstw
ekologicznych,
choć to dla konsumentów byłoby zjawiskiem najbardziej korzystnym.
Problemem
jest to, że przemysł mięsny narzuca hodowcom standardy hodowlane i
życzyłby
sobie, aby zwierzęta pod względem cech użyteczności były tak wyrównane
jak maszyny wychodzące z fabryki. Wielkie korporacje mięsne zaczęły,
najpierw
w USA, a potem i w Europie, hodować świnie na własny użytek, traktując
rolników indywidualnych co najwyżej jak dostawców sztuk trzody chlewnej
z fabryk świń, które same wszystko kontrolują. Kiedy obserwuje się w
Polsce
ekspansję różnych zachodnich hodowli, widać wyraźnie, jak z
premedytacją
są wykorzystywane luki w przepisach. Współpraca sprytnych prawników
wielkich
korporacji widoczna jest (zwłaszcza dla władz samorządowych) można rzec
- niemal gołym okiem. Na przykład dopiero teraz przygotowywane są
przepisy
dotyczące możliwości zaistnienia fermy, w której hodowałoby
się
duże
ilości zwierząt.
gama
"Nasz Dziennik", 5. września 2003r.
System oszukiwania konsument
O wielkoprzemysłowym tuczu zwierząt mówią:
dr Zbigniew Hałat, lekarz medycyny, specjalista
epidemiolog,
prezes
Stowarzyszenia Zdrowia Konsumentów
Głównym problemem współczesnego kon sumenta jest
niezdolność
jego zmysłów
do rozróżniania tego, co jest zdrowe, a co nie. Wzrok, smak i węch nie
wystarczą, żeby ocenić przeszłość zwierzęcia, które jest poćwiartowane
i sprzedawane w postaci kawałka mięsa, a jeszcze gorzej, jeżeli jest to
mięso mielone. W związku z tym musimy się zdać na służby kontrolne:
Państwową
Inspekcję Weterynaryjną, Państwową Inspekcję Handlową oraz Państwową
Inspekcję
Sanitarną, i odpowiednio je wyposażyć, aby mogły wykonywać swe zadania
statutowe. Ludzie wiedzą, że w oparciu o ustawy mają prawo żądać
zdrowej
żywności. W związku z tym siły państwa utrzymywane z naszych podatków
powinny
się skupić na gwarantowaniu ludziom tego bezpieczeństwa, a niestety tak
nie jest. Jakie są tego dowody? Chociażby sprawa związana z ekspansją
Smithfield
Foods na terenie Polski. Mamy do czynienia z hodowlą w warunkach
niehigienicznych
- nie spełnia się wymogów klasycznej zootechniki, tzn. gwarantującej
bezpieczny
wzrost zwierzęcia i utrzymywanie go w warunkach bezstresowych, co
oczywiście
rzutuje na jakość mięsa i odporność zwierzęcia. Aby trzymane w
niehumanitarnych
warunkach mogły przeżyć i osiągnąć odpowiednie rozmiary do uboju,
chroni
się je przed padnięciem za pomocą antybiotyków, przestrzegając lub nie
okresu karencji zanim to mięso zostanie sprzedane. Istnieje też szereg
zagrożeń związanych z produkcją zwierzęcą w dużych farmach hodowlanych,
mianowicie problem odpadów hodowlanych, które są oddawane okolicznym
rolnikom.
W ten sposób rozprzestrzeniane jest skażenie środowiska azotanami i
azotynami.
Stanowi to ewidentne złamanie zarówno ustawy dotyczącej
azotynów, jak
i rozporządzenia ministra rolnictwa dotyczącego warunków
zanieczyszczenia
środowiska azotynami.
Takie mięso, które jest wyprodukowane w nieludzkich
warunkach,
wymaga
potem zabiegów związanych z większą ilością różnych konserwantów, a
także
zamaskowania jego złej jakości, do czego używa się środków
wzmacniających
smak i zapach oraz barwników. W sumie duża farma jest częścią ogromnego
systemu oszukiwania konsumenta, który - patrząc na produkt z etykietą
"wieprzowina"
- ma wrażenie, że jest to taki rodzaj hodowli, który on zna, a w
rzeczywistości
jest inaczej.
Danuta Siczek, specjalista ds. hodowli trzody chlewnej z
Regionalnego
Centrum Doradztwa Rozwoju Rolnictwa i Obszarów Wiejskich w Radomiu
Nie możemy zdefiniować, co to jest gospodarstwo
wielkopowierzchniowe
czy fermowe - tej wielkiej produkcji. Można jedynie powiedzieć, że
gospodarstwa,
które mają chlewnie o takiej i takiej obsadzie, dostarczają tyle i tyle
żywca na rynek.
W sprawach technologii produkcji nie ma w zasadzie różnic.
Gospodarstwa,
które produkują na rynek, a nie na własne potrzeby opierają się na
żywieniu
mieszankami pełnoporcjowymi - zarówno ci duzi, jak i mali. Różnią się
więc
raczej skalą produkcji, a nie technologią. (...) Chociaż z higieną
często
lepiej jest w tych mniejszych chlewniach.
Około dwóch lat temu w skali kraju te największe gospodarstwa stanowiły
pół procent ogółu gospodarstw i dostarczały około 10-15 procent żywca.
W tym nie były jeszcze uwzględniane farmy Smithfielda, a sam Smithfield
ma docelowo produkować tyle, ile wynosi cały skup interwencyjny w
Polsce.
zeb. AKW
Bezczynność i bezprawie kosztem zdrowia ludzi i środowiska...
Ustawa z dnia 14 marca 1985 r. o PaństwowejInspekcji Sanitarnej
Art.
27. 1. W
razie stwierdzenia
naruszenia wymagań higienicznych i zdrowotnych, państwowy inspektor
sanitarny
nakazuje, w drodze decyzji, usunięcie w ustalonym terminie
stwierdzonych
uchybień.
2.
Jeżeli
naruszenie wymagań,
o których mowa w ust. 1, spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub
zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje unieruchomienie
zakładu
pracy lub jego części (stanowiska pracy, maszyny lub innego
urządzenia),
zamknięcie obiektu użyteczności publicznej, wyłączenie z eksploatacji
środka
transportu, wycofanie z obrotu środka spożywczego, przedmiotu użytku,
materiału
i wyrobu przeznaczonego do kontaktu z żywnością, kosmetyku lub innego
wyrobu
mogącego mieć wpływ na
zdrowie ludzi albo podjęcie lub zaprzestanie innych działań; decyzje w
tych sprawach podlegają natychmiastowemu wykonaniu.
3.Z
powodów i w
trybie
określonych w ust. 2 państwowy inspektor sanitarny nakazuje
likwidację
hodowli lub chowu zwierząt.
Sejm RP Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi /nr 260/, 5 maja 2005
r.
Mówcy:
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS)
Przewodniczący Krajowej Rady Izb Rolniczych Krzysztof Ardanowski
Poseł Mieczysław Aszkiełowicz (Samoobrona)
Poseł Andrzej Fedorowicz (LPR)
Posłanka Danuta Hojarska (Samoobrona)
Poseł Stanisław Kalemba (PSL)
Poseł Wacław Klukowski (PiS)
Poseł Wojciech Mojzesowicz (PiS)
Sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi Józef Pilarczyk
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech Stawiany
Zastępca dyrektora Departamentu Środowiska Rolnictwa i Zagospodarowania
Przestrzennego w Najwyższej Izbie Kontroli Waldemar Wojnicz
Poseł Wojciech Zarzycki (PSL)
5 maja 2005 r. Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi, obradująca pod
przewodnictwem
posła Wojciecha Mojzesowicza /PiS/, wysłuchała:
- informacji i funkcjonowaniu wielkoprzemysłowych ferm
trzody
chlewnej,
ze szczególnym uwzględnieniem nadzoru nad przestrzeganiem zasad ochrony
środowiska,
- informacji o funkcjonowaniu systemu bezpieczeństwa
żywności
w przetwórstwie
mięsa.
W posiedzeniu uczestniczyli przedstawiciele:
Ministerstwa
Rolnictwa
i Rozwoju Wsi z sekretarzem stanu Józefem Pilarczykiem, Główny Lekarz
Weterynarii
Krzysztof Jażdżewski, Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech
Stawiany
oraz przedstawiciele związków i organizacji rolniczych.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Otwieram
posiedzenie Komisji
Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Porządek dzienny posiedzenia został państwu
doręczony.
Czy ktoś z państwa ma jakieś uwagi do zaproponowanego porządku obrad?
Nie
widzę zgłoszeń. Przystępujemy zatem do rozpatrzenia pierwszego punktu
porządku
obrad. Toczyła się wielka batalia o fermy prowadzące przemysłowy tucz
trzody
chlewnej. Zarzucano nam, że rozpatrywany przez Sejm projekt ustawy
doprowadzi
do upadku 2500 wielkich ferm, a 30 tys. osób straci pracę. Okazuje się,
że ferm powyżej 2000 stanowisk i 750 macior jest w Polsce około 85.
Tylko
tyle podmiotów wystąpiło o zgodę na taką produkcję. A zatem albo
odpowiednie
służby nie potrafią ustalić, ile tego typu ferm funkcjonuje w Polsce,
albo
ci co nas informowali, kłamią. Szkoda, że w ten proces dezinformacji
włączyła
się nawet pani prof. Katarzyna Duczkowska Małysz. Mówienie nieprawdy
jest
rzeczą niedopuszczalną. Jeśli tych ferm jest więcej nić 85, to znaczy,
że mamy niesprawne służby. Są tylko te dwie możliwości. Zapoznałem się
z materiałami, które na dzisiejsze posiedzenie Komisji przygotowało
Ministerstwo
Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Zastanawia mnie jedna kwestia. W województwie
kujawsko pomorskim jest taka ferma, która posiada 470 ha i trzykrotnie
przekroczyła plan nawożenia. Mimo to ten podmiot uzyskał zgodę na
prowadzenie
hodowli. Bardzo proszę, aby traktować Komisję poważnie i nie
zamieszczać
w materiałach tego typu informacji. Nie jestem w stanie sprawdzić
pozostałych
84 ferm. Mam nadzieję, że w pozostałych przypadkach inspekcje
postępowały
bardziej racjonalnie. Bardzo proszę pana ministra Józefa Pilarczyka o
przedstawienie
przedmiotowej informacji.
Sekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i
Rozwoju Wsi
Józef Pilarczyk :
Produkcja w wielkoprzemysłowych fermach trzody chlewnej oraz
zagospodarowanie
gnojówki i gnojowicy nadzorowane jest przez trzy instytucje. Inspekcja
Weterynaryjna kontroluje spełnianie wymogów sanitarno weterynaryjnych.
Inspekcja Ochrony Środowiska sprawdza dochowanie przepisów w zakresie
ochrony
środowiska, w tym również spełnienie warunków niezbędnych do uzyskania
pozwolenia zintegrowanego. Z mocy ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia
wyznaczono także zadania stacjom chemiczno rolniczym w zakresie
opiniowania
planów nawożenia. Opinie są wydawane przez okręgowe stacje chemiczno
rolnicze.
Pewne użyteczne dla tych kontroli informacje gromadzi Agencja
Restrukturyzacji
i Modernizacji Rolnictwa w zakresie systemu identyfikacji i rejestracji
zwierząt. Chciałbym się odnieść do wypowiedzi posła Wojciecha
Mojzesowicza
o rozbieżnościach w danych statystycznych. Wynika to przede wszystkim z
niepełnego wdrożenia systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt oraz
przepisów związanych z ustawą dotyczącą identyfikacji i rejestracji
zwierząt
w zakresie trzody chlewnej. Jak już mówiłem na poprzednim posiedzeniu
Komisji,
te przepisy są wdrożone w około 50%. A zatem tylko połowa producentów
trzody
chlewnej wypełniła obowiązek zarejestrowania stad w Agencji
Restrukturyzacji
i Modernizacji Rolnictwa. Zyskaliśmy tę wiedzę, porównując dane
Głównego
Urzędu Statystycznego i centralnej bazy danych Agencji. W związku z tym
nie można dzisiaj podać precyzyjnych informacji w tym zakresie. Już po
pierwszym posiedzeniu Komisji zalecono Inspekcji Weterynaryjnej
wzmożenie
kontroli. Chodzi o to, aby producenci jak najszybciej zarejestrowali
swoje
stada trzody chlewnej. Dane przekazane Komisji zgromadzono na podstawie
wniosków o zaopiniowanie planów nawożenia, składanych przez producentów
do okręgowych stacji chemiczno rolniczych. Na tej podstawie trudno
wnioskować
o ilości dużych ferm trzody chlewnej w Polsce. Jeśli do okręgowych
stacji
chemiczno rolniczych o opinię 34 wystąpiły podmioty jeszcze w 2004 r. i
51 podmiotów w pierwszym kwartale 2005 r., to nie można na tej
podstawie
twierdzić, że w Polsce jest tylko 85 dużych ferm trzody chlewnej
powyżej
2 tys. stanowisk. To oznacza, że tylko 85 właścicieli ferm wykonało
obowiązek
wynikający z ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia, czyli złożyło
wniosek
o zaopiniowanie planu nawożenia. Tylko w jednym przypadku, w
województwie
kujawsko pomorskim, tamtejsza stacja chemiczno rolnicza wydała
negatywną
opinię o przedłożonym planie nawożenia. Można powiedzieć, że zadanie
wynikające
z wyżej wymienionej ustawy zostało zrealizowane na poziomie nieco ponad
20%. Wyegzekwowanie tego przepisu pozostaje w gestii Inspekcji Ochrony
Środowiska. Kluczowa jest tutaj dobra współpraca Agencji
Restrukturyzacji
i Modernizacji Rolnictwa, stacji chemiczno rolniczych oraz Inspekcji
Ochrony
Środowiska. Tylko w ten sposób można radykalnie poprawić obecną
sytuację.
Jeszcze raz powtarzam, że na podstawie dostępnych danych można
powiedzieć,
że obowiązek wynikający z ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia
wykonywany
jest przez niewiele podmiotów. W materiałach, które państwo
otrzymaliście,
przedstawiono kompletny wykaz ferm o obsadzie powyżej 5 tys. sztuk
świń.
Nie jesteśmy w stanie w tej chwili dostarczyć Komisji pełnego wykazu
ferm
o obsadzie powyżej 2 tys.
sztuk świń. Z informacji przekazanych przez wojewódzkie
inspektoraty
weterynarii wynika, że takich ferm jest około 270. A zatem wcześniejsze
twierdzenie, że takich podmiotów może być około 2,5 tys., nie było
zgodne
z prawdą. Danymi o stadach tej wielkości nie dysponował nawet Główny
Urząd
Statystyczny. W tej chwili po przeanalizowaniu sytuacji przez służby
weterynaryjne
można mówić o 270 fermach. Nie są to jednak dokładne analizy.
Szczegółowe
informacje w tym zakresie uzyskamy, gdy wszyscy właściciele stad
dopełnią
obowiązku rejestracji zwierząt. Jeśli chodzi o wymogi sanitarno
weterynaryjne,
to w przypadku kontrolowanych ferm sytuacja jest zadowalająca. Nie
oznacza
to, że nigdzie nie stwierdzono żadnych uchybień. Z powodu niespełnienia
wymogów sanitarno weterynaryjnych nie zamknięto jednak żadnej fermy
tuczu
przemysłowego. Kiedy 1 maja 2004 r. zaczęły obowiązywać nowe przepisy,
niedociągnięcia były poważniejsze i częstsze. Od tamtej pory
odpowiednie
służby prowadzą systematyczne kontrole, a wszelkie zalecenia inspekcji
są realizowane na bieżąco. Jeśli będzie taka potrzeba, szczegółowe
informacje
na ten temat może państwu przekazać Główny Lekarz Weterynarii dr
Krzysztof
Jażdżewski. W materiale przygotowanym przez Ministerstwo Rolnictwa i
Rozwoju
Wsi możecie państwo przeczytać, jakie przeprowadzano kontrole i ile ich
było. Jeszcze raz powtarzam, że naszym zdaniem wyniki tych kontroli nie
są złe. Właściciele ferm w większości przypadków spełniają wymogi
sanitarno
weterynaryjne, a stwierdzone uchybienia nie były na tyle poważne, aby
podjąć
decyzję o zamknięciu jakiejś fermy.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Przed chwilą pan
minister
Józef Pilarczyk stwierdził, że w Polsce jest około 270 ferm trzody
chlewnej
o obsadzie powyżej 2 tys. sztuk. Kto w takim razie wytworzył taką
histerię
wokół nie więcej niż 70 gospodarstw korzystających z lagun? Nawet w
"Gazecie
Wyborczej" ukazał się artykuł, w którym była mowa o 2,5 tys. ferm.
Myślę,
że te błędne informacje należy sprostować. Po przyjęciu ustawy
wprowadzającej
obowiązek stosowania szczelnych, zamkniętych zbiorników na gnojówkę,
mówiono
o możliwości bankructwa polskiego rolnictwa i tragedii zwalnianych
pracowników.
Najgorsze jest to, że nawet na podstawie już obowiązujących przepisów
nie
jesteśmy w stanie wyegzekwować od tych ferm dostosowania się do wymogów
w zakresie ochrony środowiska. Zastanawiam się, jakie będą skutki
przedostania
się tej informacji na zewnątrz. Na tym ucierpią polscy producenci
żywności.
Po co przyjmowano ustawę, skoro teraz nie można dopilnować wykonania
tych
przepisów. Na podstawie materiałów, które otrzymaliśmy, można
powiedzieć,
że wszystkie inspekcje działają fatalnie. W wykazie umieszczono
gospodarstwo
o powierzchni 470 ha, które posiada 25500 sztuk trzody. Temu podmiotowi
zatwierdzono plan nawożenia. Czy to jest możliwe? Takie materiały
otrzymujemy
z Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Nie jestem w stanie sprawdzić
wszystkich
85 ferm wymienionych w wykazie. Wiem tylko, że w wymienionym przeze
mnie
przykładzie trzykrotnie przekroczono normę. Mimo to, stacja chemiczno
rolnicza
pozytywnie zaopiniowała plan nawożenia. Proszę Komisji nie przysyłać
takich
materiałów. To nas wszystkich stawia w bardzo złym świetle. Dlaczego
przy
wymienionych fermach nie ma informacji o powierzchni gruntów? W tym
jednym
przypadku udało mi się uzyskać te dane. Przecież ktoś musi to wszystko
ewidencjonować. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa
powinna
prowadzić ewidencję stad trzody chlewnej. Czy powiatowy lekarz
weterynarii
nie wie, gdzie w jego regionie są fermy o obsadzie powyżej 2 tys.
sztuk?
To jest nieprawdopodobne. Wytwarzamy atmosferę kompletnej niemocy.
Staram
się zachować spokój, ale w tych okolicznościach czynię to z wielką
trudnością.
