POLITYKA ZDROWOTNA MINISTRA ZDROWIA



 

 

Felieton

10.  paździenika 2008r.

Gwałtowny sprzeciw zawsze budziło w Polsce nierówne traktowanie ludzi mających te same prawa. 

 Nie są w stanie tego zrozumieć mentalni spadkobiercy opartego o niewolnictwo Imperium Rzymskiego, którego granice sięgnęły zaledwie skrawków ziem Słowian Zachodnich. Także miłośnicy tradycji zaborczych i okupacyjnych cesarstw, rzesz i sojuzów nie mogą pojąć, jak to jest możliwe, że Polacy domagają się tych samych praw, które przysługują innym. To samo dotyczy obecnej naszej pozycji w Unii Europejskiej, której narzędzia nie są używane do roztrąbionego wyrównywania różnic a służą bezczelnej walce konkurencyjnej z resztkami polskiej własności w gospodarce, a wkrótce po tym – co oczywiste – będą bez pardonu wykorzystane do odebrania zubożałym Polakom zadłużonych nieruchomości. Do zadłużenia każdej rodziny łatwo doprowadzi choroba choćby jednego z jej członków. Stąd niezwykłej wagi dla bytu naszego narodu nabiera walka o konstytucyjny kształt opartego o zasadę solidaryzmu narodowego prawa do ochrony zdrowia.

Tymczasem dramatycznie nieporadne zarządzanie systemem ochrony zdrowia stanowi zdaniem winowajców argument na rzecz komercjalizacji, prywatyzacji czy innej formy zawłaszczenia wspólnego dobra przez nich samych. Tą samą metodą zawłaszczono w minionej dekadzie wielkie zakłady produkcyjne sławne w świecie polską marką, całe gałęzie gospodarki oddano w obce ręce lub po prostu zlikwidowano pod pozorem nieopłacalności. Za sztandarową aktywność w tym obszarze w postaci zatopienia  28 kopalń węgla nagrodą są europejskie posady, a nawet dożywotnie immunitety. Źle zarządzać, nie kontrolować, dopuścić do upadku i wtedy rozłożyć ręce: nooo, widzicie sami – tego bagna to już nie da się uratować! Po rękach musimy całować każdego, kto zechce przejąć te  nie wiadomo skąd narosłe zobowiązania, a przy okazji cały majątek – drogie budynki, atrakcyjne działki i niezwykle kosztowny sprzęt. A miejsca pracy? Nie ma problemu! Po pracownikach wkrótce nie będzie ani śladu, pójdą na bezrobocie, kto będzie mógł, wyjedzie w poszukiwaniu pracy, rozbije rodzinę, pozostawi za sobą eurosieroty. Nie warto byle czym się przejmować! 

A co z korzystającymi ze świadczeń zdrowotnych? Co z pacjentami? Pacjenci tym się różnią od klientów, że klient może zrezygnować z kupna jakiejś rzeczy lub usługi, kiedy go nie stać na zakup, a pacjent zrezygnować ze świadczenia zdrowotnego nie może, bo albo umrze, albo utrwali lub pogorszy zły stan swojego zdrowia. Będąc w tak krytycznej sytuacji sam pacjent lub jego rodzina będą gotowi sprzedać wszystko, łącznie z domem, ziemią, w najlepszym przypadku wziąć na leczenie kredyt hipoteczny, na wymuszonych nagłą potrzebą warunkach na tyle niekorzystnych, aby bank mógł bez zbędnych ceregieli zgarnąć mienie niewypłacalnego dłużnika. W stanach najwyższego napięcia emocji, kiedy np. zagrożone jest życie i zdrowie dziecka, rodzicom niezwykle łatwo przyjdzie zaakceptować propozycję pokrycia wydatków na kosztowne procedury lub leki złożoną przez przedstawiciela firmy, której statutowym celem jest zysk finansowy osiągany poprzez sprzedaż świadczeń zdrowotnych, a nie zapewnienie świadczeń zdrowotnych dla ludności. Powiązanie biznesowe, a nawet kapitałowe właściciela zakładu opieki zdrowotnej z firmami sprzedającymi leki i sprzęt medyczny jest opcją niezwykle atrakcyjną dla wszystkich stron. Dla wszystkich z wyjątkiem tej najsłabszej – pacjenta zdanego na łaskę i niełaskę systemu zaprojektowanego dla osiągania dochodów. Opowiadania o jakichś etycznych czy urzędowych gwarancjach bezpieczeństwa pacjenta w skomercjalizowanych - sprywatyzowanych  zakładach opieki zdrowotnej należy włożyć między bajki. Wystarczy przypomnieć opinie wybitnych polskich onkologów o wykrywalności raka przez lekarzy pierwszego kontaktu i unieważnione badania mammograficzne wykonane za pomocą wadliwego sprzętu. Narodowy Fundusz Zdrowia potrafi z kamienia wycisnąć dziesięcinę, zapłacić z niej krocie zastępom swoich urzędników, ale nie jest w stanie wysłać ich na kontrolę w teren, aby przyjrzeli się wołającej o pomstę do nieba poniewierce płatników. Nadzór ministra zdrowia nad Narodowym Funduszem Zdrowia jest notorycznie nieskuteczny i twardej ręki potrzebnej do sprawowania nadzoru i kontroli nad wydatkowaniem dziesiątków miliardów złotych na zaspokojenie podstawowych potrzeb społecznych nie zastąpią teatralne przedstawienia przed kamerami, skoro ludzie płacą za rzetelne świadczenia zdrowotne a nie za polityczną hucpę. 

Upadek ochrony zdrowia to w przekonaniu obecnie rządzących  argument na rzecz komercjalizacji – prywatyzacji. To już zakrawa na kpinę z wyborców. Każdy z płatników Narodowego Funduszu Zdrowia ma prawo spytać jako wyborca: co triumfatorzy ostatnich wyborów zrobili, aby ochronę zdrowia naprawić, zanim doszli do przekonania, że trzeba mieć problem z głowy i po prostu wylać dziecko z kąpielą.

dr Zbigniew Hałat
 


 
 

Felieton

15. czerwca 2007r.

Kryzys opieki zdrowotnej w naszym kraju zaczyna przechodzić w fazę niekontrolowaną i trudno uwierzyć, aby to słowa a nie czyny prominentów mogły przynieść jakąkolwiek poprawę sytuacji. Decyzje co do naprawy systemu opieki zdrowotnej muszą pojawić się natychmiast i nie mogą lekceważyć postulatów zgłaszanych przez lekarzy w coraz bardziej drastycznej formie. Poniżające traktowanie tej grupy zawodowej przynosi hańbę naszej Ojczyźnie i odpowiedzialność za bieżące i odległe następstwa takiej patologii w życiu publicznym nie spada lekarzy a na polityków. Lekarz ma za zadanie zapobiegać chorobom i je leczyć, przynosić ulgę w cierpieniu pacjentom. Organizować pracę lekarza powinien polityk i obsadzony przez niego urzędnik. To polityk i urzędnik trzyma w ręku publiczne fundusze i tak je dzieli jak chce. Wybiera sobie priorytety, wydaje na nie publiczne pieniądze i kontroluje wykonanie założonych celów. Nie trzeba dodawać, że za planowanie, zarządzanie i kontrolowanie polityk i urzędnik wypłaca godziwe wynagrodzenie sam sobie lub na zasadzie wzajemności – koledze. Ręka rękę myje. Im bliżej kasy tym wyższe płace. Wystarczy porównać średnią zarobków w ministerstwie finansów ze średnią w ministerstwie zdrowia. Jak Polska długa i szeroka pensje, premie, nagrody i odprawy polityków, urzędników, członków rad nadzorczych i innych umiejętnie ulokowanych beneficjentów republiki kolesi wprost porażają bezwstydem i bezczelnością układu, który ośmiela się rabować w biały dzień mienie publiczne, kpiąc sobie w żywe oczy z płatników haraczy. Podatnicy, płatnicy składek ubezpieczeniowych, abonamentu radiowo-telewizyjnego, czynszu, klienci elektrowni, gazowni, zakładów wodociągowo-kanalizacyjnych, stacji benzynowych, konsumenci najbardziej podstawowych środków spożywczych, aby przeżyć muszą uzbierać na rzeczywistą wartość opłacanych produktów powiększoną o kosmiczne koszty utrzymania kasty polityczno-urzędniczej, która sama sobie przydziela wysokie apanaże, reszcie rzucając ochłapy. Po rozdaniu pieniędzy według partyjnego klucza a to na niekończące się i zawsze nieudane reformy, a to na chybione inwestycje, rozpadające się autostrady, terminale, zakupy leków, szczepionek i sprzętu medycznego po zawyżonych cenach, kasta polityczno-urzędnicza wynagradza się sowicie za te dokonania. Nic dziwnego, że brakuje pieniędzy dla bezpośrednich wykonawców zadań uznanych za podstawowe w każdej społeczności ludzkiej, takich choćby jak zapobieganie chorobom i ich leczenie, uczenie i wychowywanie, zadań na każdym poziomie rozwoju cywilizacyjnego wykonywanych przez elitę intelektualną, w Polsce rozpoznawaną jako inteligencja, jakże zasłużoną w przeszłości i obecnie dla interesu narodowego.

Wobec permanentnego ataku na zawód lekarski wypada więc porównać odpowiedzialność polityków i lekarzy za błędne decyzje. Miar przydatnych do porównania jest sporo. Może to być np. liczba straconych lat życia w zdrowiu. U dziesiątków milionów ludzi wystawionych na skutki błędnych decyzji politycznych narażających Polaków na utratę zdrowia lub przedwczesną śmierć idą w miliony liczby straconych lat życia w zdrowiu w wyniku działania lub zaniedbania działania polityka. Błędna decyzja lub czynność lekarza, choćby najbardziej obciążonego obowiązkami przyniesie nikły ułamek strat, które można przypisać politykowi. A ileż to pułapek zastawia na lekarzy wadliwy system opieki zdrowotnej. Chcąc pomóc człowiekowi w potrzebie – swojemu pacjentowi - w najlepszej wierze, zgodnie z etyką lekarską i aktualnym poziomem wiedzy medycznej, lekarz podejmuje nadludzkie nieraz wysiłki, aby pokonać monstrualne trudności organizacyjne, zaplanowane i bronione do upadłego przez nieudolnych polityków. I kto jest winien, kiedy pojawia się problem? Jest zrozumiałe, że poszkodowany pacjent i rozżalona rodzina za winnego uznaje lekarza. Ludzie innych zawodów mają swoją wiedzę specjalną i nie muszą znać się na wadach systemu opieki zdrowotnej. Ale dlaczego policja, prokurator i sąd nie szukają prawdziwych przyczyn zła w opiece zdrowotnej? Dlaczego nie docierają do decydentów i nie pytają o efektywność przeprowadzonych reform, zasadność i skuteczność wydanych przepisów i procedur? Gdzie są ci, którzy stworzyli warunki do rozpasanej korupcji i to nie na oddziałach szpitalnych i w przychodniach a tej, która zżera nasze podatki i składki ubezpieczeniowe, czyli korupcji związanej z nigdy niekończącymi się reformami, inwestycjami, albo zakupami po zawyżonych cenach?

Polityk i urzędnik faktycznie nie odpowie za nic, a za swoje błędy przyzna sobie wysokie wynagrodzenie, albo odprawę tak wysoką, że wystarczyłaby na pensje odpowiednie do rzeczywistej odpowiedzialności dla wielu lekarzy, którzy razem ze swoimi pacjentami są ofiarami niesprawiedliwego systemu. 

Podejmijmy uczciwą dyskusję o zdrowiu narodu. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Na koniec przytoczę treść listu elektronicznego, który warto zacytować. Ktoś  przedstawiający się jako „obserwator sukcesów medycyny” napisał  w mailu: „Toksyczność i nieefektywność chemioterapii czy przykład dla narodu? Czy to prawda, że szewc bez butów chodzi? A promowanie margaryny z widokiem serduszka odbija się czkawką u promującego? A trzy wielkie anteny GSM na dachu budynku Instytutu Onkologii to co? Może tamtejszym doktorom nie szkodzą (elektryka prąd nie tyka), ale pacjentom przebywającym w ich zasięgu 24 godz. na dobę na pewno nie pomagają. Także sąsiadom w promieniu kilkuset metrów od Instytutu.”

Uczciwa dyskusja o zdrowiu narodu powinna znaleźć odpowiedź także na te pytania.

dr Zbigniew Hałat
 


 
 
 

 Felieton 

9. czerwca 2007r.