Tego rodzaju sytuacja uwłacza Komisji oraz Ministerstwu Rolnictwa i
Rozwoju
Wsi. Inspekcje nie wykonują swoich zadań.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Proszę
zauważyć, że
do zadań powiatowego lekarza weterynarii nie należy liczenie sztuk
trzody
chlewnej na jakiejś fermie. Lekarz posługuje się dokumentacją
prowadzoną
przez właściciela gospodarstwa. Dane powinny być przekazywane Agencji
Restrukturyzacji
i Modernizacji Rolnictwa. Jak już powiedziałem, dopiero około 50%
hodowców
dopełniło tego obowiązku. Należy tu odróżnić fermy znajdujące się na
wykazie
zamieszczonym w materiale, posiadające powyżej 5 tys. sztuk trzody. Te
podmioty najczęściej stosują się do przepisów. Problem stanowią średnie
i małe fermy, posiadające około 2 tys. sztuk zwierząt. W związku z tym
powstaje pytanie, czy w stosunku do tych podmiotów powiatowy lekarz
weterynarii
powinien restrykcyjnie żądać spełnienia wszystkich wymogów. Czy wydawać
decyzję o zaprzestaniu produkcji, jeśli właściciel fermy spełnia wymogi
sanitarno weterynaryjne, ale nie dopełnił obowiązku w zakresie planu
nawożenia
czy uzyskania pozwolenia zintegrowanego? Restrykcyjne działania są
podejmowane
w stosunku do ferm o charakterze typowo przemysłowym. Podany przed
chwilą
przykład gospodarstwa o powierzchni 470 ha i hodowli 25,5 tys. sztuk
świń
kwalifikuje się właśnie do takich działań, jeśli te dane zostaną
potwierdzone
przez okręgową stację chemiczno rolniczą. Są takie przypadki, gdy fermy
przechowujące gnojowicę w lagunach nie wystąpiły o zatwierdzenie planów
nawożenia. Według naszych informacji w tej chwili około 30 gospodarstw
przechowuje gnojówkę w lagunach. Dane zebrane przez Głównego Lekarza
Weterynarii
nie obejmują czterech województw. Prawdopodobnie Inspekcja Ochrony
Środowiska
ma dokładniejsze informacje. Na przykład żadna z trzech ferm na Dolnym
Śląsku, przechowujących gnojowicę w lagunach, nie zwróciła się o
zatwierdzenie
planu nawożenia. Na trzy fermy tego typu w województwie kujawsko
pomorskim,
dwie zwróciły się i uzyskały pozytywną opinię o planie nawożenia. Jeden
podmiot nie uzyskał takiej opinii. Jeśli chodzi o województwo lubuskie,
to na pięć ferm przechowujących gnojowicę w lagunach tylko jedna
zwróciła
się o zatwierdzenie planu nawożenia. W województwie pomorskim cztery
fermy
przechowują gnojowicę w lagunach. Żadna z nich nie wystąpiła z
wnioskiem
do okręgowej stacji chemiczno rolniczej. W województwie
zachodniopomorskim
na siedem ferm przechowujących gnojowicę w lagunach, wszystkie
wystąpiły
o zatwierdzenie planu nawożenia. W przypadku województwa podlaskiego na
siedem ferm, żadna nie wystąpiła o zatwierdzenie planu nawożenia. W
województwie
śląskim jedna z dwóch ferm przechowujących gnojowicę w lagunach
wystąpiła
z wnioskiem do stacji chemiczno rolniczej. Ministerstwo Rolnictwa i
Rozwoju
Wsi przekazuje tego typu informacje służbom ochrony środowiska.
Współpraca
pomiędzy stacjami chemiczno rolniczymi, Inspekcją Weterynaryjną i
Inspekcją
Ochrony Środowiska stworzy możliwość pełnego wyegzekwowania
przestrzegania
przepisów.
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech
Stawiany :
Chciałbym
państwu zreferować "Informację o przestrzeganiu wymagań ochrony
środowiska
przez wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej". Materiał przekazaliśmy
Komisji kilka dni temu. Stanowisko Głównego Inspektora Ochrony
Środowiska
pełnię dopiero od dwóch tygodni, dlatego moja wypowiedź nie będzie
bardzo
szczegółowa. Mogą ją uzupełnić pani Małgorzata Typko zastępca dyrektora
Departamentu Instrumentów Ochrony Środowiska oraz przedstawiciele
Głównego
Inspektoratu Ochrony Środowiska, w tym dyrektor Departamentu Inspekcji
i Orzecznictwa pani Anna Kowalska oraz pani Dorota Wieńko. Działania
Głównego
Inspektoratu Ochrony Środowiska polegały na tym, że w okresie maj
czerwiec
2004 oraz w pierwszym kwartale 2005 r. przeprowadziliśmy 44 kontrole
ferm
prowadzących wielkoprzemysłową hodowlę trzody chlewnej. W czterech
przypadkach
w badanych instalacjach akurat nie prowadzono tuczu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Komisja zapoznała
się z dostarczonym
materiałem. Proszę o krótką informację, co Inspekcja Ochrony Środowiska
zrobiła w zakresie kontroli ferm.
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech
Stawiany :
W związku
z tym przedstawię tylko dane cząstkowe według stanu z 15 kwietnia 2005
r. Wśród kontrolowanych 40 instalacji, 27 z nich powinno do 31 grudnia
2004 r. uzyskać pozwolenie zintegrowane. Tylko pięć ferm uzyskało takie
pozwolenia. Osiemnaście z nich złożyło wnioski. W dwóch przypadkach
trwa
opracowywanie wniosków. Dwa podmioty nie podjęły żadnych działań
przygotowawczych.
Jak już powiedział pan minister Józef Pilarczyk, kontrole dotyczyły
także
posiadania zatwierdzonych planów nawożenia. Na czterdzieści instalacji,
dwadzieścia pięć jednostek powinno posiadać plany nawożenia. W
przypadku
dziewiętnastu podmiotów stacje chemiczno rolnicze zatwierdziły plany
nawożenia.
Dwa wnioski są jeszcze rozpatrywane, a cztery przygotowywane. Po
przeprowadzonej
kontroli wszczęto piętnaście postępowań w trybie art. 365 ust. 1 ustawy
Prawo ochrony środowiska w sprawie wstrzymania instalacji, które nie
posiadają
pozwolenia. W trzech przypadkach wszczęto postępowanie w trybie art.
20g
ustawy z 26 lipca 2000 r. o nawozach i nawożeniu w sprawie wstrzymania
prowadzenia chowu w związku z niezatwierdzeniem planu nawożenia. Wydano
także dziewięć zaleceń pokontrolnych. Nie będę o nich szczegółowo
mówił,
ponieważ to wszystko znajduje się w materiale, który państwo
otrzymaliście.
Ponadto inspektorzy wojewódzkich inspekcji ochrony środowiska
skierowali
dwa wystąpienia do organów ochrony środowiska w celu poinformowania o
stwierdzonych
naruszeniach. Wojewódzki inspektor ochrony środowiska w Opolu nałożył
na
właściciela fermy grzywnę. Wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej są
obiektem
dużego zainteresowania Inspekcji Ochrony Środowiska. W województwie
zachodniopomorskim
6 czerwca 2005 r. odbędzie się spotkanie dotyczące trybu uzyskiwania
pozwoleń
zintegrowanych. Wojewódzki inspektor ochrony środowiska zaprosił na to
spotkanie wielu specjalistów oraz właścicieli ferm. Zaproszenie zostało
też przesłane do sekretariatu Komisji. W ramach współpracy polsko
duńskiej
zostały opracowane trzy dokumenty dotyczące sposobu prowadzenia
kontroli
na fermach trzody chlewnej. W pierwszym z nich zawarto ogólne wytyczne.
W kolejnym znajdują się wytyczne w zakresie uboju. W ostatnim
dokumencie
umieszczono wytyczne dla hodowli i chowu. Te materiały przekazujemy
zainteresowanym
hodowcom, ponieważ uważamy, że kontrole mają także spełniać rolę
szkoleniową.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Otwieram dyskusję.
Kto z państwa
chciałby zabrać głos?
Poseł Wojciech Zarzycki /PSL/ :
Wydaje mi się, że w
zakresie
działalności wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej nic się nie
zmieniło.
Zastrzeżenia, które zgłaszaliśmy kilka miesięcy temu, znajdują
potwierdzenie
w materiałach przygotowanych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi
oraz Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. W przypadku wielu
gospodarstw
nawozy płynne są przechowywane w lagunach, a stacje chemiczno rolnicze
nie otrzymały wniosków o zatwierdzenie planów nawożenia. Fermy nadal
funkcjonują
bez odpowiednich pozwoleń, tak jakby się nic nie stało. Wartością
naszego
rolnictwa była dobrze oceniania żywność. Dzięki temu w ogóle
zaistnieliśmy
na rynkach Unii Europejskiej. Teraz minister rolnictwa i rozwoju wsi
przyznaje,
że są liczne przypadki nieprzestrzegania przepisów przez właścicieli
ferm
trzody chlewnej. Potwierdza to Główny Inspektor Ochrony Środowiska.
Pytam
zatem, gdzie tkwi błąd? Dlaczego w stosunku do podmiotów łamiących
przepisy
nie podejmuje się żadnych kroków prawnych? Nie może być taryfy ulgowej
dla gospodarstw, które szkodzą polskiemu rolnictwu. Koncentracja
produkcji
i fermy z lagunami zagrażają rolnikom, którzy gospodarują na mniejszych
obszarach i prowadzą tucz 1-1,5 tys. sztuk świń. Jeśli właściciele
wielkich
ferm nie przestrzegają wymogów i nie składają nawet wniosków o
zatwierdzenie
planu nawożenia, to dlaczego nie wyciąga się wobec nich konsekwencji?
Pan
Wojciech Stawiany zapowiedział dalsze prowadzenie działań kontrolnych
oraz
szkolenia hodowców. Przecież w tej chwili obowiązuje ustawa, którą
należy
realizować. W materiale, który otrzymaliśmy, w jednym miejscu wspomina
się, że dane gospodarstwo dysponuje zbiornikiem zamkniętym do
przechowywania
gnojówki i gnojowicy, a w innym fragmencie tekstu czytamy, że ten sam
podmiot
wykorzystuje lagunę. Jak to w końcu jest? Podobne rozbieżności
pojawiają
się w tabeli informującej o liczbie zwierząt hodowlanych. Najpierw jest
mowa o 3 tys. sztuk zwierząt, a potem tej samej fermie przypisuje się
hodowlę
12 tys. sztuk. Czy te kontrole były przeprowadzane dwukrotnie? Skąd się
wzięły takie rozbieżności? Czy ten materiał został rzetelnie
przygotowany?