Nie ma pieniędzy na podwyżki dla lekarzy. Członkowie rządu z premierem i wicepremierami na czele, koalicja i korzystająca z niebywałej okazji opozycja powtarzają bez zająknięcia: lekarzom należy się więcej, płace lekarzy są niesprawiedliwie niskie, za ciężką i odpowiedzialną pracę trzeba lekarzy właściwie wynagradzać. I tu jest dowód na zmianę myślenia rządzących w Polsce. Na zmianę w stosunku do wczesnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Z programu studiów lekarskich, już nie pamiętam na którym roku, wynikał wtedy obowiązek uczestnictwa w zajęciach z filozofii. Prowadzący te zajęcia zapiekli teoretycy marksizmu czasami zapraszali praktyków marksizmu-leninizmu, dzięki czemu raz mojej grupie przytrafiło się wysłuchać wystąpienia samego sekretarza ds. nauki Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Figura to była wysoko postawiona w aparacie faktycznej władzy PRLu i wypowiadane przez takiego wielmożnego pana słowa znaczyły dokładnie to, co było doktryną ówczesnej władzy. Trzeba przyznać, że komunistyczna nowomowa, choć w swoich intencjach z gruntu załgana, była bardziej składna od obecnego bełkotu polityków. Zresztą wtedy politycy w Polsce nie występowali, bo i po co w totalitaryzmie politycy. Byli za to aparatczycy przybliżający masom jedynie słusznie decyzje przyjęte przez ostatni zjazd partii. W zakładach pracy, w PGR-ach i na uczelniach jakieś niezliczone rzesze żołnierzy frontu propagandy wyjaśniały robotniczym aktywistom i studenckim warchołom sytuację społeczno-ekonomiczną PRLu i przekonywały, że to co ludzie uważają za złe, jest „wedle” partii dla nich dobre. W odróżnieniu od indoktrynacji płynącej z radia i telewizora, podczas takiego spotkania z żywym wcieleniem władzy ludowej można było stawiać pytania. Korzystając więc z obecności tak wysoko postawionego aparatczyka PRLu na naszym seminarium z filozofii, zadałem pytanie czy będą podniesione płace lekarzy. W odpowiedzi padło coś w rodzaju pogróżki: „do końca studiów macie jeszcze dużo czasu” i stwierdzenie, które do dzisiaj pojawia się w połajankach udzielanych lekarzom, ale dopiero teraz po raz pierwszy w powojennej historii Polski przestało być doktryną państwową: „my wiemy, że lekarze i tak mają bardzo dobrze, bo biorą łapówki i dlatego nie podnosimy im pensji”. Przekonanie, że lekarzom nie należy się płaca godna ich pracy, bo prawdziwe wynagrodzenie otrzymują w szarej strefie, warto zderzyć z sytuacją lekarza spod Hrubieszowa, któremu za przyjęcie przed sześciu laty prezentu w postaci 3 kilogramów wieprzowiny policja grozi ośmioma latami więzienia. Objęta tajemnicą lekarską dokumentacja pacjentów ośrodka zdrowia w gminie Dołhobyczów została skserowana przez czterech policjantów i jej zawartość nie jest już intymną wiedzą człowieka o samym sobie, który jako pacjent szukający pomocy dzieli się nią z wybranym lekarzem. Ktoś powie, że skoro skserowano dokumentację lekarską pacjentów pełniącego rolę lecznicy rządowej szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie, to przypadek pogwałcenia tajemnicy lekarskiej w Dołhobyczowie jest wagi marginalnej: tu wyniesiono przeszłość chorobową polityków z pierwszych stron gazet, a tam mieszkańców maleńkiej gminy na wschodnich kresach. A jednak wbrew obłąkańczej wizji świata należy stanowczo bronić prawa każdego, ale to każdego człowieka do pomocy lekarza bez ryzyka złamania tajemnicy lekarskiej. Dochowanie tajemnicy przez spowiednika, adwokata i lekarza jest gwarantowane etyką osób powołanych do udzielania pomocy ludziom w potrzebie, ludziom, którzy sami z własnej nieprzymuszonej woli dokonują wyboru pomiędzy zachowaniem swoich tajemnic dla siebie, albo też dzielą się nimi z innym człowiekiem w przekonaniu, że uzyskają od tego człowieka oczekiwaną pomoc. Szacunek dla jednostki ludzkiej wymaga bezwzględnego zachowania tajemnicy konfesjonału, kancelarii adwokackiej i gabinetu lekarskiego. Zakładanie podsłuchów i montowanie kamer w tych miejscach to krok następny na drodze odbierania ludziom człowieczeństwa. Do kompletu pozostanie umieszczenie każdemu pod skórą, n. p. szyi, chipa z danymi identyfikującymi. Jak psu.

Wszystkie dramatyczne sytuacje w polskiej medycynie rozgrywają się w jej systemie publicznym. Potwornie ciężkie zarzuty, oskarżenia o przestępstwa czy też ich podejrzenia, łamanie tajemnicy lekarskiej, energiczne ingerencje policji i prokuratury, wyniki kontroli ujawniających bezczelne okradanie Narodowego Funduszu Zdrowia, pohukiwanie bądź łaszenie się polityków, bulwersujące materiały dziennikarzy dochodzeniowych niemal wyłącznie dotyczą systemu publicznej opieki zdrowotnej. Nie ma zadowolonych. Pacjent, idąc do przychodni lub szpitala, nie wie czy uzyska pomoc, a raczej wie na pewno, że z takiego czy innego powodu jej nie uzyska na czas. Lekarz, wychodząc do pracy, nie wie, czy wróci do domu, czy też w kajdanach będzie zawieziony do aresztu na wiele miesięcy. Strajkujący lekarze nie otrzymują podwyżek, a słyszą opinie, że powinni zrezygnować z żądań i nie odchodzić od łóżek pacjentów, bo to nieetyczne. W tej sytuacji czas wrócić do korzeni. Rzeczywiście, fundamenty szpitalnictwa oparte są chrześcijańskie miłosierdzie. Bogaci leczyli się w domu, w razie potrzeby posyłali po cyrulika, aby upuścił im krwi. Jeszcze bogatsi ściągali sławnych lekarzy z całego świata, podejmowali najdroższe i najmodniejsze w swoim czasie próby ratowania zdrowia i życia. Ubogim pozostawały szpitale prowadzone przez zakony. I tam znajdowali serdeczną opiekę, duchową pociechę i śmierć w warunkach godnych człowieka. W miarę rozwoju medycyny coraz częściej dochodziło do wyleczeń i szpitale stały się miejscem przywracania zdrowia, obecnie o niemal gwarantowanej – w wyobrażeniu wielu – skuteczności. Ponieważ władze nie radzą sobie z podziałem danin obywateli, którym za oddawane składki i podatki nie zapewniają zaspokojenia podstawowych potrzeb, zrezygnujmy z bezdennej studni Narodowego Funduszu Zdrowia i kosmicznych kosztów jego obsługi, zostawmy w swoich kieszeniach tę część podatków, którą władze miały przeznaczyć na leczenie, ale tego nie robią i sprywatyzujmy medycynę w całości. Niech majątek publiczny, będący dorobkiem pokoleń Polaków, czyli obiekty wraz z wyposażeniem, pozostaną w zarządzie administracji państwowej czy samorządowej, ale lekarze niech będą zatrudniani albo na warunkach rynkowych, w końcu nie są majątkiem publicznym, choć niektórym zdają się być niewolnikami, albo też niech zgłaszają się do pracy nieodpłatnej, czysto charytatywnej, na którą na pewno znajdą czas, mając wystarczające wynagrodzenie. Oczywiście, charytatywnych świadczeń na rzecz szpitali należy bezwzględnie spodziewać się także po dostawcach leków, sprzętu medycznego, energii elektrycznej, gazu, wody, żywności…

dr Zbigniew Hałat
 


 
Felieton

11. maja 2007r.