Kiedy zostaną wyciągnięte konsekwencje? Nie dotrzymuje się wymogów
prowadzenia
chowu i hodowli zwierząt. W takim przypadku konsekwencja może być tylko
jedna. Dopóki nie zostaną podjęte rygorystyczne działania, to nie ma co
liczyć na poprawę sytuacji. Z problemem nie poradzi sobie Ministerstwo
Rolnictwa i Rozwoju Wsi czy Ministerstwo Środowiska oraz Główny
Inspektor
Ochrony Środowiska. Wszystko przez brak konsekwencji. W przypadku
opisanym
przez posła Wojciecha Mojzesowicza wyraźnie widać, że nie można było
wydać
pozwolenia na hodowlę fermie posiadającej 25,5 tys. sztuk zwierząt i
470
ha gruntów. Tego nie wolno było robić. W przeciwnym razie okaże się, że
prawo można obejść i wszystko można załatwić. Takie działania szkodzą
polskiemu
rolnictwu. Dlatego należy eliminować tych producentów, którzy nie
przestrzegają
przepisów. Należy chronić środowisko. Laguny powinni zniknąć i to
natychmiast.
Poseł Andrzej Fedorowicz /LPR/ :
Dzisiaj wreszcie
dowiedziałem
się, dlaczego pan minister Józef Pilarczyk tak bardzo obawiał się
wprowadzenia
obowiązku przechowywania gnojówki i gnojowicy w szczelnych, zamkniętych
zbiornikach. Teraz wiem, o co panu ministrowi chodziło. Pan minister
walczył
o laguny. Usłyszeliśmy, że tylko 85 właścicieli ferm dopełniło
obowiązku
złożenia wniosku o zatwierdzenie planu nawożenia. W art. 11a odnośnej
ustawy
czytamy: "Podmiot, który prowadzi chów lub hodowlę, drobiu powyżej 40
tys.,
świń powyżej 2 tys., obowiązany jest opracować plan nawożenia.".
Natomiast
art. 20g stanowi, że: "1.Wojewódzki inspektor ochrony środowiska w
drodze
decyzji wstrzymuje prowadzenie chowu lub hodowli, o których mowa w art.
11a w przypadku, gdy podmiot prowadzący chów lub hodowlę nie posiada
pozytywnie
zaopiniowanego planu nawożenia. 2. Decyzji, o której mowa w ust. 1
nadaje
się rygor natychmiastowej wykonalności". Zastanawiam się, po co Sejm
uchwala
ustawy. Jaki jest pożytek z prawa, jeśli nie egzekwuje się
przestrzegania
tego prawa. Dzisiaj minister rolnictwa i rozwoju wsi przyznaje na
posiedzeniu
Komisji, że znaczna część przemysłowych producentów trzody chlewnej nie
wykonuje swoich obowiązków. Po co w Rzeczpospolitej Polskiej
funkcjonuje
rząd? W Sejmie trwa właśnie debata nad wnioskiem o rozwiązanie
parlamentu.
Pańska opcja polityczna, panie ministrze, broni się przed oddaniem
władzy.
W trakcie prac nad ustawami domagaliśmy się przyjęcia przepisów, które
pomagałyby chronić środowisko. Naciskaliśmy na wprowadzenie obowiązku
używania
zamkniętych zbiorników do przechowywania gnojówki i gnojowicy. To
ukróciłoby
praktyki, które prowadzą do zanieczyszczania środowiska. Pan minister
staje
w tym sporze po stronie właścicieli gospodarstw posiadających laguny.
Na
szczęście każda wypowiedź posłów i ministrów na posiedzeniach komisji
jest
zapisywana. Kiedyś sięgniemy do tych materiałów. Nie chcę tutaj toczyć
walki z panem ministrem. To jest bój o prawdę. Kiedy pan minister
walczy
o polskiego rolnika? Dzisiaj, żaląc się na stan wdrażania przepisów w
zakresie
ochrony środowiska, czy wtedy, gdy walczył pan o laguny? Kiedy zostanie
wyegzekwowany przepis art. 20 ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia?
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Myślę, że
jeśli pan
poseł Andrzej Fedorowicz cytuje przepis, to chyba rozumie, co tam jest
napisane. Inspektor ochrony środowiska na mocy ustawy dotyczącej
nawozów
i nawożenia ma wyegzekwować plan nawożenia. Czy pan poseł wie, komu
podlega
inspektor ochrony środowiska? Minister rolnictwa i rozwoju wsi ma tylko
obowiązek nadzorować stacje chemiczno rolnicze, które opiniują plany
nawożenia.
Jeżeli planu nie ma, albo jest zły, to dalsze działania należą do
Inspekcji
Ochrony Środowiska, a nie do ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Pan
poseł
Andrzej Fedorowicz stwierdził, że stoję po stronie właścicieli
gospodarstw
przechowujących gnojowicę w lagunach. Chciałbym przypomnieć, że to Sejm
uchwalił ustawę, która następnie została skierowana do Prezydenta RP.
Kształt
tej ustawy odpowiadał większości parlamentarnej. Jeśli Trybunał
Konstytucyjny
nie stwierdzi niezgodności tych przepisów z konstytucją, to ustawę
będziemy
realizować. Co do tego nie może być dyskusji. A zatem oczekiwania
dotyczące
egzekucji przepisów należy kierować do odpowiednich organów. Ustawa
precyzyjnie
określa, kto ma to prawo egzekwować i wykonywać decyzje. Jesteśmy w
sytuacji,
gdy trzeba na to zwracać szczególną uwagę. Stwierdzam, że właściciele
dużych
ferm w niewielkim stopniu wykonali obowiązek uzyskania pozytywnej
opinii
o planie nawożenia. W związku z tym pozostaje tylko rygorystyczne
wyegzekwowanie
tego obowiązku, bo taki jest ton państwa wypowiedzi. Sądzę, że
Inspekcja
Ochrony Środowiska wykona to zadanie. Nie słyszałem o przypadku, aby
producent
zwrócił się do stacji chemiczno rolniczej z wnioskiem o zaopiniowanie
planu
nawożenie i nie uzyskał tej opinii w wymaganym terminie. Jeżeli
właściciel
fermy się zwraca, to taką opinię otrzymuje. W jednym przypadku ta
opinia
była negatywna.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Moim
zdaniem działania
w zakresie
uporządkowania spraw związanych z ochroną środowiska przypominają
zabawę
kotka z myszką. Za chwilę postaram się uzasadnić tę opinię. Zacznę
jednak
od zasadniczej kwestii. Kto firmuje materiał zatytułowany "Informacja
dotycząca
funkcjonowania wielkoprzemysłowych ferm, w których utrzymywanych jest
powyżej
5 tys. sztuk świń". Na ostatniej stronie jest informacja, że materiał
opracowano
w Departamencie Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii Ministerstwa
Rolnictwa
i Rozwoju Wsi. Na początku nie ma żadnej pieczątki, a zamiast nazwisk
są
dwa podpisy nieczytelne. Czy to jest dokument formalny? Bardzo proszę,
aby do Komisji były kierowane podpisane dokumenty, aby można było w
przyszłości
sprawdzić, kto te informacje przygotowywał. Podobnie jest w przypadku
materiału
opracowanego przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska. Na końcu
widnieje
informacja, że opracowano to w Departamencie Inspekcji i Orzecznictwa.
Być może nie dotarło do mnie pismo przewodnie, ale byłoby dobrze, gdyby
było wiadomo, kto ten materiał przygotowywał. Moim zdaniem to też
świadczy
o państwa podejściu do rozwiązywania tych trudnych problemów. Kolejna
kwestia
dotyczy ochrony środowiska. Wiemy, jak doszło do zatrucia wód i ziemi w
państwach Europy Zachodniej w tym na przykład w Holandii. Wiemy, co się
działo w Stanach Zjednoczonych. W Polsce udało się utrzymać środowisko
w niezłym stanie. Dlatego bardzo niepokoi lekceważący stosunek wobec
tych
spraw. Dlaczego minister środowiska nie wydał rozporządzenia
określającego
parametry zbiornika do przechowywania gnojówki i gnojowicy? Dlaczego
minister
środowiska nie skorzystał z prawa, które dawała mu ustawa dotycząca
nawozów
i nawożenia? Proszę o odpowiedź na piśmie. To było zapisane w ustawie.
Dlaczego minister tego nie zrobił? Czy ma zamiar wydać rozporządzenie?
Wtedy nie byłoby sporów o to, jak ma wyglądać zbiornik do
przechowywania
gnojówki i gnojowicy. W 2002 r. minister infrastruktury wydał
rozporządzenie
określające parametry zbiornika do przechowywania nawozów płynnych. Tam
jest napisane, że to powinien być przykryty zbiornik z otworem
wentylacyjnym
i odpowiednim włazem. Czy przepisy tego rozporządzenia są przestrzegane
przez hodowców trzody chlewnej? W materiale przygotowanym przez
Ministerstwo
Rolnictwa i Rozwoju Wsi czytamy, że w gospodarstwach, które mogą
utrzymywać
powyżej 5 tys. sztuk trzody chlewnej, hodowano zaledwie 939 tys. sztuk
zwierząt. To jest prawie milion sztuk, a w materiale użyto wyrazu
"zaledwie".
Tymczasem jeśli na rynku jest nadwyżka rzędu 2 lub 3%, to wiemy, jak
ceny
żywca spadają. Jak pan minister mógł zaakceptować taki materiał? Czegoś
tutaj nie rozumiem. Na jakiej zasadzie firma POLDANOR SA otrzymała
okres
przejściowy w przeciwieństwie do polskich producentów? W załączniku do
Traktatu akcesyjnego wprowadzono okres przejściowy dla tego producenta.
Proszę o szczegółową informację w tym zakresie. Kto tę firmę wprowadził
do załącznika, w jakim okresie i kto się pod tym podpisał? Kolejne
pytanie
kieruję do ministra środowiska. Czy laguny do przechowywania gnojówki i
gnojowicy są dobrym rozwiązaniem z punktu widzenia ochrony środowiska?
Doświadczenia w tym zakresie są ogólnie znane.
W tej chwili w każdym miejscu w Polsce może nastąpić
powódź.
Nie muszę
tłumaczyć, czym grozi przedostanie się nawozów do takich wód. Następna
kwestia dotyczy pozwoleń zintegrowanych. W tej kwestii dysponujemy
pewnymi
informacjami. Jak już powiedziałem, wprowadzono okresy przejściowe dla
obcej firmy. To jest dla nas bardzo niekorzystna sytuacja, jeśli chodzi
o ceny, bo akurat żywca wieprzowego w Polsce nie brakuje. Niemniej
jednak
istnieją jeszcze plany nawożenia. Jakie decyzje tutaj zapadły? Jakie
będą
działania rządu? Jeśli producent nie posiada pozwolenia zintegrowanego
i nie uzyskał pozytywnej opinii o planie nawożenia, to zgodnie z ustawą
uchwaloną przez Sejm, wojewódzki inspektor ochrony środowiska ma
obowiązek
zamknąć taką fermę. To jest zabawa w kotka i myszkę, to co my robimy. W
województwie wielkopolskim działa jedenaście ferm utrzymujących powyżej
5 tys. sztuk trzody chlewnej, a tylko w jednym przypadku okręgowa
stacja
chemiczno rolnicza wydała pozytywną opinię o planie nawożenia.
Przypominam,
że obowiązek wystąpienia z wnioskiem o zaopiniowanie planu nawożenia
mają
fermy utrzymujące powyżej 2 tys. sztuk. Czy odpowiednie służby jeszcze
raz przeprowadzą kontrolę ferm w zakresie posiadania zintegrowanych
pozwoleń
i planów nawożenia? Jakie będą decyzje? Szkoda, że tego, co rozumie
większość
członków Komisji, nie chce zrozumieć rząd i poszczególne ministerstwa.
Potem jeszcze uzyskują poparcia tam, gdzie się wetuje ustawy. Nie
zgadzam
się z taką praktyką. Czy istnieje dobra wola, aby uporządkować te
sprawy?
Kto poniesie odpowiedzialność, jeśli dojdzie do skażenia środowiska?
Pewnie
ten, kto będzie pił tę brudną wodę i wąchał rozlany nawóz. Generalnie
kwestia
posiadania przez producentów planów nawożenia w ogóle nie jest
kontrolowana.
Wiele ferm nie złożyło nawet wniosku. Podobny problem dotyczy pozwoleń
zintegrowanych. Uważam, że to powinna być domena Komisji Rolnictwa i
Rozwoju
Wsi, ale także Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i
Leśnictwa.
Posłanka Danuta Hojarska /Samoobrona/ :
W materiale,
który otrzymaliśmy,
czytamy, że podczas kontroli nie stwierdzono żadnych uchybień w związku
z warunkami przetrzymywania zwierząt. Dalej jest napisane, że w
kontrolowanych
obiektach stwierdzono złą wentylację, dziury w posadzce, brak
oddzielenia
zwierząt chorych itd. Wydaje mi się, że ktoś nie rozumie na czym
polegają
uchybienia i trzeba je dokładniej opisać. Tak naprawdę interesuje mnie
firma POLDANOR SA, która funkcjonuje także na moim terenie. Kiedy
informowałam
Komisję, ile sztuk zwierząt utrzymuje się na tej fermie, to przyjęto to
z dużym niedowierzaniem. Dzisiaj można wyliczyć, jaka jest skala
produkcji
w tym gospodarstwie. POLDANOR SA ma 122 tys. sztuk zwierząt. Trzeba to
podzielić na istniejące fermy i wszystkiego się dowiemy. Czy pan
minister
wie, ile ziemi posiada ta firma? Chciałabym uzyskać pisemną odpowiedź
na
to pytanie. Przyjrzałam się także gospodarstwu, które państwo
sprawdziliście.
Chodzi o fermę Płaszczyca, gdzie jest 11 tys. sztuk trzody chlewnej.
Szkoda,
że nie skontrolowano fermy Koczała, bo tam jest aż 30 tys. sztuk świń i
poważne zatrucie środowiska. Nie chcą tam wpuszczać członków komisji
ochrony
środowiska sejmiku wojewódzkiego. Myślę, że tę sprawę trzeba wyjaśnić.
W przypadku Płaszczycy podano, że ferma utrzymuje 11 tys. sztuk
zwierząt.
Tymczasem wyniki kontroli pokazują, że tam jest ponad 3 tys. sztuk.
Dalej
czytamy, że w tym gospodarstwie są zamknięte zbiorniki do
przechowywania
gnojowicy. W następnym materiale czytamy, że gospodarstwo jest
monitorowane
na okoliczność szczelności lagun. Czegoś tutaj nie rozumiem. Czy ferma
Płaszczyce ma zbiorniki zamknięte, czy też posiada laguny? Bardzo
proszę,
aby w przyszłości weryfikować te dane. Zapraszam panów ministrów do tej
miejscowości. Proszę pojechać i zobaczyć, co się tam dzieje. Kiedy
zgłaszaliśmy
problem rok czy dwa lata temu, to wszyscy milczeli. Teraz się okazuje,
że POLDANOR SA uzyskał okres przejściowy. To woła o pomstę do nieba.
Niech
ktoś wreszcie policzy zwierzęta na tej fermie. Nie wiem, czy tam jest
11
tys. czy 3 tys. sztuk.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Myślę, że
Ministerstwo Rolnictwa
i Rozwoju Wsi powinno się wstydzić za ten materiał, który przekazano
Komisji.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Chciałbym
wyjaśnić...
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Teraz ja mówię.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Ale pan mnie
nie dopuszcza
do głosu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Za chwilę udzielę
panu głosu.
Proszę zaczekać.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Czekam już
od dłuższego
czasu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Dostarczony Komisji
materiał
jest nierzetelny i niechlujnie przygotowany. Inspekcje nie zrobiły
tego,
co powinny były zrobić. Proponuję, aby przerwać dyskusję. Szkoda naszej
pracy. Jeżeli w zestawieniu jest napisane, że na jakiejś fermie
utrzymuje
się 30 tys. sztuk trzody chlewnej, to dlaczego obok nie ma informacji o
powierzchni gruntów, którymi dysponuje ten podmiot? To by dawało jakiś
obraz sytuacji. Główny Inspektor Ochrony Środowiska mówił o tym, że
jednego
właściciela fermy ukarano mandatem. Jaki to był mandat?
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech
Stawiany :
Niestety
w tej chwili nie pamiętam, jaka była kwota tej kary. Chciałbym jednak
podkreślić,
że wszczęto piętnaście postępowań w trybie art. 365 ust. 1 ustawy -
Prawo
ochrony środowiska w sprawie wstrzymania instalacji, które nie
posiadają
pozwolenia, a w trzech przypadkach wszczęto postępowanie w trybie art.
20g ustawy z 26 lipca 2000 r. o nawozach i nawożeniu w sprawie
wstrzymania
prowadzenia chowu w związku z niezatwierdzeniem planu nawożenia. To są
fakty. Materiał był przygotowywany dość pospiesznie, więc możliwe, że
są
w nim jakieś błędy techniczne. Oczywiście przekażemy państwu informację
o wysokości nałożonego mandatu. Możemy także wskazać, wobec których
ferm
wszczęto postępowanie o wstrzymaniu produkcji. To są konkretne
działania
kontrolne. Wstrzymanie produkcji musi się odbywać zgodnie z określoną
procedurą.
Nie wiem, dlaczego przyznano okresy przejściowe firmie POLDANOR SA.
Taką
informację członkowie Komisji otrzymają później. Jeszcze raz powtarzam,
że materiał przygotowywaliśmy w pośpiechu. Następnie dokument został
podpisany
przez pana ministra Tomasza Podgajniaka i przesłany na ręce pana
przewodniczącego
Wojciecha Mojzesowicza. Wydaje mi się, że materiał jest autoryzowany. W
piśmie przewodnim zastrzegaliśmy także, że przygotowywano to w nieco
przyspieszonym
trybie. Nie wiem, dlaczego minister środowiska nie określił w drodze
rozporządzenia
szczegółowych warunków dotyczących zbiorników do przechowywania
gnojówki
i gnojowicy. W ustawie jest napisane, że minister może określić, ale
nie
jest to obligatoryjne. Pewne zapisy dotyczące tych kwestii znalazły się
w art. 11b nowej ustawy związanej z nawozami i nawożeniem, ale niestety
prezydent skierował tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Jutra ta
sprawa
będzie przedmiotem obrad kolegium Ministerstwa Środowiska. Przedstawię
tam państwa uwagi i sugestie. Myślę, że materiał zostanie doprecyzowany
do czasu posiedzenia Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i
Leśnictwa.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Komisja Rolnictwa i
Rozwoju
Wsi nie jest mniej ważna od innych komisji w Sejmie. Proszę nie używać
tutaj argumentu dotyczącego planów pracy innych komisji. Czy pan zna
zasady
funkcjonowania parlamentu? Jeśli zwróciłem się o przygotowanie
informacji,
to pan ma obowiązek taki materiał dostarczyć. Nie ma dla nas znaczenia
fakt, że Komisja Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa
zbiera
się w innym terminie.
Główny Inspektor Ochrony Środowiska Wojciech
Stawiany :
Niemniej
jednak musieliśmy ten materiał przygotować w bardzo krótkim czasie.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Wybory się
zbliżają.