Już nie dyskutujmy – powiedział w dniu 10. maja 2007r. wicemarszałek Sejmu pan Jarosław Kalinowski, nie dopuszczając do kolejnej wymiany zdań w sprawie systemu ochrony zdrowia w Polsce. 

No właśnie. Już nie dyskutujmy a zacznijmy rozliczać za dostrzegalne przez wszystkich osiągnięcia. Niech rozliczy każdy według swojej wiedzy i doświadczenia. Każdy pacjent i jego bliscy, każdy lekarz, każda pielęgniarka i wszyscy inni pracownicy ochrony zdrowia i ich rodziny. Każdy ekspert i prognosta, zarówno ten, który podnosi alarm w związku z lawinowo narastającą depolonizacją Polski, jak i ten, który liczy bieżące i przyszłe zyski z tego procederu. Już nie dyskutujmy. Zacznijmy się ratować.

W maju 2007 roku należy zdać sobie sprawę, że pustkę po wypędzonych za granicę lekarzach i pielęgniarkach przez krótki czas wypełnią emeryci, a po ich odejściu pozostałym jeszcze w kraju Polakom pozostanie tylko najbardziej popularyzowana forma znachorstwa, jaką jest medycyna reklamowa. Zgodnie z instrukcją płynąca z telewizyjnych reklam cierpiący ludzie będą czytać ulotki albo konsultować się z farmaceutą, ale już nie z lekarzem. Wobec braku lekarzy, ludziom innych zawodów pozostanie samodiagnozowanie się w oparciu o informacje zawarte w ulotce napisanej przez producenta środka farmaceutycznego albo też poleganie na rozpoznaniu, które postawi farmaceuta, czy to przez okienko nad apteczną ladą, czy może na zapleczu apteki, ale zawsze z naruszeniem ustawy o zawodzie lekarza. System lecznictwa oparty o sprzedaż leków bez recepty i zastąpienie lekarzy ulotkami i farmaceutami byłby niezłym tematem dla kabaretu, gdyby nie tragiczne skutki kumulujących się dawek środków przeciwbólowych bez umiaru przyjmowanych przez ludzi bezskutecznie szukających możliwości wyleczenia przyczyn a nie tylko znieczulenia bólu. 

Uprawiane przez miliony Polaków samodiagnozowanie się i samoleczenie według wskazań reklam telewizyjnych nie znajduje żadnego odporu ze strony władz państwowych, tym samym obciąża polityków odpowiedzialnych za zdrowie narodu. Równoczesna silna zależność prasy, radia i telewizji od reklamodawców powoduje, że w Polsce nie może zadziałać charakterystyczny dla zachodnich demokracji wentyl bezpieczeństwa w postaci niezależnego dziennikarstwa. W rezultacie reklama leków przeciwbólowych goni reklamę artykułów spożywczych będących przyczyną bólu, bo nafaszerowanych substancjami wzmacniającymi smak i zapach, konserwantami, farbami i aromatami, a konsument ogłupiany już od dzieciństwa reklamami nie ma szans na wyrobienie sobie opinii o rzeczywistej wartości i prawdziwych zagrożeniach ze strony reklamowanych produktów.

O kilku dni brytyjskie media szeroko komentują najnowsze doniesienia naukowe o skutkach spożywania chemikaliów dodawanych do artykułów spożywczych. Polskie środki masowego przekazu, łącznie z publicznym radiem i telewizją, mającymi za podatki i abonament realizować misję społeczną, milczą – jak zwykle – w takiej sprawie, nie chcąc narażać się reklamodawcom.

A sprawa jest pierwszorzędnej wagi i do tego pochodzi z miarodajnego źródła. Oto Uniwersytet Southampton na zlecenie Food Standards Agency, czyli Agencji ds Standardów Żywności brytyjskiego rządu, przeprowadził badania dzieci w wieku od trzech do dziewięciu lat, w których pożywieniu znalazły się artykuły spożywcze, zawierające takie barwniki, jak: tartrazyna – E 102, czerwień koszenilowa – E 124, żółcień pomarańczowa S - E 110, azorubina - E 122, żółcień chinolinowa E 104 i czerwień allura AC - E 129. Badania dotyczyły również najbardziej niebezpiecznego konserwantu, jakim jest benzoesan sodu E 211. 

Przeprowadzono pomiary przeciętnego spożycia tych dodatków do żywności oraz ich wpływ na zachowanie małych konsumentów. Potwierdziły się wcześniejsze doniesienia, że dzieci narażone na chemikalia dodawane do żywności i napojów wykazują nadmierną pobudliwość ruchową, trudności z koncentracją, napady złego zachowania i reakcje alergiczne. Wchodzący w skład Agencji ds Standardów Żywności Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych uznał, że wyniki badań mają ważne znaczenie dla zdrowia publicznego. 

Wyniki pierwszych prac badawczych sprzed siedmiu lat znanych jako badania na Wyspie Wight wykazały, że eliminacja barwników i innych dodatków z pożywienia może przynieść istotną poprawę zachowania dzieci. Jednak w 2002 roku Komitet ds. Toksyczności chemikaliów w środkach spożywczych stwierdził, że te wyniki nie pozwalały na wyciągnięcie ostatecznych wniosków i zlecił kolejne badania.

Ale pod wrażeniem obecnych doniesień większość brytyjskich sieci detalicznych dostosowuje do narastającego niepokoju konsumentów swoją politykę w stosunku do syntetycznych barwników i aromatów, łącznie z ich zupełnym wycofaniem z napojów bezalkoholowych sprzedawanych pod własną marką.

Ze swej strony muszę dodać, że związek wielu dodatków do żywności z chorobami alergicznymi skóry, zwłaszcza z pokrzywką czy atopowym zapaleniem skóry jest znany lekarzom od dziesiątków lat, ale skoro obecnie w Polsce lekarzy ubywa, to i nie ma kto ostrzegać konsumentów przed masowym i bezkrytycznym poddawaniem się presji reklam napojów i innych artykułów spożywczych pełnych szkodliwych chemikaliów.

dr Zbigniew Hałat
 


 
 
 
miesięcznik "Świat Konsumenta"
październik 2006r., Nr 10 (59), str. 42-44
Strona Hałata

JEDNA CZWARTA KADENCJI W PAŁACU

Potrzeba rocznicowej refleksji nie oszczędza nikogo, tym bardziej tych, którzy przed rokiem głosując za radykalną poprawą, nadal nie mogą jej doczekać. Dowiedzione wielokrotnie i bezspornie zdolności polityczne nierozłącznej dwójki szachistów wysokiej klasy pozwalają domniemywać, że gdyby chcieli, to by mogli tak poustawiać figury i pionki na szachownicy władzy, tak nimi poruszać, że wyborcy otrzymaliby przynajmniej zapowiedź zmian na korzyść w obszarze wielu zaniedbanych dziedzin życia publicznego w naszym państwie. Mówiąc wprost: gdyby chcieli, to by mogli, ergo skoro nie mogą, to znaczy, że nie chcą. 