Zapewne im rząd będzie ostrzej traktowany, tym posłowie osiągną lepszy
wynik wyborczy. Chciałbym wyjaśnić kwestię sygnowania materiału
dostarczonego
Komisji. Pismo przewodnie do tego dokumentu podpisałem osobiście. Na
końcu
jest też informacja, kto przygotowywał ten materiał. Pismo przesłałem
do
sekretariatu Komisji. Jeszcze raz powtarzam, że dokument został
podpisany
przez sekretarza stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To samo
zrobił minister środowiska. Tam też do dosyć obszernego materiału
zostało
załączone pismo przewodnie podpisane przez podsekretarza stanu. Poseł
Stanisław
Kalemba kolejny raz używa sobie na rządzie. Tymczasem wniosek o
umieszczenie
firmy POLDANOR SA i kilku innych firm w załączniku do Traktatu
akcesyjnego
nr 12 podpisał minister środowiska Stanisław Żelichowski. Jeżeli panu
posłowi
chodziło o to, żebym wymienił to nazwisko, to osiągnął pan cel. Mówiłem
o tym również na plenarnym posiedzeniu Sejmu.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Nie
odpowiadał pan w
ten sposób.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Mówiłem o
tym podczas
rozpatrywania punktu dotyczącego nowelizacji ustawy związanej z
nawozami
i nawożeniem. Jeśli pan poseł sobie życzy, to jeszcze raz powtarzam -
wniosek
podpisał pan Stanisław Żelichowski. We wniosku nie znajdowała się tylko
firma POLDANOR SA. Kilkuset przedsiębiorców w Polsce występowało
poprzez
wojewodów o przyznanie im okresu przejściowego. Minister środowiska
zaakceptował
tę listę przedsiębiorstw, a następnie prowadził negocjacje w Brukseli.
To był właśnie pan minister Stanisław Żelichowski. Nie uważam, aby to
był
błąd. Na liście znajduje się wiele innych przedsiębiorstw, także tych
prowadzących
działalność rolniczą. Jeżeli ktoś przeanalizuje ten załącznik, znajdzie
wiele firm przetwórczych i produkcyjnych. Tak więc nie należy robić z
tego
sensacji, bo żaden urzędnik nie działa na niekorzyść polskiego
rolnictwa.
Pan poseł mówił, że w województwie wielkopolskim jest jedenaście ferm,
ale tylko jedna wystąpiła o zaopiniowanie planu nawożenia. W takim
razie
w tym województwie trzeba zamknąć dziesięć ferm. To jest zadanie dla
wojewódzkiego
inspektora ochrony środowiska. Dziesięć ferm w województwie
wielkopolskim
należy zamknąć. Tak rozumiem intencje osób wypowiadających się, w tym
również
posła Stanisława Kalemby. Zapewne minister środowiska oraz Główny
Inspektor
Ochrony Środowiska wyciągną wnioski z dzisiejszego spotkania. Nie ma
planu
nawożenia, jest dyspozycja ustawowa - zamknąć fermę. Tak rozumiem
intencje
Komisji. Tak powinniśmy działać.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
To jest
nadinterpretacja.
Komisja sama nie stworzyła ustawy. Ten akt prawny przeszedł całą drogę
legislacyjną łącznie z podpisem Prezydenta RP. Obowiązkiem władzy
wykonawczej
jest dopilnować wdrożenia tych przepisów. Teraz wszyscy powiedzą, że
Komisja
żąda zamykania ferm.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Nie bardzo
rozumiem.
Przed chwilą wszyscy słyszeli pretensje posłów Wojciecha Zarzyckiego i
Stanisława Kalemby. Panowie posłowie pytali, co robią ministerstwa i
inspekcje.
Myślę, że dobrze odczytuję intencje posłów. Mają pretensje do
administracji
rządowej, że nie zamyka się ferm trzody chlewnej za brak zatwierdzonych
planów nawożenia.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Nie chodzi o
zamykanie ferm.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Całe
szczęście, rzeczywiście,
że po posiedzeniach Komisji sporządza się biuletyny. Minister rolnictwa
i rozwoju wsi dokładnie przeanalizuje państwa wypowiedzi.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Oczekujemy, że rząd
będzie
wykonywał ustawę podpisaną przez Prezydenta RP.
Przewodniczący Krajowej Rady Izb Rolniczych
Krzysztof
Ardanowski :
Uważam, że nikogo na tej sali nie trzeba przekonywać o szkodliwości
funkcjonowania
wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej w Polsce. Dyskusja na ten
temat
toczy się od bardzo dawna. Fermy mają zły wpływ na środowisko i
gospodarkę.
Wielokrotnie mówiono też o ich negatywnym oddziaływaniu społecznym.
Należy
również pamiętać, że na rynkach europejskich jest nadwyżka żywca
wieprzowego.
W związku z tym jakakolwiek ilość wieprzowiny natychmiast odbija się na
cenach skupu. Chciałbym państwu podziękować za determinację w
uchwalaniu
ustawy dotyczącej nawozów i nawożenia. Myślę, że argumenty członków
Komisji
były przydatne w procesie przekonywania większości sejmowej. Mogę tylko
ubolewać, że pan prezydent tej ustawy nie podpisał. Właściwie nie tyle
jest to problem prezydenta, co jego otoczenia i Kancelarii Prezydenta
RP
oraz osób, które z niejasnych powodów mu w ten sposób doradzały. Są
normy
prawne, które powinny być przestrzegane przez każdy rząd. Rząd powinien
wykonywać decyzje parlamentu i zbliżające się wybory parlamentarne nie
powinny tu mieć żadnego znaczenia. Przysłuchiwałem się dzisiejszej
dyskusji
i wydaje mi się, że problematyka wielkoprzemysłowych ferm trzody
chlewnej
jest takim tematem, którego każdy się boi. Przedstawiciele
poszczególnych
resortów prześcigają się we wskazywaniu na inne podmioty, które ich
zdaniem
powinny się zająć rozwiązaniem tego problemu. To dotyczy sposobu
kontrolowania
ferm, jak również dokumentacji, którą powinny przedstawić. Podam
przykład,
jak interpretuje się ten sam przypadek w różnych ministerstwach. Była
tutaj
mowa o fermie w województwie kujawsko pomorskim, gdzie przy 470 ha
ziemi
zadeklarowano 25,5 tys. sztuk zwierząt. W tym gospodarstwie są
stosowane
technologie z lat siedemdziesiątych, które zresztą już wtedy były
kwestionowane,
bowiem nie bardzo przystawały do naszych warunków klimatycznych. Ferma
ma być rozbudowywana w celu zwiększenia produkcji. Właścicielem firmy
jest
polska mutacja spółki Smithfield. Wojewoda powołał komisję, która miała
przeanalizować złożone przez inwestora dokumenty. Firma oprócz własnych
gruntów przedstawiła umowy podpisane z rolnikami na wydatkowanie
gnojowicy.
Ubolewam, że rolnicy za śmieszne pieniądze godzą się udostępniać swoje
pola. Niezależnie od tego uważam, że takie umowy są wadliwe w sensie
prawnym.
Nie do końca sprecyzowano tam, kto ponosi odpowiedzialność za te pola.
Wprawdzie właścicielem pola jest nadal rolnik, ale umowa stanowi, że
przekazuje
on prawa do użytkowania ziemi właścicielowi fermy. Kto tam będzie
przestrzegał
dobrej praktyki rolniczej czy kultury rolnej? W pracach komisji
powołanej
przez wojewodę uczestniczyli przedstawiciele urzędu marszałkowskiego,
wydziału
ochrony środowiska w urzędzie wojewódzkim, gminy na terenie której
znajduje
się ferma oraz wojewódzkiej inspekcji ochrony środowiska. Nie chcę
kwestionować
kompetencji tej komisji, ale na przykład przedstawiciel gminy bez
ogródek
mówił, że reprezentuje interesy inwestora. Komisja wydała zgodę mimo
zdecydowanego
sprzeciwu przedstawiciela wydziału ochrony środowiska urzędu
wojewódzkiego.
Należy jeszcze dodać, że przedstawiciel wojewódzkiej
inspekcji
ochrony
środowiska opowiadał się za wydaniem zgody. Czy można w tak różny
sposób
interpretować te same dokumenty? Przepisy w tym zakresie powinny być
precyzyjne
i jednoznaczne. A w ogóle, w jakim trybie została powołana ta komisja?
Są instytucje, które powinny podejmować takie decyzje. Tego rodzaju
przykłady
można mnożyć. W innym powiecie województwa kujawsko pomorskiego inny
inwestor
chce budować nową fermę na 60 tys. tuczników. Oczywiście posiada
ekspertyzę
Akademii Rolniczej, bo pewnie tam kogoś kupił. Izba Rolnicza
udowodniła,
że inwestor podaje dwa razy te same grunty, a miejsca składowania
gnojowicy
są planowane na terenie parku krajobrazowego. Czy przepisy, którymi w
tej
chwili dysponujemy, są w odpowiedni sposób stosowane?
Poseł Mieczysław Aszkiełowicz /Samoobrona/ :
Ferma
"Bykowo" posiada
240 ha własnych gruntów. W materiale czytamy, że ferma utrzymuje 6419
tuczników.
Z moich informacji wynika, że tam jest 6 tys. macior, a to jest istotna
różnica. To oznacza, że tam jest dodatkowo około 13 tys. tuczników. Te
informacje wprowadzają nas w błąd. Interweniowałem w sprawie Kętrzyna.
Wiem, że minister rolnictwa i rozwoju wsi nie wydaje pozwoleń na
rozpoczęcie
produkcji. Kompetencje w tym zakresie posiada starosta powiatowy.
Chodzi
o odtworzenie produkcji. Przed wydaniem decyzji byliśmy w tej fermie i
sprawdzaliśmy laguny. Moim zdaniem te zbiorniki nie są szczelne. To
znaczy,
że gnojowica wsiąka w grunt. Stan wód gruntowych jest tam wysoki i na
pewno
dojdzie do zatrucia środowiska. Nie wiem, czy wojewoda wydał już
pozwolenie
zintegrowane dla tej firmy. O problemie poinformowałem tamtejszego
inspektora
ochrony środowiska. Wszyscy przechodzą koło tego obojętnie. Mówi się,
że
tutaj chodzi o miejsca pracy. Rzeczywiście przy uruchamianiu produkcji
pracowało tam 15 osób. Dzisiaj ferma zatrudnia tylko trzech
pracowników.