Im więcej sukcesów w obsadzaniu kluczowych stanowisk, tym większa odpowiedzialność za całą aktywność bądź bezczynności państwa. Jest to odpowiedzialność absolutna. Odpowiedzialność, której w żaden sposób nie uda się przerzucić na nieporadnych pajaców i pajacyków wyciągniętych z kapelusza na scenę wielkiej polityki i dalej na niej tkwiących pomimo jawnej niekompetencji. 

Tuż po przełomie 1989r., reprezentując w izbie lekarskiej liczną grupę lekarzy medycyny zatrudnionych w stacjach sanitarno-epidemiologicznych, wysunąłem postulat likwidacji ministerstwa zdrowia niemal w całości, z pozostawieniem tylko tych struktur, które zajmują się obsługą Państwowej Inspekcji Sanitarnej i stacji sanitarno-epidemiologicznych, przy pomocy których inspektorzy sanitarni wykonują swoje zadania. Przekonywałem, ze szkoda pieniędzy na utrzymywanie zbędnej i koszmarnie kosztownej struktury o cechach pałacu cesarskiego. Po siedemnastu latach zadania organizacji ochrony zdrowia przejął przepoczwarzony z kas chorych Narodowy Fundusz Zdrowia, a więc zbudowano drugą obok ministerialnej centralnie sterowaną strukturę służącą władaniu opieką zdrowotna i znaczną częścią profilaktyki. Ludziom przybył kolejny ciężar do utrzymania, ale daniny na pałac przy Miodowej 15 wcale nie zmalały, wręcz odwrotnie. Jak chłopi pańszczyźniani, tyle że większą część zarobków, płacimy na utrzymanie rosnącego w liczbę dworu i zastępów pałacowych pieczeniarzy. Już nie tylko nieusuwalni urzędnicy, lecz także setki doradców, członków gabinetów politycznych i uczonych ekspertów sprzedają kolejnym ministrom swój czas, poparcie i niekiedy wiedzę. Wiedzę na tyle tajemną, że przyjmowaną za bezsporny dogmat przez ministerialnych biurokratów na etacie. Cóż bowiem bardziej miłego dla rasowego urzędnika jak zabezpieczenie tyłów. Formalna podkładka z podpisem prof. dr hab. uświęca nawet najbardziej karkołomną decyzję, wygodnie odsyła wątpliwości kontrolerów NIKu, prokuratorów, czy dziennikarzy śledczych do krainy naukowej fantazji, gdzie zjawy nigdy nie udowodnionych hipotez przenikają się z cieniami projektów lobbingowych i zwykłego łapownictwa.

A tu mamy za sobą pierwszy rok budowy IV RP stojącej prawem i sprawiedliwością. Skoro Polska już nie stoi nierządem, trzeba wziąć się za sprawdzenie, czy aby n.p. w uzdrowiskach nie jest uprawiane znachorstwo rodem z paleolitu, które szczyt rozwoju osiągnęło w XIX w. Czy aby na pewno wodolecznictwo ma podstawy naukowe. Ale przecież sprawdzający też wymagają sprawdzenia. Z tego powodu wydano Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 13 września 2006 r. w sprawie trybu przeprowadzania kontroli jednostek uprawnionych do potwierdzania właściwości leczniczych naturalnych surowców leczniczych i właściwości leczniczych klimatu. W rozporządzeniu tym na wstępie zarządza się, co następuje: 
§ 1.
1. Przeprowadzenie kontroli ma na celu ustalenie stanu faktycznego w zakresie działalności jednostki uprawnionej do potwierdzania właściwości leczniczych naturalnych surowców leczniczych i właściwości leczniczych klimatu, zwanej dalej „kontrolowaną jednostką”, udokumentowanie, dokonanie oceny w szczególności spełniania wymagań, o których mowa w art. 37 ust. 3 ustawy z dnia 28 lipca 2005 r. o lecznictwie uzdrowiskowym, uzdrowiskach i obszarach ochrony uzdrowiskowej oraz o gminach uzdrowiskowych, zwanej dalej „ustawą”, wskazanie osób odpowiedzialnych za stwierdzone nieprawidłowości, jeżeli takie miały miejsce, i sformułowanie wniosków i zaleceń pokontrolnych. 
2. Ilekroć w rozporządzeniu jest mowa o osobie przeprowadzającej kontrolę – należy 
przez to rozumieć upoważnionego przez ministra właściwego do spraw zdrowia pracownika urzędu obsługującego ministra właściwego do spraw zdrowia lub inną osobę, którą minister właściwy do spraw zdrowia upoważnił do przeprowadzenia kontroli. 
§ 2.
1. Osoba przeprowadzająca kontrolę podlega wyłączeniu, na wniosek lub z urzędu, z postępowania kontrolnego, jeżeli wyniki kontroli mogłyby oddziaływać na jej prawa lub obowiązki, na prawa lub obowiązki jej małżonka albo osoby pozostającej z nią faktycznie we wspólnym pożyciu, krewnych i powinowatych do drugiego stopnia bądź osób związanych z nim z tytułu przysposobienia, opieki lub kurateli. Powody wyłączenia osoby przeprowadzającej kontrolę trwają także po ustaniu małżeństwa, przysposobienia, opieki lub kurateli. 
2. Osoba przeprowadzająca kontrolę może być wyłączona, na wniosek lub z urzędu, z postępowania kontrolnego w każdym czasie, jeżeli zachodzą uzasadnione wątpliwości co do jej bezstronności. 
3. O przyczynach powodujących wyłączenie osoba przeprowadzająca kontrolę lub kierownik jednostki kontrolowanej niezwłocznie zawiadamia ministra właściwego do spraw zdrowia. 
4. O wyłączeniu postanawia minister właściwy do spraw zdrowia; postanowienie ministra właściwego do spraw zdrowia jest ostateczne. 
5. Do czasu wydania postanowienia, o którym mowa w ust. 4, osoba przeprowadzająca kontrolę podejmuje jedynie czynności niecierpiące zwłoki. 

No tak…Blask tej perełki legislacyjnej przyćmiewa wyjątkowy w cywilizowanym świecie stan prawa sanitarnego w jego najbardziej fundamentalnym obszarze. Oto od  17.  sierpnia 2006r.  nie istnieje w Polsce  przepis prawny  zapewniający bezpieczeństwo  i zdrowie konsumentom korzystającym z wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi,  którą jest 
a)  woda w stanie pierwotnym lub po uzdatnieniu, przeznaczona do picia, przygotowania żywności lub innych celów domowych, niezależnie od jej pochodzenia i od tego, czy jest dostarczana z sieci dystrybucyjnej, cystern, w butelkach lub pojemnikach, 
b) woda wykorzystywana przez przedsiębiorstwo produkcji żywności do wytworzenia, przetworzenia, konserwowania lub wprowadzania do obrotu produktów albo substancji przeznaczonych do spożycia przez ludzi,
- ponieważ minister zdrowia  nie wydał nowego rozporządzenia w terminie 12 miesięcy  od nowelizacji ustawy uchylającej  poprzednią regulację, a mianowicie Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 19 listopada 2002 r. w sprawie wymagań dotyczących jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi. 

Wymagań brak, więc inspektor sanitarny nie podstaw do stwierdzenia ich naruszeń. Niektóre przedsiębiorstwa wodociągowe uzyskały wymarzony prezent - zwolnienie z odpowiedzialności za sprzedaż produktu, którego szkodliwość systematycznie bagatelizują. 

Ministrowi zdrowia łatwiej dociekać zagadnień ustania pożycia własnych kontrolerów niż oceniać przydatność wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi. 
 

dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów

 
WODOLECZNICTWO*

Chore lub ranne zwierzęta zanurzają się w wodzie.  Także wśród ludzi wodolecznictwo jest znane od tysięcy lat. W starożytnej Grecji zakon eskulapów prowadził "świątynie zdrowia", czyli współczesne sanatoria, gdzie stosowano wodę źródlaną, specjalne pożywienie, masaże i kąpiele. Hipokrates zalecał wykorzystywanie naturalnych źródeł, wody i świeżego powietrza  nie tylko w celu zapobiegania chorobom, ale też dla ich leczenia. Ważne znaczenie dla Hipokratesa miała jakość źródeł wody. 

Ojciec  polskiej medycyny uzdrowiskowej - dr Wojciech Oczko

Lekarz nadworny króla Stefana Batorego i autor dzieła na temat wodolecznictwa pod tytułem "Cieplice" zalecał kuracje złożone z trzygodzinnych kąpieli rano i wieczorem codziennie przez miesiąc!

Prysznice śląskie Wincentego Priesnitza

Odkrywcą współczesnego wodolecznictwa jest żyjący na początku XIX w. Wincenty Priesnitz z Jeseniku (Sudety Czeskie). Pracując na roli, często ulegał urazom, które umiał wyleczyć sobie znanym sposobem: regularnie pił dużo źródlanej wody i stosował okłady. Skuteczność tych zabiegów doceniali początkowo tylko domownicy Wincentego, potem mieszkańcy okolicznych wsi. Wkrótce "hydropatia", jak nazwał swą metodę sam Priesnitz (dla zaznaczenia podobieństwa do homeopatii, jako zaprzeczenia medycyny naukowej) stała się i bardzo modna i dochodowa. Zawieszając nad głową pełne wody wiadro z podziurawionym dnem na stałe wprowadził swoje nazwisko do naszego słownika (prysznic!). W połowie minionego stulecia sanatorium Wincentego Priesnitza przyjmowało w jednym dniu 600 kuracjuszy z różnych stron świata. 
Obok sławnych pryszniców śląskich do najbardziej popularnych zabiegów należało obwijanie - pół godziny w trójwarstwowym zawinięciu (mokry ręcznik, warstwa pokrzywy i ociekający wodą koc) połączone z popijaniem  gorącej herbaty z miodem. 

Ks. Sebastian Kneipp i uzdrowicielska moc natury

W odróżnieniu od niewykształconego (ale jakże skutecznego pioniera wodolecznictwa) katolicki ksiądz Sebastian Kneipp potrafił rozwinąć system leczniczy oparty na wierze w uzdrowicielską moc natury (vis curatrix naturae). W napisanym w 1886r. i uzupełnianym później podręczniku leczenia wodą zawarł rozdziały poświęcone  polewaniom, zawijaniom, okładom, kąpielom, piciu wody, ale też ćwiczeniom gimnastycznym i diecie. Część zaleceń dietetycznych ks. Kneippa  do dzisiaj zachowała pewną aktualność:
"Solenie obfite uważam stanowczo za złe, za przyzwyczajenie, które nie jest korzystnym dla organizmu. Nieroztropnie czynisz, przyjacielu, gdy każdą potrawę solisz nadmiernie. Wielka ilość soli wywołuje zapalenie żołądka i kiszek, rozwolnienie, wymioty, a nawet śmierć. Sól działa także silnie na nerki. Warto więc walczyć wytrwale przeciw nadmiarowi w używaniu soli, skoro się rozważy złe skutki, jakie sprowadza. Ostrzegam więc przed tym czytelników, a spodziewam się, że słów mych nie wypowiadam na wiatr. Innym rodzajem soli, której się używa do marynaty mięsa, jest saletra. Nie lubię dlatego szynki i nie cenię jej tak wysoko, jak to ogólnie czynią. Ze względu na to, że używa się za wielkich dawek saletry do konserwowania marynat i wędlin, jak. Np. szynki, kiełbasy, salcesonu itp., nie zbłądzę twierdząc, że nie są one korzystnymi dla organizmu, skoro wielka ilość saletry jest szkodliwą. Można by wprawdzie używać do marynat niewielkich dawek; skoro się jednak zważy, że 20 gramów jest już silną trucizną, to nasuwa się mimowolnie wniosek, że lepiej saletry nie używać wcale. Zjadana w pokarmach nawet w homeopatycznych dawkach nie działa korzystnie na organizm"
____________
*Z. Hałat: "WODA", Warszawa 1998, str. 74 – 76
Pierwsza w kraju publikacja kompleksowo omawiająca znaczenie wody w życiu człowieka

 
 
miesięcznik "Świat Konsumenta"
Nr 5 (55) maj 2006, str. 40-41
Strona Hałata

ŚWIATOWY DZIEŃ ZDROWIA 
W UNII EUROPEJSKIEJ

Światowy Dzień Zdrowia co roku przypada na 7. kwietnia. Tegoroczny Organizacja Narodów Zjednoczonych poświęciła pracownikom ochrony zdrowia. Wyliczono, że na całym świecie w sektorze ochrony zdrowia zatrudnionych jest 59 220 000 osób (9,3 na 1000 ludności, w Europie 18,9 na 1000 ludności), w tym 39 470 000 osób udziela świadczeń zdrowotnych, a 19 750 000 to zarządzający systemem ochrony zdrowia lub personel pomocniczy. 