Uważam, że ferma w Bykowie doprowadzi do degradacji środowiska ze
względu
na nieszczelne laguny. Zrobiliśmy zdjęcia tych zbiorników przed
uruchomieniem
produkcji. Na to na prawdę nikt nie reagował. To jest jakaś zmowa
milczenia.
Najważniejszy jest pieniądz. Powiatowy lekarz weterynarii twierdzi, że
nie interesuje go proceder przewożenia macior z Czaplinka do Bykowa. Na
jakie odległości można przewozić gnojowicę? Prawdopodobnie podpisano
jakąś
fikcyjną umowę z firmą położoną 60 km od fermy. W jaki sposób będzie
przewożony
nawóz? Przecież trzeba będzie przejechać przez miasto. To wszystko jest
fikcja. Inwestorzy w oczy nam się śmieją, twierdząc, że jak będzie
potrzeba,
to i tak wszystko załatwią.
Poseł Andrzej Fedorowicz /LPR/ :
Chciałbym
przypomnieć, że uczestniczymy
w posiedzeniu Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi i pan minister ma
obowiązek
odpowiedzieć na pytania posłów oraz ustosunkować się do poruszanych
przez
nas kwestii. Nie interesują nas stosunki panujące między ministrem
środowiska
a ministrem rolnictwa i rozwoju wsi. Jesteście panowie członkami tego
samego
rządu. To rząd wykreował te wszystkie ustawy. Jeszcze raz powtarzam, że
dzisiaj dowiedziałem się wreszcie, dlaczego pan minister tak bardzo
obstawał
przy utrzymaniu lagun. Na posiedzeniach Sejmu sporządza się stenogramy.
Podczas debaty wskazywałem na rozporządzenie ministra infrastruktury do
ustawy - Prawo budowlane, w którym wyraźnie określono, jak ma wyglądać
zbiornik na gnojowicę. Można było z tego skorzystać. Czy jakikolwiek
przedsiębiorca
mógłby funkcjonować na przykład w Danii bez przestrzegania przepisów i
zatwierdzonego planu nawożenia? Ferma natychmiast zostałaby zamknięta.
Wielkoprzemysłowe fermy trzody chlewnej w Polsce wyrządzają przede
wszystkim
wielkie szkody innym producentom. Przypominam sobie, jak rząd chciał
sprzedać
zakłady mięsne w Białymstoku za półtusze dostarczone przez inwestora.
Wówczas
stoczyłem bój z wojewodą i wygrałem. Nie chodzi o oddłużenie zakładów,
ale o uratowanie rynku producentów. Szkoda, że minister rolnictwa i
rozwoju
wsi nie myśli o tym, w jaki sposób uchronić przed zniszczeniem rynek
producentów.
Na koniec chciałbym się odnieść do wypowiedzi pana ministra odnośnie
wyborów.
Proszę zachować te uwagi dla siebie. Tutaj nie ma elektoratu. Tutaj
reprezentuje
pan rząd. Mam jeszcze pytanie do przedstawiciela Inspekcji Ochrony
Środowiska.
Co oznacza sformułowanie "niedociągnięcia w zakresie przestrzegania
przepisów
sanitarno weterynaryjnych"? Czy panowie myślicie, że w Komisji nie
zasiadają
posłowie, którzy mają odrobinę wyobraźni? Istotne jest to, czy te
niedociągnięcia
zagrażały zdrowiu ludzkiemu i mogły pogorszyć stan epizootyczny. Co to
za informacja, że stwierdzono niedociągnięcia? Dzisiaj żyjemy w
czasach,
gdy następuje ogromny przepływ zwierząt. W związku z tym przestrzeganie
tych zasad jest szczególnie istotne. Gdyby te przypadki wykryto w
innych
państwach, natychmiast zamknięto by te fermy. Pan minister stwierdził,
że intencją Komisji jest zamykanie przedsiębiorstw. Chcemy tylko, aby
inwestorzy
przychodzący na polski rynek nie niszczyli naszego środowiska. Chodzi
też
o to, aby nie składowano nawozów w parkach narodowych i żeby nie
powtórzyła
się sytuacja z Gołdapi. Żebyśmy w naszym kraju mogli prowadzić własną
gospodarkę
w dużej dbałości o własnych rolników. Pan minister Józef Pilarczyk
stwierdził,
że zna liczbę lagun, w których składowane są gnojówka i gnojowica, zna
liczbę złożonych wniosków o zatwierdzenie planów nawożenia, a zatem
orientuje
się, ile podmiotów w ogóle nie wystąpiło o opinie. Co pan minister w
takim
razie robił podczas uzgodnień międzyresortowych? Łatwo jest wydać
rozporządzenie
i obarczyć odpowiedzialnością innego ministra. Nie pochwalam takiej
"spychologii".
Jeżeli mówimy o odpowiedzialności, to mamy na myśli cały rząd.
Prowadzicie
państwo politykę rolną, która dotyczy wszystkich resortów. A zatem nie
można przyjąć argumentu, że za wykonywanie przepisów w zakresie nawozów
i nawożenia odpowiada minister środowiska.
Świadczy to tylko o braku operatywności ministra
rolnictwa i
rozwoju
wsi.
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Pojawił się
tutaj zarzut,
że minister rolnictwa i rozwoju wsi nie chciał wydać rozporządzenia na
wzór rozporządzenia ministra infrastruktury. Chciałbym przypomnieć, że
tutaj chodzi o rozporządzenie, które właśnie wydał minister rolnictwa i
rozwoju wsi do ustawy - Prawo budowlane. Ten akt prawny nakładał na
ministra
rolnictwa i rozwoju wsi obowiązek wydania rozporządzenia o warunkach
technicznych,
jakim powinny odpowiadać budowle rolnicze. Zbiorniki na gnojowicę
zaliczane
są do budowli rolniczych i dlatego minister rolnictwa i rozwoju wsi w
rozporządzeniu
określił te wymogi. Takie rozporządzenie zostało wydane. Nie wiem, o
jakim
dodatkowym rozporządzeniu mówi pan poseł Andrzej Fedorowicz. W tamtym
przypadku
chodziło o wymogi techniczne, a nie z dziedziny ochrony środowiska. W
ustawie
dotyczącej nawozów i nawożenia jest napisane, że minister środowiska
może
wydać rozporządzenie. Minister środowiska takiego rozporządzenia nie
wydał,
bowiem uznał, że wystarczą przepisy zawarte w akcie prawnym wydanym
przez
ministra rolnictwa i rozwoju wsi do ustawy - Prawo budowlane.
Oczywiście
posłowie proponowali zmianę przepisu z fakultatywnego na obligatoryjny.
Pan poseł Andrzej Fedorowicz twierdzi, że nie rozumie, o jakie
nieistotne
uchybienia chodziło w trakcie kontroli ferm. Proponuję przeczytać cały
akapit dostarczonego materiału. Akurat te kwestie są tam wyjaśnione.
Stwierdzone
sporadycznie nieprawidłowości to przede wszystkim: brak awaryjnego
systemu
wentylacji, nieodpowiednie stężenie gazu w pomieszczeniach,
nieprawidłowy
obieg powietrza, nieprawidłowości w zakresie dobrostanu, uszkodzone
kojce,
ubytki w posadzce, brak mat dezynfekcyjnych i okresowego mycia oraz
odkażania
sprzętu. Inspekcje zaleciły usunięcie tych nieprawidłowości,
wyznaczając
określony termin. Te zalecenia w większości zostały wykonane. To są te
nieistotne uchybienia. Uchybienia istotne, to są sytuacje, które
zagrażają
bezpieczeństwu zwierząt i ludzi. Wtedy odpowiednie organy zatrzymują
produkcję
w takiej fermie. Podczas kontroli nie stwierdzono takich uchybień.
Wszystkie
niedociągnięcia zostały szczegółowo opisane w materiale, tylko trzeba
go
dokładnie przeczytać.
Poseł Wacław Klukowski /PiS/ : Czy
dobrze słyszę, że
na żadnej
z ferm nie stwierdzono zagrożenia dla życia ludzkiego? Dwa miesiące
temu
wracając ze szkoły, zatrzymałem się w jednej z wiosek koło Szczecinka.
Tam pękła laguna i istniało zagrożenie zalania całej wsi. Beczki
wywożące
nawóz krążyły tam nieustannie. Nie wiem, gdzie wywieziono tę gnojowicę.
Tam naprawdę było zagrożenie. Między innymi dlatego zainteresowałem się
tym problemem, mimo że nie jestem członkiem Komisji Rolnictwa i Rozwoju
Wsi. Interesują mnie losy tej ustawy oraz dbałość o środowisko i
wizerunek
polskiej żywności, który może się pogorszyć na skutek takich praktyk. Z
tym się wiąże interes polskiego rolnictwa. Mam prawo do informacji.
Poseł
Wojciech Mojzesowicz stwierdził, że informacja została przygotowana
niechlujnie.
Zgadzam się z tą opinią. Materiał jest źle przygotowany i
nieprecyzyjny.
Zresztą Główny Inspektor Ochrony Środowiska sam przyznał, że dokumenty
były sporządzane w pośpiechu. Pan minister się broni, twierdząc, że to
jest czas wyborczy. To jest szczególnie bulwersujące. Takie zachowanie
nie przystoi ministrowi rolnictwa i rozwoju wsi. Panu chyba puszczają
nerwy,
panie ministrze. Nie przyszedłem tutaj, aby zdobywać elektorat.
Przyszedłem
dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja także w moim województwie.
Niestety
nie dowiedziałem się nic konkretnego.
Zastępca dyrektora Departamentu Środowiska,
Rolnictwa i
Zagospodarowania
Przestrzennego w Najwyższej Izbie Kontroli Waldemar Wojnicz :
Biorąc
pod uwagę przebieg dzisiejszego posiedzenia oraz ujawnione tu
porażające
przykłady niespójności decyzyjnej, chciałbym państwa poinformować, że
mając
na uwadze bezpieczeństwo zdrowia, życia ludzi i zwierząt do planu pracy
na przyszły rok włączymy dużą, systemową, koordynowaną kontrolę
funkcjonowania
wielkoprzemysłowych ferm trzody chlewnej. Przyjrzymy się także
skuteczności
pełnienia nadzoru przez Inspekcję Ochrony Środowiska, Inspekcję Nadzoru
Budowlanego oraz Inspekcję Weterynaryjną. Elementem bezpieczeństwa
państwa
jest bezpieczeństwo zdrowia i życia ludzi. Te kwestie muszą być
nadrzędne.
Dzisiejsza dyskusja wskazuje, że na tym obszarze występują określone
zagrożenia.
A zatem deklaruję, że w planie pracy Najwyższej Izby Kontroli w 2006 r.
taka kontrola zostanie umiejscowiona i przeprowadzona.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ :
Wracam jeszcze do
kwestii załącznika
do Traktatu akcesyjnego oraz przedsiębiorstwa POLDANOR SA. Jeśli proszę
o wyjaśnienie sprawy, to nie ma znaczenia, czy w tym uczestniczył mój
kolega.
My chcemy dojść do prawdy. Bardzo proszę, aby minister środowiska
odpowiedział
mi w tej kwestii na piśmie. Jednocześnie chciałbym państwa
poinformować,
że przed chwilą rozmawiałem z panem Stanisławem Żelichowskim, który
zapewnił
mnie, że w lutym, gdy Polskie Stronnictwo Ludowe było jeszcze w
koalicji
rządzącej, wniósł zastrzeżenia do listy z załącznika nr 12 do Traktatu
Akcesyjnego. Powołano też komisję, której przewodniczył Główny
Inspektor
Ochrony Środowiska, a która miała wyjaśnić problem. Gdy w marcu podjęto
decyzję, to już bez udziału Polskiego Stronnictwa Ludowego i ministra
Stanisława
Żelichowskiego. W związku z tym bardzo proszę, aby minister środowiska
potwierdził to na piśmie. Jestem zainteresowany wyjaśnieniem tej sprawy
do końca.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ :
Proponuję, aby
przerwać dyskusję.
Nie zdążymy też już omówić następnego punktu porządku obrad. Za chwilę
w Sejmie odbędzie się bardzo ważne głosowanie. Do tych spraw wrócimy.
Dziękuję
panu dyrektorowi Waldemarowi Wojniczowi za deklarację przeprowadzenia
kontroli.
Na przykład mleczarnie musiały spełnić określone warunki, albo zostały
zamknięte. Nie było taryfy ulgowej. Wtedy powtarzano, że jeśli nie
dostosują
swojej produkcji do wymogów Unii Europejskiej do 1 maja 2005 r., to
dalej
nie będą funkcjonować. Nie mogę też przyjąć argumentu, że Inspekcja
Weterynaryjna
nie może określić liczebności stada. Wydaje mi się, że skoro powiatowy
lekarz weterynarii jest w stanie odwiedzić wszystkie obory, to może
także
wybrać się do dwóch lub trzech dużych tuczarni. To jest dla tej służby
kompromitujące. Kiedy rozpatrywaliśmy ustawę dotyczącą nawozów i
nawożenia,
to była taka awantura, że cała Rzeczpospolita drżała. Kto miał interes
w tym, aby bronić firm, które nie przestrzegają nawet dzisiaj
obowiązujących,
znacznie bardziej liberalnych przepisów? To są rozbójnicy, a nie
producenci.
Czas pokazał, że wszelkie inspekcje nie chcą wyegzekwować od
właścicieli
dużych ferm przestrzegania przepisów wynikających z obecnie
obowiązującej
ustawy. Dokumenty dostarczane Komisji są sfałszowane. Wychwyciłem ten
jeden
przypadek, o którym państwu mówiłem. Dzisiaj słyszę, że wojewoda z
mojego
województwa zbiera w tej sprawie jakieś konwentykle. Ostatnio w
województwie
kujawsko pomorskim było wielkie podsumowanie roku obecności w Unii
Europejskiej.
Na konferencji występował niemiecki związkowiec, który dostarcza
urządzenia
do ferm Smithfielda. To jest mafia. Wrócimy do tego tematu za miesiąc.
Mam nadzieję, że do tego czasu inspekcje wezmą się do pracy. Możemy im
pomóc. Chętnie wskażę wszystkie duże fermy w moim województwie. Główny
Inspektor Ochrony Środowiska mówił, że w województwie
zachodniopomorskim
odbędzie się spotkanie, aby informować producentów. Kogo państwo
chcecie
informować? Przecież to są nowoczesne firmy, które zatrudniają
wykształconych
ludzi. To nie jest zagubiony rolnik, który nie zna przepisów. Tamte
firmy
zatrudniają własnych lekarzy weterynarii, a fermy są zarządzane przez
profesjonalistów
po studiach. Wracam jeszcze do przykładu mleka. Jeśli gospodarstwo nie
spełnia warunków, odbiera się certyfikat. Chłop nie ma za co kupić
chleba
i nikt się nie martwi. Okazuje się, że w przypadku dużych ferm trzody
chlewnej
nie można nic zrobić. Powiatowi lekarze weterynarii nagle nie mogą
znaleźć
dwóch ferm w powiecie. To wszystko jest śmieszne. Inspekcje nie
funkcjonują
prawidłowo. Proponuje zatem, aby przełożyć rozpatrywanie obu punktów
porządku
dziennego na następne posiedzenie Komisji. Damy czas rządowi na
wyjaśnienie
tych spraw. Chcemy uzyskać poważne odpowiedzi na nasze pytania.
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk /PiS/ :
Już nie
pierwszy
raz pan minister Józef Pilarczyk broni interesów określonych grup.
Zwracałam
na to uwagę podczas rozpatrywania projektu ustawy dotyczącej samorządu
lekarsko weterynaryjnego. To jest monopolistyczna ustawa. Teraz mamy
nowe
elementy, które wpisują się w ten obraz. Osoby z tego środowiska nie
działają,
tak jak powinny. Inspekcje nie chcą zaszkodzić interesom firm duńskich,
ale chętnie utrudniają życie polskim rolnikom. Duńczycy potrafią bronić
swoich interesów - rybaków pozbawiono zarobku, a rząd podwójnie
opodatkowuje
marynarzy. Kampania, o której mówił pan minister, trwa od wyborów do
wyborów.
Na każdym posiedzeniu powinien pan nam o tym przypominać. Takie
wypowiedzi
są nie na miejscu. Czy państwo nie macie informacji, udajecie, że ich
nie
macie, czy też nie chcecie ich mieć?
Sekretarz stanu w MRiRW Józef Pilarczyk :
Przybędziemy
na każde
posiedzenie Komisji i dostarczymy państwu odpowiedni materiał. Proszę
tylko,
aby kierować pretensje pod właściwy adres. Tutaj pojawiały się takie
sformułowania,
jak "niechlujny materiał" czy "kompromitacja". Zarzucano też nam, że
nie
odpowiadamy na pytania. Niedługo być może inne osoby zasiądą na tym
miejscu
i będą musiały stosować procedury obowiązujące w administracji. Organy
państwa przy podejmowaniu działań nie mogą się kierować oczekiwaniami
społecznymi,
ale muszą posiadać podstawy prawne. Prawo nakłada na poszczególne
instytucje
obowiązki i dzieli kompetencje. Na pewno oczekiwania określonych
ugrupowań
politycznych nie stanowią podstawy do działania administracji. Życzę
wszystkim,
którzy liczą na sukces w nadchodzących wyborach, aby tym problemem się
zajęły i podjęły konkretne decyzje. Jednak do tego potrzebne są
upoważnienia.
Za wydawanie decyzji bez upoważnień ustawowych odpowiada się przed
Trybunałem
Stanu. Pani poseł Dorota Arciszewska Mielewczyk zarzuca mi, że
reprezentuję
interes określonych grup. To jest właśnie to, o czym przed chwilą
mówiłem.
Trzeba działać w zakresie upoważnień ustawowych. Nie jest tak, że można
spełniać dowolne oczekiwania. Trzeba mieć za sobą prawo. Być może, że
kiedyś
pani będzie funkcjonowała w administracji. Proszę bardzo, wykazuje pani
dużą aktywność. Życzę, żeby pani w praktyce realizowała to, czego pani
dzisiaj żąda.
Posłanka Danuta Hojarska /Samoobrona/ :
Jeszcze raz
wracam do
kwestii rozbieżności w materiałach przygotowanych przez Ministerstwo
Rolnictwa
i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwo Środowiska. W przypadku tego samego
gospodarstwa
raz się podaje, że ferma posiada 11 tys. tuczników, a drugi raz
czytamy,
że tam utrzymuje się 3 tys. sztuk zwierząt. Proszę wreszcie dostarczyć
nam spójne dane. Jeśli na tej fermie docelowo może być 3,6 tys. sztuk
świń,
a jest 11 tys. sztuk, to kto wydał pozwolenie na produkcję? Proszę
także
dołączyć informacje o powierzchni tych gospodarstw.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /PiS/ : W
nowej ustawie
proponowaliśmy,
aby wojewódzki inspektor ochrony środowiska zamykał fermy, które nie
spełniają
wymogów. Niestety ustawa nie weszła w życie. Mimo to, trzeba podejmować
działania w oparciu o obecnie obowiązujące przepisy. Jak już
powiedziałem,
wrócimy do tych kwestii na jednym z następnych posiedzeń Komisji.
Zamykam
posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.