7. kwietnia 2006r. miał miejsce ogólnopolski protest lekarzy i na znaczną część osób udzielających świadczeń zdrowotnych polski pacjent liczyć nie mógł. Niech mu więc będzie pociechą, że do pracy stawiło się przynajmniej zarządzające systemem ochrony zdrowia w naszym kraju Kierownictwo Ministerstwa Zdrowia (P. T. Zbigniew Religia, Bolesław Piecha, Anna Gręziak, Jarosław Pinkas, Andrzej Wojtyła, Wacława Wojtala), które przyjęło zadziwiające w tak dramatycznej sytuacji ustalenia. Oto wierny ich zapis:
„Ustalenia z obrad Kierownictwa Ministerstwa Zdrowia w dniu 7 kwietnia 2006 r.
1. Projekt zarządzenia Ministra Zdrowia w sprawie Biura Praw Pacjenta przy Ministrze Zdrowia - przedstawiła Pani Wacława Wojtala Podsekretarz Stanu. 
Ustalono: 
•  skierowanie do uzgodnień wewnętrznych z terminem zgłaszania uwag 2 dni, 
•  termin realizacji: 07-03-2006 r. 
•  ponowne omówienie na Kierownictwie. 
Odpowiedzialny: Departament Nadzoru i Kontroli
Nadzoruje: Pani Wacława Wojtala Podsekretarz Stanu 
2. Projekt zarządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego zarządzenie w sprawie nadania statutów Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu oraz powiatowym stacjom sanitarno-epidemiologicznym położonym na obszarze województwa dolnośląskiego
Ustalono: 
•  skierowanie do uzgodnień wewnętrznych z terminem zgłaszania uwag 1 dzień, 
•  termin realizacji: 07-03-2006 r. 
•  ponowne omówienie na Kierownictwie. 
Odpowiedzialny: Departament Nadzoru i Kontroli
Nadzoruje: Pani Wacława Wojtala Podsekretarz Stanu” 

Skoro wiemy, czym zajmuje się generalicja bez armii, chcielibyśmy też wiedzieć, czy w ogóle ktoś pilnuje dysponentów naszych podatków i dziesięciny na Narodowy Fundusz Zdrowia. W artykule p.t „NIK-t ich nie kontroluje. Mają bardzo ciepłe posadki. Dostają po 10 tysięcy złotych. Nikt nie sprawdzi, czy są potrzebni.” red. red. Grażyna Zawadka i Leszek Kraskowski z „SUPEREXPRESSU” ujawniają listę 22 doradców prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Są to P. T.: Lech Bylicki, Krzysztof Fit, Ryszard Grodzicki, Alina Hussein, Józef Kalisz, Andrzej Kram, Władysław Majka, Jacek Mazur, Wojciech Misiąg, Józef Nadler, Andrzej Olejnik, Alicja Pomorska, Dorota Safjan, Tomasz Staniszewski, Krystyna Szajdakowska, Ryszard Szyc, Krzysztof Szwedowski, Zbigniew Wesołowski, Józef Płoskonka, Antoni Januchta, Jan Nawelski, Wacław Chełmecki.

Coś musi w tym być, że czasie kompletnego załamania opieki zdrowotnej w Polsce kierownictwo ministerstwa zdrowia poświęca swój cenny czas statutom stacji sanitarno-epidemiologicznych w 27 powiatach województwa dolnośląskiego. Być może obecnej władzy trudno jest ominąć pułapki pozastawiane przez starych ministerialnych wyjadaczy – podpory bizantyjskiego systemu wszechmocnej biurokracji służącemu tylko i wyłącznie zabezpieczaniu tyłów rozmaitym koteriom i grupom interesów. Niechże więc zagra struna jakże często szarpana przez euroentuzjastów przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Przecież od dwóch lat już nie tylko Konstytucja RP, lecz także Traktaty Wspólnot Europejskich stoją straży naszych podstawowych praw, do których nalezą i dostęp do opieki zdrowotnej i sprawiedliwe wynagrodzenie dla lekarzy, a w konsekwencji także pozostałych pracowników medycznych. Realizacji tych praw nie da się zastąpić pokerowymi zagrywkami w stosunku do pacjentów i lekarzy. Potrzebna jest żywa gotówka. Ponieważ w kieszeniach zubożałego społeczeństwa można znaleźć tylko podszewkę, pieniędzy należy szukać tam, gdzie są marnotrawione w wyniku decyzji ministrów.

Prestiżowy magazyn „Forbes” niedawno ogłosił listę dziesięciu najlepiej sprzedających się leków na receptę. Są to:
 1.     na wysoki poziom cholesterolu LIPITOR, który zarobił dla firmy Pfizer 12,9 miliarda dolarów, osiągając 6,4% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
2.     na choroby serca PLAVIX, który zarobił dla firm Bristol-Myers Squibb i Sanofi-Aventis 5,9 miliarda dolarów, osiągając 16% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
3.     na zgagę  NEXIUM, który zarobił dla firmy AstraZeneca 5,7 miliarda dolarów, osiągając 16,7% wzrostu sprzedaży w ciągu roku
4.     na astmę SERETIDE/ADVAIR, który zarobił dla firmy GlaxoSmithKline 5,6 miliarda dolarów, osiągając 19% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
5.     na wysoki poziom cholesterolu ZOCOR, który zarobił dla firmy Merck 5,3 miliarda dolarów, osiągając 10,7% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
6.     na nadciśnienie NORVASC, który zarobił dla firmy Pfizer 5 miliardów dolarów, osiągając 2,5% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
7.     na schizofrenię ZYPREXA, który zarobił dla firmy Eli Lilly 4,7 miliarda dolarów, osiągając 6,8% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
8.     na schizofrenię RISPERDAL, który zarobił dla firmy Johnson & Johnson 4 miliardy dolarów, osiągając 12,6% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
9.     na zgagę PREVACID, który zarobił dla firmy Abbott Labs i Takeda Pharmaceutical 4 miliardy dolarów, osiągając 0,9% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 
10.   na depresję EFFEXOR, który zarobił dla firmy Wyeth 3,8 miliarda dolarów, osiągając 1,2% wzrostu sprzedaży w ciągu roku 

Na całym świecie wystąpił 7% wzrost sprzedaży leków na receptę, a łączna wartość rynku farmaceutycznego po raz pierwszy przekroczyła 600 miliardów dolarów. Warto przyjrzeć się, jaki jest udział Polaków w zyskach wielkich koncernów farmaceutycznych i jakie mechanizmy nim rządzą.

W lutym b. r. w tygodniku „WPROST” red. red. Aleksander i Jan Piński poinformowali polską opinię publiczną, a tym samym organy ścigania, że „sprzedaż leków w Polsce w 2005 r. wzrosła o 7,2 proc. - do 17,26 mld zł. W 2006 r. wartość sprzedanych w Polsce leków przekroczy 20 mld zł, czyli wzrośnie niemal o jedną piątą! Za leki na receptę, uwzględniając parytet siły nabywczej, drożej od nas w Unii Europejskiej płacą tylko Łotysze. (…) Ciągle płacimy za te same leki od kilkudziesięciu do kilkuset procent więcej niż w innych krajach Unii Europejskiej. Na przykład lek przeciwnowotworowy Endoxan - Asta w Polsce ma cenę 49,71 zł, podczas gdy we Francji ten sam koncern sprzedaje go za równowartość 17,43 zł. (...) Takich przykładów jest kilkaset. Na dodatek Polacy płacą za leki z własnej kieszeni przeciętnie 67 proc. ich wartości (w 2005 r. wzrost o 3 punkty procentowe). To najwyższy wskaźnik w 25 krajach Unii Europejskiej. Winę za drożyznę w Polsce ponosi przede wszystkim rząd, bo koncerny farmaceutyczne wykorzystują tylko swoje prawo do maksymalizowania zysków. Problem tkwi w tym, że nasz system wystawiania recept oraz tworzenia listy refundacyjnej to zachęta do korumpowania urzędników i lekarzy. W Polsce nikt nie chce monitorować rynku - od lat nie wprowadza się na przykład rejestru usług medycznych (system sprawdzania pracy lekarzy), chociaż system, którego koszt wyniósłby około 500 mln zł, przyniósłby w pierwszym roku 2-3 mld zł oszczędności. To lobby firm farmaceutycznych i środowisk lekarskich robi wszystko, aby nigdy nie powstał. Polski rynek leków jest ewenementem w skali światowej. Brak RUM przy złych przepisach dotyczących refundacji stworzył idealną możliwość korumpowania środowisk lekarskich i aptekarskich. Co więcej, zgodnie z obowiązującymi przepisami NFZ refunduje (do wysokości limitu) cenę wszystkich lekarstw z danej grupy, w tym tych drogich, oryginalnych, a nie tylko generyków, czyli dopuszczonych prawem tańszych kopii. Nic więc dziwnego, że lekarze bez skrupułów przepisują drogie lekarstwa, bo nikt tego nie sprawdzi i nie wyciągnie wobec nich konsekwencji. - Naszych lekarzy trzeba wręcz leczyć z przepisywania drogich markowych leków zamiast ich tańszych i nie gorszych generycznych odpowiedników - mówi Tadeusz Szuba z Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego. Nikt z Ministerstwa Zdrowia nie dba o to, aby dostarczyć lekarzom materiały, które byłyby odpowiedzią na reklamową papkę serwowaną im przez koncerny farmaceutyczne. Tymczasem na przykład w Niemczech Instytut Naukowy Kas Chorych co roku wydaje księgę z zaleceniami dla lekarzy, jakie leki mają zapisywać i dlaczego. W Wielkiej Brytanii dwa razy w roku Towarzystwo Lekarskie i Towarzystwo Farmaceutyczne wydają spis leków zalecanych i tych, których lekarze nie powinni przepisywać. W Polsce podobną publikację wydano dotychczas raz - w 1995 r. Naszych lekarzy zostawiono sam na sam z ponad 5 tys. reprezentantów handlowych (tzw. repów) zachodnich gigantów farmaceutycznych. To właśnie działalność <<repów>> sprawia, że decydują się przepisywać droższe leki, zwykle skuszeni obiecywanymi przez nich grantami. (..) Nad horrorem farmaceutyczno-lekarskim, o którego sfilmowaniu marzyłby Alfred Hitchcock, czuwa Ministerstwo Zdrowia. Przeprowadzona w październiku 2005 r. przez odchodzącego ministra Marka Balickiego <<regulacja cen>> przyniosła opłakane skutki. Resort zdrowia podkreślał, że aż 97 leków staniało przeciętnie o 2 zł. Tymczasem cena całego koszyka wzrosła aż o 138,61 zł! Ministerstwo Zdrowia wprowadziło niepotrzebną korektę listy leków refundowanych, która będzie kosztować budżet państwa miliard złotych, czyli jedną szóstą rocznych wydatków na refundację leków. - Na listę wprowadzono kilka nowych, reklamowanych przez koncerny farmaceutyczne środków, których działanie jest praktycznie takie samo jak dotychczas stosowanych leków” powiedział pan Tadeusz Szuba autorom artykułu z 19. lutego 2006r.

Do powyższego opisu sytuacji należy dodać, że lista leków refundowanych powstała za poprzednich rządów do dzisiaj nie jest dostosowana do uzasadnionych oczekiwań pacjentów i ekspertów, a 22. marca 2006r. Minister Zdrowia w porozumieniu z Ministrem Finansów zatwierdził zmianę Planu Finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na 2006 rok. Zmiana przewiduje wzrost refundacji cen leków o 8,2 miliona zł, do łącznej kwoty 6 miliardów 635 milionów złotych, co stanowi 18% łącznej sumy ponad 36 miliardów 250 milionów złotych odbieranych nam wszystkim poprzez ZUS i KRUS składek na Narodowy Fundusz Zdrowia. Wydatki na refundację leków stanowią 19% kosztów świadczeń zdrowotnych i zajmują drugą pozycję za kosztami lecznictwa szpitalnego – 14,4 miliarda zł (41%) i znacznie wyprzedzają koszty podstawowej opieki zdrowotnej - prawie 4 miliardy zł (12%) i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej -  ponad 2,5 miliarda zł (7,2%).

Właściwa polityka rządu w stosunku do koncernów farmaceutycznych mogłaby zmienić te udziały, i nie tylko powstrzymać drenaż kieszeni pacjentów, lecz także zaspokoić słuszne żądania płacowe lekarzy i innych pracowników medycznych.

dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog 
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych 
Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów 
http://www.halat.pl/stowarzyszenie.html
 


 



 
 

POLITYKA A ZDROWIE

ZAGROŻENIA ZDROWIA NOWORODKÓW

ZAGROŻENIA ZDROWIA PACJENTÓW

ZAGROŻENIA ZDROWIA ZE STRONY LEKÓW

Światowy Dzień AIDS 2002  - Polska

PAŃSTWOWA INSPEKCJA SANITARNA



ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE
CZASOPISMO RUCHU OCHRONY ZDROWIA
AKTUALIZOWANA WERSJA ELEKTRONICZNA
"ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE"



ALFABETYCZNY SPIS ZAWARTOŚCI
STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL
DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA