CHOROBY PRIONOWE W POLSCE
CZĘŚĆ II

W dniu 4. czerwca 2002r. Sejmowa Komisja Rolnictwa  i Rozwoju Wsi
odrzuciła informację rządu o zagrożeniu BSE stad bydła w Polsce
oraz środkach zapobiegawczych tej chorobie
poniżej stenogram z posiedzenia Komisji:


Biuletyn nr 626/IV
Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi /nr 25/
Poseł Romuald Ajchler (SLD)
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk (SKL)
Poseł Tadeusz Badach (SLD)
Poseł Edward Brzostowski (SLD)
Poseł Zbigniew Chrzanowski (SKL)
Poseł Czesław Cieślak (PSL)
Poseł Marian Curyło (Samoobrona)
Poseł Aleksander Grad (PO)
Posłanka Zofia Grzebisz-Nowicka (SLD)
Podsekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi Kazimierz Gutowski
Poseł Stanisław Kalemba (PSL)
Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej
Poseł Zbigniew Komorowski (PSL)
Przedstawiciel Agencji Rynku Rolnego Marek Kozikowski
Poseł Antoni Mężydło (PiS)
Poseł Wojciech Mojzesowicz (Samoobrona)
Poseł Ryszard Nowak (PiS)
Poseł Kazimierz Plocke (PO)
Przedstawiciel Biura Legislacyjnego Kancelarii Sejmu
Poseł Szczepan Skomra (SLD)
Poseł Ryszard Stanibuła (PSL)
Poseł Stanisław Stec (SLD)
Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki (PSL)
Poseł Józef Żywiec (Samoobrona)
24 maja 2002 r. Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi, obradująca pod przewodnictwem posła Wojciecha Mojzesowicza /Samoobrona/:

- odbyła pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o regulacji rynku mleka i przetworów mlecznych /druk nr 474/,

- wysłuchała informacji o zagrożeniu BSE stad bydła w Polsce oraz środkach zapobiegawczych tej chorobie.

W posiedzeniu uczestniczyli przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z podsekretarzem stanu Kazimierzem Gutowskim oraz Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Otwieram posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Porządek dzienny posiedzenia został państwu doręczony. Czy ktoś z państwa ma jakieś uwagi do zaproponowanego porządku obrad? Nie widzę. Przystępujemy zatem do jego realizacji. Bardzo proszę przedstawiciela rządu o zaprezentowanie projektu ustawy o zmianie ustawy o regulacji rynku mleka i przetworów mlecznych.
(...)
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/
(...)
Przystępujemy do rozpatrzenia drugiego punktu porządku obrad - informacja o zagrożeniu BSE stad bydła w Polsce oraz środkach zapobiegawczych tej chorobie. Bardzo proszę Głównego Lekarza Weterynarii pana Piotra Kołodzieja o przedstawienie tej informacji.

Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej : To jest pierwszy przypadek BSE w Polsce i nie należy tego demonizować. Może być wykryty następny przypadek - tak jest w innych krajach. Wydaje mi się, że najważniejsze jest to, aby to wszystko było pod kontrolą. Badanie w celu wykrycia BSE polega na pobieraniu próbek w rzeźni i badaniu tego materiału w laboratoriach. Nie istnieje badanie przyżyciowe. Do tej pory nie wynaleziono takiej metody. Oczywiście można podejrzewać, że jakieś zwierzę choruje na BSE, jeśli występują typowe objawy - niezborności ruchu, odruchy nerwowe - i nie można zidentyfikować konkretnej jednostki chorobowej. Wtedy zwierzęta w wielu powyżej 24 miesiąca muszą być badanie w kierunku BSE i wścieklizny. Rutynowe badania dotyczą zwierząt powyżej 30 miesiąca życia. Jak już powiedziałem, nie można wykluczyć następnych przypadków BSE. Jeśli jednak jest to kontrolowane na poziomie rzeźni, to sytuacja jest jasna. Wiadomo już jakie ten przypadek wywołał reperkusje. W sklepach praktycznie ustała sprzedaż wołowiny, w związku z tym hodowcy mają kłopoty ze zbytem zwierząt. Jeśli chodzi o handel zagraniczny, to import wstrzymały kraje Europy Wschodniej. Unia Europejska nie zablokowała granic, ponieważ stosujemy te same procedury, które są wykonywane w krajach członkowskich. Jedynym krajem, który jest poważnie zainteresowany importem polskiej wołowiny, jest Federacja Rosyjska, która wystąpiła z propozycją kupna wołowiny bez kości. Niedługo do Polski przybędą dwaj przedstawiciele tamtejszych władz weterynaryjnych, którzy będą wizytować zakłady zainteresowane eksportem wołowiny. Dużo ważniejszym problemem jest jednak sprzedaż wołowiny z kością z zapasów Agencji Rynku Rolnego. Firmy z Rosji są zainteresowane kupnem tej wołowiny, ale przeciwstawia się temu rząd rosyjski. Prowadzimy rozmowy z przedstawicielami władz weterynaryjnych tego kraju, aby Rosja kupiła mięso znajdujące się w magazynach Agencji Rynku Rolnego. Rozmawiałem także z przedstawicielami władz ukraińskich. Ukraina prawdopodobnie również odblokuje niedługo granicę. Białoruś nie wprowadziła utrudnień w handlu mięsem. Wczoraj otrzymałem list od władz Bośni i Hercegowiny, że nie mają one zamiaru blokowania granicy dla mięsa wołowego z Polski. Chciałbym powiedzieć, że nie można mieć pretensji do naszych sąsiadów, że zablokowali granice, ponieważ Polska stosowała te same procedury po wykryciu przypadków BSE w tych krajach. W tej chwili następuje coś w rodzaju rewanżu. Jeśli chodzi o prowadzenie badań monitoringowych w kierunku BSE w Polsce, to obecna procedura nie ulegnie zmianie. Będziemy stosowali te same metody badań co obecnie. Zwrócimy jedynie uwagę na pewne niedociągnięcia prawne. Wszyscy państwo wiedzą, że problemy z ustaleniem pochodzenia zwierzęcia, u którego wykryto BSE, wynikały z matactwa i fałszerstwa. To był podstawowy problem. Dlatego właśnie nie mogliśmy jednoznacznie określić, z którego stada pochodziło to zwierzę. Musieliśmy wykonać badania genetyczne, które sprawę jednoznacznie wyjaśniły. Obecnie obowiązujące w Polsce prawo wymaga, aby zwierzęta wprowadzone do obrotu były oznakowane i zaopatrzone w świadectwo miejsca pochodzenia lub w świadectwo zdrowia. Nowe prawo nakłada na hodowców obowiązek znakowania zwierząt według innego systemu. W związku z tym zwierzęta urodzone przed 1 stycznia 2002 r. będą musiały posiadać kolczyk i świadectwo miejsca pochodzenia lub świadectwo zdrowia. Jeśli chodzi o zwierzęta urodzone po 1 stycznia 2002 r., to minister spraw wewnętrznych i administracji nakaże wojewodom wydanie rozporządzeń, w którym zostaną zapisane zasady znakowania i wprowadzania zwierząt do obrotu.

To prawdopodobnie ułatwi nam kontrolę obrotu.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Otwieram dyskusję. Kto z państwa chciałby zabrać głos w tej sprawie?

Poseł Aleksander Grad /PO/ : Kiedy składałem wniosek, aby Komisja otrzymała informację o pierwszym przypadku BSE w Polsce, nieco inaczej wyobrażałem sobie ten raport. Materiał, który wczoraj otrzymaliśmy nie spełnia moich oczekiwań. To jest pewnego rodzaju kronika wydarzeń, a nie informacja o tym, jakie są w tym względzie podejmowane działania przez rząd i Głównego Lekarza Weterynarii. Pan dr Piotr Kołodziej powiedział, że mogą wystąpić kolejne przypadki BSE. Rzeczywiście, jeśli nadal będą przeprowadzane badania, to kolejne przypadki BSE mogą zostać wykryte. Nie możemy jednak dopuścić do tego, żeby powtórzyły się tego rodzaju spektakle, jakie towarzyszyły pierwszemu przypadkowi. To grozi destabilizacją rynku. Dlaczego w przedłożonym nam raporcie nie wspomina się ani słowem o tym, w jaki sposób były przeprowadzane kontrole przed wykryciem BSE? Czy sprawdzano tam świadectwa pochodzenia? Ile razy rzeźnia w Mochnaczce Wyżnej była wizytowana przez Powiatowego Lekarza Weterynarii? Takie informacje powinniśmy otrzymać odnośnie tego zakładu, ale chcielibyśmy wiedzieć jak te sprawy wyglądają w skali całego kraju. Czy świadectwa pochodzenia są w ogóle kontrolowane, czy też przeprowadza się te kontrole dopiero teraz? Nie chcę już mówić o tym, że w informacji podaje się błędną nazwę pracowni diagnostycznej w Krakowie. Myślę, że Główny Lekarz Weterynarii powinien wiedzieć, jak się ta pracownia nazywa. Myślę, że ten błąd wynika z jakiegoś przeoczenia. W raporcie nie wspomina się o tym, że 6 maja 2002 r. poinformowano opinię publiczną o ostatecznym ustaleniu miejsca pochodzenia chorego zwierzęcia. Jak się później okazało, te ustalenia nie były prawidłowe. Dlaczego nie jest napisane w tym materiale, z jakich powodów doszło do tej pomyłki? Czy ktoś zmienił zeznania? A może nie zgadzała się waga krowy lub jej umaszczenie? To wszystko powinno być tutaj dokładnie opisane. Wiemy, że gdyby nie stanowczość urzędników starostwa powiatowego, to nie przeprowadzono by badań DNA. Przecież to starosta zdecydował o tym, że badania mają być przeprowadzone i że zapłaci za to powiat. Uważam, że Skarb Państwa powinien zwrócić 10 tys. zł, które starosta ma zapłacić za przeprowadzone badania. A zatem myślę, że przedłożony Komisji raport powinien zostać zmodyfikowany. Powinno tu być wyraźnie napisane, jakie były okoliczności prowadzonych działań i kiedy ostatecznie ustalono miejsce pochodzenia zarażonej krowy. Gdyby nie badania DNA to wybito by niewłaściwe stado. Uważam, że informacja w tej części powinna zostać zmieniona. Wprawdzie władze weterynaryjne nigdy nie poinformowały opinii publicznej, z jakiego gospodarstwa ta krowa pochodzi, ale media i tak się dowiedziały. Przecież jeśli podaje się do wiadomości, że krowa pochodziła z miejscowości Rzepiennik Strzyżewski, to trudno się dziwić, że po godzinie dziennikarze już wiedzą, które to było gospodarstwo. W tym miejscu chciałbym państwu przeczytać fragment reportażu, który ukazał się w "Gazecie Wyborczej": "Weterynarzom wydawało się, że zidentyfikowali krowę. Małopolski lekarz weterynarii nawet to publicznie ogłosił - gospodarstwo jest w Rzepienniku Strzyżewskim.

Dla dziennikarzy odnalezienie obory Michała Bajorka było tylko kwestią godzin". To jest nauczka na przyszłość, że nie wolno przekazywać mediom tego typu informacji. Mieszkam dziesięć kilometrów od tego miejsca i wiem, jak dramatyczna jest w tej chwili sytuacja tych ludzi. Przez te gospodarstwa przetoczyła się prawdziwa armia dziennikarzy i innych osób. Można sobie wyobrazić, co ci ludzie przeżyli. Chciałbym się również wypowiedzieć odnośnie procedur, które były w tym przypadku stosowane. Pan dr Piotr Kołodziej napisał w raporcie, że istnieje plan gotowości zwalczania BSE. Z tego co wiem, to ten plan został wprowadzony jeszcze przez pana Andrzeja Komorowskiego. Od tego momentu wiele się zmieniło, również w sensie prawnym. Czy Główny Lekarz Weterynarii posiada nowy plan gotowości zwalczania BSE? Czy taki plan został przekazany powiatowym lekarzom weterynarii? Z moich informacji wynika, że w powiatach nadal używany jest stary plan gotowości. Ten dokument powinien być aktualizowany na bieżąco. W raporcie, w punkcie oznaczonym datą 7 13 maja 2002 r. czytamy: "w związku z koniecznością wyeliminowania wątpliwości, podjęcie przez prokuratora decyzji o przeprowadzeniu badań genetycznych, które pozwoliłyby na ustalenie gospodarstwa, z którego pochodziło zwierzę,". To nie jest prawda. Należy tutaj napisać, kto przyczynił się do tego, że badania DNA zostały przeprowadzone i dzięki temu udało się wskazać właściwe gospodarstwo. Oczywiście te wszystkie wydarzenia wpłynęły na sytuację na rynku mięsa. Chciałbym zapytać przedstawiciela rządu, czy zaplanowano już interwencję. Jeśli zareagujemy szybko, to być może nie trzeba będzie prowadzić szeroko zakrojonej akcji skupu. Im dłużej będziemy czekali, tym większą ilość mięsa trzeba będzie kupić i tym więcej to będzie kosztowało. Moim zdaniem dostarczony Komisji raport jest niepełny. Brakuje tutaj informacji związanych z systemem wykrywania BSE w Polsce. Proponuję, aby Główny Lekarz Weterynarii uzupełnił raport i przedstawił go na następnym posiedzeniu Komisji. W Unii Europejskiej istnieje Biała Księga bezpieczeństwa żywności. W jaki sposób w Polsce tworzy się strategię bezpieczeństwa żywności? Kto jest za to odpowiedzialny? Na jakim etapie są prace nad tym dokumentem?

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Musimy przerwać dyskusję. Dokończymy omawianie tego tematu po głosowaniach w Sejmie. Ogłaszam przerwę.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wznawiam posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Wracamy do dyskusji nad informacją o zagrożeniu BSE stad bydła w Polsce oraz środkach zapobiegawczych tej chorobie.

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Główny Lekarz Weterynarii Kraju pan dr Piotr Kołodziej 4 maja 2002 r. na konferencji prasowej w Krakowie poinformował, że pierwszy polski przypadek BSE będzie zbadany przez uznane laboratorium diagnostyczne w Niemczech lub w Wielkiej Brytanii. Tymczasem w raporcie mówi się o tym, że w uzgodnieniu z dyrektorem Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach podjęto decyzję o przeprowadzeniu badań odwoławczych w Referencyjnym Laboratorium BSE. W innych krajach, w Czechach, Słowacji i Finlandii pierwsze przypadki BSE były badane w renomowanych laboratoriach diagnostycznych w Niemczech lub w Wielkiej Brytanii. Uważam, że w takiej sytuacji za słowa trzeba odpowiadać. Czy zatem materiał badawczy został wysłany do takiego zagranicznego laboratorium? Jeśli chodzi o aktualny plan gotowości zwalczania BSE, to również mam pewne zastrzeżenia. Prawo przewiduje konieczność aktualizacji planów gotowości zwalczania chorób zakaźnych zwierząt, w tym BSE. Poprzedni plan gotowości zakładał, że będzie się badało krowy powyżej 24 miesiąca życia. Natomiast w tej chwili bada się krowy, które mają powyżej 30 miesięcy. Zmieniono także test wykorzystywany do diagnostyki BSE. Zamiast testu "Prionix" stosuje się test "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad. Mam także kilka uwag dotyczących działań Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Zgodnie z zapisami ustawy dotyczącej zwalczania chorób zakaźnych zwierząt minister właściwy do spraw rolnictwa powinien wydać rozporządzenia w sprawie postępowania przy zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt. Termin wydania tych aktów prawnych upłynął 1 stycznia 2002 r. Czy te rozporządzenia zostały wydane? Czy na ich podstawie zwalczano BSE w Polsce? W informacji jest napisane, że w Polsce zwalczano BSE w oparciu o przepisy Unii Europejskiej. Czy w Polsce obowiązuje już prawo Unii Europejskiej w tym zakresie? Jakie były podstawy prawne do zmian dokonanych w obowiązującym planie gotowości? W związku z licznymi uchybieniami, które miały miejsce w tej sprawie, uważam, że Komisja powinna wystosować dezyderat. Zasadne byłoby także zlecenie przeprowadzenia kontroli w tym zakresie przez Najwyższą Izbę Kontroli. Sytuacja jest naprawdę poważna.

Poseł Marian Curyło /Samoobrona/ : Niedawno otrzymałem od starosty powiatu tarnowskiego pana Michała Wojtkiewicza kalendarium zdarzeń. Byłoby dobrze, gdyby Główny Lekarz Weterynarii uzupełnił swój raport o pewne spostrzeżenia zawarte w tym materiale. Proponowałem zresztą, aby zaprosić na dzisiejsze posiedzenie pana Michała Wojtkiewicza. Czy podano do publicznej wiadomości, że świadectwo pochodzenia tej krowy zostało sfałszowane? Czy powiat otrzyma zwrot kosztów poniesionych w związku z koniecznością wykonania badań DNA?

Poseł Edward Brzostowski /SLD/ : Myślę, że każde państwo europejskie robi wszystko, aby ta choroba została wyeliminowana. To jest główny cel podejmowanych działań. Jednocześnie trzeba mieć na względzie ochronę polskiego rolnika i konsumenta. Z wypowiedzi pana posła Aleksandra Grada wynika, że opozycja chce ten problem upolitycznić i ogłosić całemu światu, jakim wielkim zagrożeniem jest BSE w Polsce. Chcecie panowie tej sprawie nadać jeszcze większy rozgłos. W ten sposób tworzy się pewien klimat. Wiemy, jaki w Polsce funkcjonuje system ewidencji. On nie jest doskonały. Jednak w tym roku zostanie wprowadzony nowy system, który powinien całkowicie wyeliminować wszelkie możliwości dokonywania fałszerstw w dokumentacji zwierząt. Chciałbym powiedzieć, że informacja przedstawiona przez Głównego Lekarza Weterynarii jest dla mnie wystarczająca. Nie rozumiem, czego posłowie oczekiwali od tego raportu. W takim materiale nie można było uwzględnić wszystkich informacji. Moi przedmówcy, zarzucają panu dr. Piotrowi Kołodziejowi, że nie uwzględnił w informacji pewnych kwestii. Czasami trudno jest przewidzieć, jakich informacji potrzebują posłowie. Chciałbym również zapytać, czy plan gotowości zwalczania BSE był w tym przypadku realizowany? Jak już powiedziałem, moim zdaniem Komisja powinna przyjąć informację przedstawioną przez Głównego Lekarza Weterynarii. Jeśli istnieje taka potrzeba, należy uzupełnić ten materiał o kwestie, które zostaną poruszone w pytaniach członków Komisji. Apeluję do państwa, aby nie nagłaśniać jeszcze bardziej tego problemu, ponieważ to przyniesie szkodę całemu polskiemu rolnictwu, konsumentom i krajowi. Być może moje informacje nie są ścisłe, ale wiem, że starosta tarnowski nie zapłacił za badania genetyczne wykonane na jego zlecenie. Jeśli starosta zlecił przeprowadzenie tych badań, to jakimi kierował się przesłankami? Czy ta decyzja była podejmowana w oparciu o kryteria merytoryczne czy polityczne? Ponadto jeśli ktoś zleca przeprowadzenie badania, to musi za to badanie zapłacić. Sprawa jest oczywista. Powinniśmy zrobić wszystko, aby ta choroba się nie rozprzestrzeniała. Powinniśmy pokazać, że podejmujemy działania, aby ochronić interesy rolników, polskich konsumentów i polskiej gospodarki.

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Chciałbym się ustosunkować do wypowiedzi pana posła Edwarda Brzostowskiego. Pan poseł stawia nam zarzuty. Prawda jest taka, że ta informacja jest bardzo bełkotliwa, podobnie jak niezorganizowane było działanie stosownych służb. Działo się tak dlatego, że nie ma odpowiednich podstaw prawnych. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie przygotowało rozporządzeń, a Główny Lekarz Weterynarii nie przygotował planu gotowości zwalczania BSE w Polsce. Nie ma zatem podstaw prawnych. To są zobowiązania ustawowe. Ustawa z 25 lipca 2001 r. o zawodzie lekarza weterynarii i izbach lekarsko-weterynaryjnych zobowiązuje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi do wydania rozporządzeń w tej sprawie, a Głównego Lekarza Weterynarii do sporządzenia planu gotowości. Te czynności nie zostały wykonane. Zamiast tego przedstawia nam się bardzo ogólne informacje, które w sposób wymijający opisują całe to wydarzenie. Dlatego wnoszę, aby tym problemem zajęła się Najwyższa Izba Kontroli. To nie media wywołały tę sprawę. Ona została nagłośniona, ponieważ wymienione przeze mnie instytucje zaniedbały swoje obowiązki.

Poseł Aleksander Grad /PO/ : Chciałbym się ustosunkować do wypowiedzi pana posła Edwarda Brzostowskiego. Nikt nie chce nagłaśniać tej sprawy. Dyskutujemy właśnie po to, aby w przyszłości uniknąć tych błędów i żeby media nie podawały niesprawdzonych wcześniej informacji. W przyszłości nie wolno podawać do publicznej wiadomości nawet nazwy miejscowości, jeżeli nie ma pewności, skąd pochodzi krowa. To właśnie nieprawdziwe i niesprawdzone informacje podawane przez prasę wywołały to zamieszanie. Nie rozumiem natomiast, dlaczego zlecenie przeprowadzenia badań genetycznych odczytuje pan jako działanie polityczne. Uważam, że tego rodzaju zarzut jest niepoważny. Wyniki tych badań pozwoliły ustalić miejsce pochodzenia zarażonej krowy. Czy to była decyzja polityczna? Lepiej było pozostać przy fałszywych informacjach? Być może była taka potrzeba polityczna, żeby pokazać, że problem został szybko rozwiązany. Niestety okazało się, że problem nie został szybko rozwiązany i dobrze że zlecono przeprowadzenie badań. Rzeczywiście starosta tarnowski jeszcze nie zapłacił za badania genetyczne. W tej chwili w budżecie nie ma na to pieniędzy. Uważam, że te koszty powinien pokryć Główny Lekarz Weterynarii.

Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Myślę, że w całej tej sprawie są dużo poważniejsze problemy niż te, które przedstawił pan poseł Edward Brzostowski. Nie możemy zwalczać tej choroby, ponieważ nie są znane jej przyczyny. Nie znamy również zakresu tej choroby. Bydło może być badane tylko po uboju. Dopiero wtedy można stwierdzić, czy dana sztuka była zarażona. W Unii Europejskiej udało się ograniczyć panikę konsumentów poprzez pokazanie, że funkcjonuje sprawny system identyfikacji i rejestracji zwierząt. Konsument ma gwarancje, że spożywa bezpieczne mięso. Myślę, że naprawdę istotne jest w tej chwili sporządzenie takiego planu gotowości i przyjęcie takiej strategii, aby przekonać polskich konsumentów, że polska wołowina jest zdrowa. Moim zdaniem Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi po raz kolejny popełniło błąd. Pierwszym w tym roku błędem było nie wprowadzenie dopłat do mleka od 1 stycznia 2002 r. Drugim błędem było zniesienie obowiązku badania bydła o wieku powyżej 24 miesięcy. To co się wydarzyło po wykryciu przypadku BSE w Polsce, kiedy nie można było ustalić, skąd naprawdę ta sztuka bydła pochodziła, pokazuje jak słaby jest system identyfikacji i rejestracji zwierząt funkcjonujący dzisiaj w Polsce. Poprzedni rząd zdecydował, że będą badane wszystkie sztuki bydła, które miały więcej niż 24 miesiące życia. Zdecydowano tak dlatego, że mieliśmy świadomość, że system ewidencji zwierząt w Polsce nie działa, a wiek 24 miesięcy jest takim okresem, w którym można rzeczywiście ustalić, w jakim wieku jest badana sztuka. Wiek 30 miesięcy jest dużo trudniejszy do określenia. Rolnik może stwierdzić, że badana krowa ma 28 miesięcy, a tak naprawdę ona może mieć 36 miesięcy lub więcej. Dlatego odejście od systemu badania sztuk bydła mającego więcej niż 24 miesiące życia nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa żywności w kraju. Uważam, że ta decyzja była błędna. Dlaczego podjęto decyzję o przesunięciu wieku badanych zwierząt do 30 miesiąca? Dlaczego odstąpiono od planu gotowości, który został przyjęty przez poprzedni rząd? Ten plan zakładał zresztą, że po stwierdzeniu pierwszego przypadku BSE w Polsce, wszystkie ubijane sztuki bydła będą badane pod względem BSE po to, aby zapewnić sprzedaż wołowiny w kraju i na rynkach zewnętrznych. Ten plan gotowości został odrzucony. Nie przygotowano w zamian innego planu. Moim zdaniem przedstawiona dzisiaj informacja, nie jest pełna i nie powinniśmy jej przyjąć. Pan dr Piotr Kołodziej stwierdza, że być może będzie więcej przypadków BSE w Polsce i że nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić. Wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, ale tym bardziej musimy otrzymać informację w jaki sposób rząd, Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Główny Lekarz Weterynarii zamierzają utrzymać rynek wołowiny w Polsce. Jakie zostaną podjęte działania, aby przekonać konsumentów, aby kupowali polską wołowinę? W materiale, który otrzymaliśmy, nie ma o tym w ogóle mowy. W związku z tym składam wniosek o nie przyjęcie tej informacji. Należy przygotować plan działań w celu utrzymania produkcji rynku wołowiny w Polsce, ponieważ jest to jeden z ważniejszych rynków w perspektywie przystąpienia naszego kraju do Unii Europejskiej.

Poseł Ryszard Stanibuła /PSL/ : Z zainteresowaniem przysłuchuję się dzisiejszej dyskusji i muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Nagle okazuje się, że za pojawienie się w Polsce BSE odpowiedzialne są służby weterynaryjne. Chciałbym przypomnieć, że w Sejmie poprzedniej kadencji, kiedy pan poseł Zbigniew Chrzanowski był wiceministrem rolnictwa i rozwoju wsi, występowałem o identyfikację zwierząt. Dlaczego wtedy te programy nie zostały zrealizowane? Chodzi przecież o to, aby wszystkie sztuki bydła mogły być zidentyfikowane, żeby służby weterynaryjne były dobrze zorganizowane. Jeśli te służby mają być dobrze zorganizowane, to musi zostać przywrócona pionowa struktura administracyjna tak jak w Unii Europejskiej. Kompetencje w tym zakresie nie powinny być rozciągane na samorządy terytorialne. W związku z tym mam pytanie do Głównego Lekarza Weterynarii. Czy przywrócenie pionowych struktur służb weterynaryjnych nie poprawiłoby obecnej sytuacji? Zwalczanie chorób zakaźnych nie kończy się na BSE. Są jeszcze inne choroby zakaźne. Czy wystarcza na to środków? Czy Inspekcja Weterynaryjna jest w stanie podołać wszystkim obowiązkom? Opowiadam się za przyjęciem informacji przedstawionej przez Głównego Lekarza Weterynarii. To nie przeszkadza w tym, aby został przygotowany plan działań w celu utrzymania produkcji rynku wołowiny w Polsce, o którym mówił pan poseł Zbigniew Chrzanowski. Możemy także wystosować dezyderat, w którym zwrócimy rządowi uwagę na konieczność dofinansowania Inspekcji Weterynaryjnej oraz wskażemy na potrzebę zmiany struktur administracyjnych i kompetencji służb weterynaryjnych.

Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Chciałbym zapytać, czy ponad wszelką wątpliwość można dzisiaj zidentyfikować miejsce pochodzenia zarażonej krowy? Czy badania genetyczne dają pewność, że to było właśnie to gospodarstwo? Wiemy, że sfałszowano dokumenty. Czy istnieje możliwość, że dzięki tym sfałszowanym dokumentom krowa trafiła do Polski z zagranicy? Chciałbym mieć absolutną pewność w tym względzie. Wiadomo, że konkurencja na rynku mięsa jest duża i producenci mogą próbować wszelkich sposobów zdobycia tego rynku. Bardzo niepokojąca jest obecna sytuacja na rynku mięsa wołowego w Polsce. Wydawało się, że rynek się stabilizuje. Teraz jest tak źle, jak w przypadku innych rynków rolnych. Oczywiście należy wprowadzić szczelny system identyfikacji zwierząt, jednak w tej sytuacji Agencja Rynku Rolnego musi podjąć określone działania, aby zapobiec dalszemu spadkowi cen. W telewizji widziałem wywiad z lekarzem, który zapytany o to, czy wobec wykrycia przypadku BSE w Polsce je wołowinę. Odpowiedział, że nie je. To była porażająca antyreklama mięsa wołowego. W Unii Europejskiej wszyscy politycy mówią publicznie, że nie ma żadnego zagrożenia i że sami jedzą wołowinę. Uważam, że taka wypowiedź była niedopuszczalna. Można było uniknąć odpowiedzi na to pytanie. Czy jesteśmy pewni, że ta krowa pochodziła z polskiego gospodarstwa? Czy ona nie została przemycona przez granicę? Pewne wątpliwości się nasuwają. Z przedstawionego nam materiału wynika, że zainfekowana krowa miała 9 lat oraz że w trakcie swego życia nie wykazywała żadnych objawów nerwowych. Wydaje mi się, że w takim małym gospodarstwie nie żywi się zwierząt mączką kostną.

Poseł Stanisław Stec /SLD/ : Pan poseł Zbigniew Chrzanowski wspominał o systemie ewidencji zwierząt. Chciałbym przypomnieć, że za pana rządów Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa najbardziej zaniedbała ten problem. Nieprawidłowości przy wprowadzaniu programu pilotażowego związanego z systemem IACS spowodowały, że prawdopodobnie będziemy musieli zwrócić Unii Europejskiej 3 mln euro. Niemniej jednak uważam, że problem systemu ewidencji zwierząt istnieje i dlatego proponuję, aby Komisja na jednym z lipcowych posiedzeń otrzymała informację dotyczącą wdrażania systemu IACS w Polsce. Myślę, że tę informację powinniśmy otrzymać od przedstawicieli Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Wrzesień jest coraz bliżej i nie wolno dopuścić, aby powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce w przypadku komputeryzacji ZUS. Mam jeszcze pytanie do Głównego Lekarza Weterynarii dra Piotra Kołodzieja. Poinformowano mnie, że są kłopoty z utworzeniem laboratoriów weterynaryjnych na granicach Polski. Podobno Unia Europejska proponowała wsparcie w wysokości 4,5 mln euro, ale służby weterynaryjne oraz samorządy nie były przygotowane do skorzystania z tej pomocy, ponieważ nie potrafiły wskazać lokalizacji tych obiektów. Bardzo proszę o informację na ten temat. Jeżeli to jest prawda, to mieliśmy do czynienia z poważnym zaniedbaniem. Jak jest naprawdę z przemytem bydła ze Słowacji? Podobno niektórzy rolnicy przez południową granicę przemycają krowy do Polski. Czy służby weterynaryjne panują nad sytuacją? Jeśli chodzi o rynek mięsa wołowego, to rzeczywiście po tym szumie informacyjnym, który miał miejsce w prasie i w telewizji, część społeczeństwa przestała kupować wołowinę. Wydaje się, że Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Agencja Rynku Rolnego, ale także Inspekcja Weterynaryjna powinny podjąć działania, aby odwrócić te tendencje. Być może należy pomóc hodowcom zorganizować targi żywca wołowego. Lekarze weterynarii powinni oświadczyć, że zrobią wszystko, aby ludzie mogli to mięso bezpiecznie spożywać. Tu potrzeba trochę więcej aktywności ze strony władz. W sprawie retorsji w handlu zagranicznym chciałbym powiedzieć, że zaskakujące dla mnie było to, że nasi partnerzy strategiczny Litwa i Ukraina, pierwsi ogłosili zamknięcie granic dla polskiego mięsa wołowego. Przecież przyjaciół poznaje się w biedzie.

Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : To dobrze, że pan poseł Stanisław Stec wyraził na koniec opinię, że władze są za mało aktywne jeśli chodzi o ratowanie rynku wołowiny. Jeśli chodzi o system ewidencji zwierząt, to kiedy byłem wiceministrem rolnictwa i rozwoju wsi na niepowodzeniu programów pilotażowych zaważyła pryszczyca. W kwestii systemu IACS prowadziliśmy już dyskusję na posiedzeniach Komisji i myślę, że jeszcze do tego wrócimy. Historia pokaże, czy system powstanie w odpowiednim czasie i czy decyzje podjęte w ostatnim okresie były właściwe.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Zgadzam się z panem posłem Stanisławem Stecem, że Komisja powinna otrzymywać na każdym posiedzeniu krótką informację o pracach nad wdrożeniem systemu IACS.

Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Pan poseł Zbigniew Chrzanowski powiedział, że obecny rząd popełnił już dwa błędy.

Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Rząd popełnił znacznie więcej błędów.

Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Niemniej jednak wymienił pan tylko dwa. Pierwszy błąd, to zdaniem pana posła, nie wprowadzenie dopłat do mleka od 1 stycznia 2002 r. Rzeczywiście dopłaty powinny być uruchomione z dniem 1 stycznia, ale pragnę państwu przypomnieć, że poprzedni Sejm mógł zdecydować o tym, że rolnicy otrzymają pieniądze już od 1 października 2001 r. Dosyć znamienne jest także to, że poprzedni Sejm przyjmował ustawy, których skutki finansowe miały być odczuwane dopiero 1 stycznia 2002 r. Niektóre z tych ustaw przyjmowaliśmy wspólnie. Przed chwilą dostarczono nam projekt dezyderatu w sprawie BSE. Chciałbym zwrócić państwa uwagę na drugi akapit tego tekstu: "Z uwagi na to, iż dzisiaj nie istnieje całościowy plan gotowości zwalczania BSE domagamy się w trybie natychmiastowym poinformowania Komisji o działaniach rządu w tym zakresie". Przypominam, że ogniska BSE na świecie już wygasają. Problem był znacznie poważniejszy przynajmniej dwa lata temu. Jeśli miał istnieć jakiś plan gotowości, to powinien być opracowany przez poprzednią ekipę rządową. Jeśli plan gotowości był opracowany, to nie trzeba mówić, że go nie ma.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : W tym momencie muszę przerwać. Od poprzedniego posiedzenia Komisji obserwuję niepokojące zjawisko. Zaczynacie państwo walkę polityczną, a w rolnictwie dzieje się coraz gorzej. W tym obszarze wszyscy ponosimy klęskę. Bardzo proszę o merytoryczne wypowiedzi. Ani poprzednia ekipa ani obecna nie może pochwalić się sukcesami w tej dziedzinie.

Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Wracam do zadawania pytań. Czy z zarażonej krowy zostały ponownie pobrane próbki i czy zostały one zabezpieczone? Czy można te próbki przechowywać, a jeśli tak, to jak długo? Kiedy przeprowadzi się badania, aby stwierdzić, czy nie popełniono błędów w tych dwóch laboratoriach? Chciałbym powiedzieć, że dosyć dziwne jest to, że trzy dni po wykryciu w Polsce przypadku BSE ogłasza się, że dwie młode dziewczyny znalazły się w szpitalu z podejrzeniem choroby Creutzfeldta-Jakoba. Ktoś świadomie podsyca niezdrową atmosferę wokół tego problemu, aby zdyskredytować Polskę w handlu zagranicznym.

Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Wiemy, jak istotny jest rozpatrywany dzisiaj problem. Widać to zresztą po toczącej się dyskusji. Dziękuję panu posłowi Wojciechowi Mojzesowiczowi, że ukrócił te polityczne spory. Chciałbym przypomnieć, że problemem BSE zaczęto się w Polsce zajmować wtedy, gdy pojawił się on na zachodzie Europy i kiedy stanowił poważne zagrożenie. Wtedy powołano specjalną Komisję, stworzono odpowiednie procedury działań i podjęto decyzje o powstaniu laboratoriów. W związku z tym mam pytanie do pana dra Piotra Kołodzieja. Czy w poprzednim okresie istniały rozporządzenia w sprawie postępowania przy zwalczaniu chorób zakaźnych? Czy te rozporządzenia są dzisiaj nieaktualne i trzeba przyjąć nowe? Chciałbym także zapytać pana przewodniczącego Wojciecha Mojzesowicza, czy treść projektu dezyderatu, który przed chwilą otrzymaliśmy, jest zgodna z regulaminem Sejmu?

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Chciałbym się odnieść do wypowiedzi pana posła Czesława Cieślaka. Pan poseł Czesław Cieślak stwierdził, że dezyderat jest nieaktualny, ponieważ na świecie wygasają ogniska BSE. Tymczasem dla mnie istotny jest stan prawny. Prawo nakazuje aktualizację planu gotowości zwalczania chorób zakaźnych. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Aktualny plan gotowości zwalczania chorób zakaźnych zawsze musi być. To jest obowiązek i tego nie możemy unikać. Chciałbym powiedzieć, że projekt dezyderatu został przygotowany przeze mnie, a jego współautorem jest pan poseł Szymon Giżyński.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wydaje mi się, że państwo nie słuchaliście tego, co się tutaj mówi. Pan poseł Edward Brzostowski miał rację stwierdzając, że wokół tej sprawy niepotrzebnie rozpętano akcję medialną. Mieli rację również posłowie opozycji stwierdzając, że służby weterynaryjne wykazały w tej sprawie nieumiejętność działania. Jeśli chcemy sprzedawać wołowinę za granicą, to musimy wytworzyć dobrą atmosferę. Nie można jednak fałszywie twierdzić, że wszystko jest w porządku, ponieważ łatwo się da wykazać, że w działaniach służb weterynaryjnych panował wielki bałagan. W kwestii dezyderatu chciałbym zaproponować, aby Komisja rozpatrzyła jego treść na posiedzeniu 4 czerwca 2002 r.

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Uważam, że Komisja powinna dzisiaj przyjąć ten dezyderat. Powinniśmy także odrzucić informację przedstawioną przez Głównego Lekarza Weterynarii.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Nie możemy łączyć tych dwóch spraw. Pan dr Piotr Kołodziej odpowie jeszcze na państwa pytania i wtedy zdecydujemy o tym, czy możemy przyjąć jego informację. Dezyderat jest zupełnie odrębną kwestią.

Poseł Aleksander Grad /PO/ : Uważam, że Komisja powinna przyjąć dezyderat w sprawie BSE na dzisiejszym posiedzeniu. Proponuję, aby uzupełnić jego treść o następujący zapis: "W związku z dużym spadkiem cen żywca wołowego, Komisja domaga się pilnej interwencji na rynku".

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Te kwestie zostaną rozstrzygnięte w głosowaniu. Interwencja jest potrzebna, ale to nie jest jedyny problem. Dzisiaj za kilogram żywca wieprzowego płaci się tylko 3 zł. Agencja Rynku Rolnego nie ma środków na interwencję na tym rynku. Być może ci, którzy znaleźli pieniądze na dopłaty do mleka, rozwiążą również ten problem. Proszę pana dra Piotra Kołodzieja o udzielenie odpowiedzi na zadane pytania.

Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej : Chciałbym odpowiedzieć na pytania. Pan poseł Aleksander Grad zarzuca Inspekcji Weterynaryjnej niewłaściwe działanie. Moim zdaniem wszystkie procedury zostały wykonane prawidłowo zgodnie z planem gotowości zwalczania chorób zakaźnych. Zwierzę trafiło do rzeźni z pełną dokumentacją. Krowa była zakolczykowana i miała świadectwo miejsca pochodzenia, w związku z tym została dopuszczona do uboju. W momencie kiedy okazało się, że wynik testu jest dodatni, rozpoczęto poszukiwania i znaleziono miejsce w Rzepienniku Strzyżewskim. To nie było prawdziwe miejsce pochodzenia tego zwierzęcia, ponieważ sfałszowano dokumenty. Jeśli ktoś fałszuje dokumenty, to Inspekcja Weterynaryjna nie ma prawa prowadzić dochodzenia, wchodzić do gospodarstw i przesłuchiwać ludzi - to należy do policji. A zatem sprawa została przekazana prokuraturze i policji, a służby weterynaryjne tylko towarzyszyły w tych działaniach. Pan poseł Aleksander Grad zarzuca nam, że podaliśmy do wiadomości nazwę miejscowości, z której pochodziła zarażona krowa. Tę informację podaliśmy na samym początku sprawy i to była informacja prawdziwa. W kręgu zainteresowania prokuratury, policji i służb weterynaryjnych było pięć gospodarstw, które wprowadzały zwierzęta do obrotu niezgodnie z obowiązującym w Polsce przepisami. Ci ludzie też złamali prawo. Pan poseł Antoni Mężydło pytał o zaktualizowany plan gotowości. Sytuacja prawna niewiele się zmieniła. W poprzedniej ustawie dotyczącej zwalczania chorób zakaźnych zwierząt, BSE było wymienione wśród 61 jednostek chorobowych poddanych zgłaszaniu i zwalczaniu. W tej chwili w załączniku nr 1 do tej ustawy są wymienione jednostki chorobowe podlegające zgłaszaniu i zwalczaniu, a w załączniku nr 2 wymienia się takie jednostki, które podlegają rejestracji. W związku z tym do poprzedniej ustawy również powinny być przygotowane plany gotowości i takie plany powstały. Jest przygotowany plan gotowości zwalczania BSE, plan gotowości zwalczania pryszczycy, pomoru świń i plany gotowości dotyczące kilku innych chorób. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że zwalczanie pryszczycy i zwalczanie BSE, to są dwie różne sprawy. Pryszczyca i pomór, to są choroby, które szybko się rozprzestrzeniają. Działanie w takich przypadkach jest zupełnie inne niż w przypadku BSE. Plan gotowości zwalczania BSE był przygotowany. Jestem jednym z autorów tego planu, który został zaakceptowany przez pana dra Andrzeja Komorowskiego. Swoją drogą macie państwo rację, że ten plan wymaga weryfikacji, ponieważ to jest swojego rodzaju książka adresowa a nie plan postępowania na okoliczność wykrycia BSE. Zwracałem na to uwagę już przy tworzeniu planu w ubiegłym roku. Obecnie plan jest weryfikowany. Uwzględniane są doświadczenia europejskie i polskie w zwalczaniu BSE. Niemniej jednak obecnie funkcjonujący plan gotowości jest przedstawiany Unii Europejskiej, ponieważ takie są wymagania. Zgadzam się z opinią, że należy ten plan uaktualnić. Pan poseł Antoni Mężydło pytał także, czy badania próbek zostały potwierdzone w Laboratorium Referencyjnym.

Badanie wykonano dwukrotnie szybkim testem "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad w Regionalnej Pracowni szybkiej diagnostyki BSE w ZHW w Krakowie. Laboratorium Referencyjnym, czyli laboratorium odwoławczym, które weryfikuje wyniki badań innych laboratoriów, jest Państwowy Instytut Weterynarii w Puławach. W Puławach wykonano badania przy pomocy testu "Prionix", który jest czulszy oraz przy pomocy dwóch testów odwoławczych "Westernblott" i metodą immunohistochemii. Wyniki badań były jednoznaczne i zdaniem specjalistów nie trzeba było wykonywać innych testów w laboratoriach zagranicznych. Jeśli chodzi o zmianę rodzaju testu, to przedtem cały czas był używany test "Prionix". W czerwcu zeszłego roku nieoczekiwanie przesłano do wszystkich laboratoriów test "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad. To była bardzo kłopotliwa sytuacja dla niektórych laboratoriów, ponieważ zgodnie z poprzednimi zaleceniami Głównego Lekarza Weterynarii, zakupiono sprzęt do przeprowadzania badań przy użyciu testu "Prionix". Prawdopodobnie istnieją stenogramy rozmów prowadzonych przez Radę Epizootyczną z Głównym Lekarzem Weterynarii. Byłem członkiem tego ciała doradczego i wtedy mówiłem, że w Europie dopuszczalne są trzy testy: "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad, "Prionix" oraz "Enfer". Dwa z nich są stosowane również w Polsce. A zatem nie rozumiem, dlaczego nastąpiła zmiana testu, ale to nie ma większego znaczenia. Test " Prionix" jest stosowany w Państwowym Instytucie Weterynarii w Puławach jako test bardziej czuły. Pozostałe cztery laboratoria stosują test "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad i z punktu widzenia bezpieczeństwa, te wyniki są pewne. BSE jest chorobą zwalczaną z urzędu. W związku z tym każde podejrzenie tej choroby musi zostać zgłoszone do Inspekcji Weterynaryjnej. Po uzyskaniu dodatniego wyniku testu, tusza jest likwidowana. Te działania wykonuje się na koszt państwa. Pan poseł Marian Curyło pytał, czy starosta tarnowski zapłaci za badania genetyczne. Za te badania zapłaciła już Inspekcja Weterynaryjna. Wydaje mi się, że to nie jest najważniejsze. Istotne jest to, abyśmy mieli pewność, że wynik tego badania był pewny. W ten sposób odzyskamy wiarygodność w oczach opinii publicznej i naszych partnerów z Europy Zachodniej. Chociaż w tej chwili powinniśmy być bardziej zainteresowani rynkiem wschodnim. Jak już powiedziałem, plan gotowości zwalczania BSE został przygotowany przez poprzednią ekipą rządzącą. On wymaga pewnej weryfikacji, ale istnieje. Nie mówmy, że takiego planu nie ma, ponieważ wtedy stajemy się niewiarygodni. Plan gotowości istnieje, ale wymaga weryfikacji ze względu na zmianę strategii. Pan poseł Zbigniew Chrzanowski poruszył problem systemu identyfikacji zwierząt. Od 1997 roku zajmuję się tą tematyką. Byliśmy bardzo zaawansowani jeśli chodzi o pracę nad wyborem programu. Konkurs wygrały programy z Danii i Saksonii. W Polsce zostanie prawdopodobnie przyjęty program saksoński. Być może należało wprowadzić ten program wcześniej, ponieważ są pewne kłopoty z identyfikacją zwierząt. To jest przecież podstawowy element obrotu zwierzętami. Musimy wprowadzić sprawny system identyfikacji zwierząt.

To jest bardzo ważna sprawa. Pan poseł wspomniał również o ograniczaniu paniki. Po to przekazywano wszystkie informacje na bieżąco, aby społeczeństwo wiedziało, co się dzieje, aby nie było niedomówień. Brak informacji wywołuje strach i wtedy powstaje panika. W Polsce nie było takiej paniki, jaka wystąpiła na przykład w Niemczech po wykryciu pierwszego przypadku BSE. Oczywiście nastąpił spadek spożycia wołowiny, ale to ograniczenie nie było tak drastyczne jak w innych krajach. Po to między innymi były organizowane konferencje prasowe. Jeśli chodzi o granicę wieku badanego zwierzęcia, to granica 24 miesięcy nie jest uzasadniona z ekonomicznego i prawnego punktu widzenia. Taką granicę wieku jednak przyjęto i dzięki temu możemy teraz mówić, że Polska wprowadziła jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy niż te, które obowiązywały w krajach Unii Europejskiej, gdzie badano bydło powyżej 30 miesiąca życia. Granicę wieku 24 miesiące stosują Dania i Niemcy. Z dokumentów eksportowych wynika, że każdy kraj wymaga badań zwierząt powyżej 30 miesiąca życia. Proszę wziąć pod uwagę fakt, że badania w kierunku BSE będą nas kosztowały 50 mln złotych lub więcej. Jeśli zastosowalibyśmy kryterium 24 miesięcy, to potrzeba by było 100 mln zł. Ponadto chciałbym powiedzieć, że łatwiej jest sprawdzić, że bydło ma 30 miesięcy niż 23 miesiące. Jeśli chodzi o rynek wołowiny, to Inspekcja Weterynaryjna nie zajmuje się tą problematyką. My wykonujemy zupełnie inne zadania. Oczywiście będziemy wspierali Agencję Rynku Rolnego i przekonywali opinię publiczną, że polska wołowina jest bezpieczna. Prowadzimy już rozmowy ze służbami weterynaryjnymi Ukrainy, Białorusi i Rosji, aby możliwe było wyeksportowanie zapasów wołowiny. Pan poseł Ryszard Stanibuła pytał, czy pionizacja struktur służb weterynaryjnych pomogłaby w naszej pracy. Moim zdaniem tak. Jeśli Inspekcja Weterynaryjna stwierdzi jakieś nieprawidłowości, to powiatowy lekarz weterynarii jest praktycznie poza naszym zasięgiem. On w kwestii podległości służbowej, jest zawieszony pomiędzy starostą a wojewódzkim lekarzem weterynarii. Dlatego uważam, że struktury służb weterynaryjnych powinny być pionowe. W ten sposób będzie zachowany łańcuch decyzyjny i będzie można skierować inspekcję. To jest rodzaj służb policyjnych i decyzje Inspekcji muszą być wykonywane. Pan poseł Ryszard Stanibuła pytał również, czy dysponujemy odpowiednią ilością środków na wykonywanie powierzonych ma zadań. Pieniędzy oczywiście mamy za mało. W tej chwili, aby zamknąć budżet związany ze zwalczaniem chorób zakaźnych, potrzebuję 20 mln zł. Dobrze, że przypadek BSE wykryto w małym stadzie. Przyjmijmy, że taki przypadek wystąpił w stadzie, w którym jest 400 sztuk. Musielibyśmy zlikwidować 400 sztuk bydła i wypłacić odszkodowanie. Byłyby potrzebne ogromne środki, których nie mamy. Mam nadzieję, że nic takiego nam się nie przytrafi. Ponadto chciałbym powiedzieć, że bardziej obawiam się pryszczycy niż BSE. W Korei panuje pryszczyca, a tam właśnie zaczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Trzeba podjąć pewne działania profilaktyczne. To jest w tej chwili dużo groźniejsza sprawa niż jeden przypadek BSE. Pan poseł Stanisław Kalemba pytał, czy mamy pewność, że prawidłowo ustalono miejsce pochodzenia zarażonego zwierzęcia.

Nic w życiu nie jest pewne. Ustalono miejsce pochodzenia na podstawie dokumentów i badań genetycznych. Wyniki badań genetycznych w Instytucie Zootechniki w Balicach potwierdziły jednoznacznie, że zwierzę pochodzi z Polski. Znaleźliśmy nawet matkę tego zwierzęcia, która ma 12 lat. Dzięki temu można było ustalić, że to jest polska krowa. Chciałbym obalić tutaj pewien mit. Przestańmy mówić o tym, że w Polsce nie były stosowane mączki kostne w żywieniu bydła. Nie byłbym nawet pewien, czy one nie są obecnie stosowane. Nie ma w Polsce zakładów produkujących paszę oddzielnie dla bydła i dla świń. W przypadku bydła nie wolno stosować mączek kostnych z przetworzonego białka zwierzęcego. Jeśli chodzi o świnie i drób, wolno stosować mączki kostne. Proszę sobie wyobrazić, że w zakładzie produkującym pasze jest jedna linia produkcyjna. Oni na przykład do godziny 12.00 produkują paszę dla trzody chlewnej, ale od tej godziny będą produkować paszę dla bydła. Jaka jest gwarancja, że z tej linii produkcyjnej do paszy dla bydła nie dostaną się resztki paszy dla trzody chlewnej? Dlatego byłbym bardzo ostrożny w formułowaniu takich opinii, że w Polsce nie karmiono bydła mączką kostną. Sytuacja nie jest tak jednoznaczna, jak nam się wydaje. Należy także powiedzieć, że zarażone zwierzę pochodziło z hodowli intensywnej. Tam kiedyś istniało gospodarstwo, które miało duże moce produkcyjne. To gospodarstwo zbankrutowało, a zwierzęta zostały sprzedane. Jeśli chodzi o przemyt, to sztab kryzysowy powołany przez pana ministra Jarosława Kalinowskiego a prowadzony przez pana ministra Józefa Pilarczyka, brał pod uwagę także taką możliwość. Informacje uzyskane od Straży Granicznej mówią o jednym przypadku przemytu. To nie jest ta skala, o której była tutaj mowa. Na podstawie badań i posiadanych dokumentów mogę stwierdzić, że zarażone zwierzę pochodziło z tej miejscowości. Pan poseł Stanisław Stec również poruszył problem identyfikacji i rejestracji zwierząt. Nie chcę się wypowiadać w imieniu Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale z moich informacji wynika, że system ma powstać w tym lub w przyszłym roku. Pan poseł Czesław Cieślak pytał o plany gotowości. Jak już powiedziałem, istnieją plany gotowości zwalczania chorób zakaźnych. Wymieniałem niektóre z nich. Weryfikowany jest plan gotowości zwalczania BSE oraz plany związane ze zwalczaniem pryszczycy i pomoru. Te dokumenty muszą być aktualizowane w związku z sytuacją na świecie. W przypadku pomoru musimy uwzględnić odpady kuchenne. Te odpady przed skarmieniem muszą być poddane obróbce termicznej. Wszystkie zmiany mają charakter dynamiczny. Chciałbym również powiedzieć, że żaden plan gotowości nie jest aktem prawnym. Plan gotowości zawiera procedurę postępowania Inspekcji Weterynaryjnej. Do planu gotowości muszą być przygotowane rozporządzenia. Rozporządzeń wykonawczych do zwalczania chorób zakaźnych nie było i nie ma. One w tej chwili powstają. Przygotowuje się na przykład rozporządzenie o zwalczaniu chorób zakaźnych. Moim zdaniem, to rozporządzenia trzeba zmodyfikować. Nie może być tak, żeby jedno rozporządzenie regulowało kwestie związane z tak dużą ilością jednostek chorobowych. W przypadku każdej z jednostek obowiązują inne procedury postępowania. Dlatego projekt rozporządzenia musi zostać zmieniony.

Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki /PSL/ : Pan dr Piotr Kołodziej mówił o reżimie przy produkcji pasz zwierzęcych. Czy podjęto jakieś decyzje, aby zapobiec takim sytuacjom, o których pan mówił? Myślę tutaj o takich przypadkach, gdy białko pochodzenia zwierzęcego przedostaje się do pasz dla bydła.

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Skoro istnieje aktualny plan gotowości, zwalczania BSE, to prosimy o okazanie go Komisji. Myślę, że to nie jest żaden problem i jeszcze dzisiaj ten dokument otrzymamy.

Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej : Oczywiście możemy państwu przekazać aktualny plan gotowości. Jeśli chodzi o reżim produkcji pasz, to nie ma zakazu używania tej samej linii produkcyjnej do produkcji pasz dla bydła i dla trzody chlewnej. Te sprawy będzie regulowało dopiero prawo paszowe. W tej chwili przygotowana jest instrukcja o sposobie pobierania pasz. Tam znajdują się kryteria oceny pasz i opisany jest sposób badania, czy w paszy dla bydła znajduje się przetworzone białko zwierzęce. To jest kolejne doświadczenie, które musimy wykorzystać.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : W trakcie dyskusji zgłoszono wnioski o przyjęcie oraz o odrzucenie informacji przedstawionej przez Głównego Lekarza Weterynarii. Przystępujemy do głosowania. Kto z państwa jest za przyjęciem tej informacji? Stwierdzam, że Komisja przy 10 głosach za, 13 przeciw i braku wstrzymujących się nie przyjęła informacji. Pozostała nam jeszcze kwestia dezyderatu. W trakcie posiedzenia Komisji posłowie wnioskodawcy dostarczyli nam projekt dezyderatu o następującej treści: "W dniu 4 maja 2002 r. w Krakowie, w czasie konferencji prasowej Główny Lekarz Weterynarii dr Piotr Kołodziej poinformował, iż pierwszy polski przypadek BSE zostanie zbadany przez uznane europejskie laboratorium diagnostyczne w Niemczech lub Wielkiej Brytanii. Prosimy pana ministra o precyzyjną informację, kiedy i do którego zagranicznego laboratorium materiał został doręczony? Z uwagi na to, iż na dzisiaj nie istnieje całościowy plan gotowości zwalczania BSE domagamy się w trybie natychmiastowym poinformowania Komisji o działaniach rządu w tym zakresie. Ponadto wnosimy zgodnie z poprawką 20 do art. 21 - "ustawy weterynaryjnej", by minister właściwy do spraw rolnictwa wydał rozporządzenia o sposobie postępowania przy zwalczaniu poszczególnych chorób zakaźnych. Termin wejścia tych rozporządzeń został określony na 1 stycznia 2002 r. Prosimy o informację czy rozporządzenia te zostały wydane i czy to na ich podstawie zwalczano BSE w Polsce? Czy w Polsce obowiązuje już, w zakresie ustawodawstwa weterynaryjnego, prawo Unii Europejskiej i jakie były podstawy prawne do wszystkich działań prowadzonych w ramach zwalczania BSE w Polsce? Rząd został zaskoczony doniesieniem medialnym o pierwszym polskim przypadku BSE, sytuacja natomiast wymaga natychmiastowej reakcji stosownych resortów: rolnictwa i zdrowia, celem wyeliminowania negatywnych skutków, jakie ta informacja może mieć dla polskiego rolnictwa i przetwórstwa rolno-spożywczego. Komisja wnosi o pilną informację o działaniach Rządu w tym zakresie". Pan poseł Aleksander Grad proponował, aby uzupełnić treść dezyderatu o słowa: "Komisja zwraca się o interwencję Agencji Rynku Rolnego na rynku wołowiny".

Poseł Romuald Ajchler /SLD/ : Jestem przeciwny temu, aby dezyderat o tej treści został skierowany do rządu. Pewne zasady muszą być przestrzegane. W projekcie dezyderatu jest napisane, że Komisja zwraca się o pilną informację o działaniach rządu w zakresie zwalczania BSE. Przed chwilą otrzymaliśmy taką informację. Dalej w tekście pada pytanie o rozporządzenia. Pan dr Piotr Kołodziej powiedział przed chwilą, co rząd w tej kwestii zrobi. Nie wolno nam pisać, że "rząd został zaskoczony doniesieniem medialnym o pierwszym polskim przypadku BSE". Z tego wynikałoby, że rząd nie został poinformowany wcześniej niż prasa. To nie jest prawda. Przecież Główny Lekarz Weterynarii reprezentował na tej konferencji prasowej rząd. Uważam, że dezyderat w tej postaci nie kwalifikuje się do rozpatrywania. Proponuję, abyśmy opracowali nowy projekt dezyderatu w przeciwnym wypadku Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi narazi się na śmieszność. W przyszłym tygodniu rząd przedłoży w Sejmie informacje dotyczące produkcji rolnej. To będzie dobra okazja, abyśmy mogli ten temat poruszyć. W dniu 4 czerwca 2002 r. odbędzie się posiedzenie Komisji poświęcone przygotowaniom do debaty rolnej. Wtedy również można te kwestie poruszyć. Plan gotowości zwalczania BSE istnieje. Nie wiem, czy rzeczywiście konieczne jest to, aby dzisiaj posłowie otrzymali ten dokument. Jeśli ktoś z państwa jest zainteresowany, to może indywidualnie uzyskać ten dokument od Głównego Lekarza Weterynarii. Apeluję do państwa, abyśmy pewnych decyzji nie podejmowali pochopnie. Jeśli dezyderat ma być przyjęty jednomyślnie, to trzeba popracować nad jego treścią. Teraz wykorzystujecie państwo fakt, że w obradach Komisji nie uczestniczy część posłów z Klubu Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W takim razie proponuję ogłoszenie przerwy, abyśmy mogli zgromadzić wystarczającą grupę posłów. Mam prawo poprosić o przerwę. To nie jest sprzeczne z Regulaminem Sejmu. Taka zasada jest stosowana w przypadku obrad plenarnych Sejmu. Jeśli nie zgodzicie się państwo na odłożenie głosowania w sprawie tego dezyderatu, to poproszę o przerwę.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Przypominam, że godzinę temu decydowaliśmy o wyborze posła sprawozdawcy i opozycja przegrała to głosowanie. Wtedy nie ogłaszaliśmy przerwy. To jest niebezpieczny precedens. Każdy z posłów ma obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach Komisji. Wszyscy członkowie Komisji otrzymali zawiadomienia o terminie posiedzenia.

Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Po raz pierwszy spotykam się z taką praktyką, że na wniosek klubu parlamentarnego ogłasza się przerwę w posiedzeniu Komisji. Taka zasada jest przyjęta w przypadku posiedzenia Sejmu. Pamiętam, kiedy w Sejmie poprzedniej kadencji posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej zrywali posiedzenia komisji tylko dlatego, że nie przybył przedstawiciel rządu lub z innych względów. Proszę nie tłumaczyć nieobecności posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ponieważ oni wyjechali do domu i są niesumienni. Przed przerwą pan przewodniczący Wojciech Mojzesowicz wyraźnie powiedział, że posiedzenie będzie wznowione po głosowaniach w Sejmie. Składam wniosek o natychmiastowe przeprowadzenie głosowania w sprawie dezyderatu. Potem będziemy mogli dyskutować na temat przerwy.

Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Wydaje mi się, że bardzo rozsądna była propozycja złożona przez pana posła Wojciecha Mojzesowicza. Pan poseł proponował, aby kwestię dezyderatu rozpatrzyć na posiedzeniu Komisji, które odbędzie się 4 czerwca 2002 r. Do tego czasu powołana przez nas podkomisja lub prezydium Komisji zajęłyby się przygotowaniem treści dezyderatu. Przedstawiony w tej chwili projekt dezyderatu jest postulatywny. Uważam, że jeżeli chcemy coś w tej kwestii zrobić, to powinniśmy mieć do siebie zaufanie. Powinniśmy również okazać to zaufanie przedstawicielom rządu. Jeżeli pan dr Piotr Kołodziej przedstawił informację i przyznał, że niektóre elementy związane ze zwalczaniem BSE trzeba poprawić, to ta problematyka powinna zostać uwzględniona w dezyderacie. W tej chwili treść dezyderatu jest mało konkretna. Uważam, że prezydium Komisji powinno dopracować ten tekst.

Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Uważam, że sytuacja na rynkach rolnych jest zła. Podziały polityczne w tak zasadniczych sprawach nie są potrzebne. Sami stwarzamy problem. Przez długi czas byłem przewodniczącym Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Jeśli Komisja przyjmuje dezyderat, to byłoby lepiej, gdyby został on przyjęty jednomyślnie. Wiemy, jaką ten dokument powinien mieć formę. Zaproponowany projekt nie spełnia wymogów Regulaminu Sejmu. Jeśli Komisja chce mieć odpowiednią rangę, to nie powinna przyjmować tego projektu. Opowiadam się za powołaniem zespołu, który opracuje treść tego dezyderatu, tak aby był zgodny z Regulaminem Sejmu. Tego projektu, który nam przedstawiono, nie możemy przyjąć. W trosce o prestiż Komisji apeluję do państwa, aby powołać zespół posłów, którzy przygotują treść dezyderatu na następne posiedzenie Komisji. Zapewniam państwa, że wszystkie merytoryczne kwestie będą w tym dezyderacie ujęte.

Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Chciałbym zauważyć, że w dzisiejszym porządku obrad nie ma punktu "przyjęcie dezyderatu". Ponadto projektu dezyderatu nie otrzymali wszyscy członkowie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. W związku z tym uważam, że przyjmując ten dezyderat naruszymy regulamin Sejmu.

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Uważam, że ten dezyderat jest konsekwencją nie przyjęcia informacji przedstawionej przez Głównego Lekarza Weterynarii.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Mam pytanie do posłów wnioskodawców. Czy podtrzymujecie państwo wniosek o przyjęcie dezyderatu jeszcze na tym posiedzeniu Komisji?

Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Podtrzymuję mój wniosek.

Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki /PSL/ : Rozumiem, że ten dezyderat jest skierowany do rządu tymczasem w jednym ze zdań czytamy: "Prosimy pana ministra o precyzyjną informację kiedy i do którego zagranicznego laboratorium materiał został doręczony?". Jeżeli ten dezyderat ma się przyczynić do rozwiązania problemów, to na pewno nie może być przyjęty w takiej formie. Od trzynastu lat jestem posłem i oświadczam, że nie mogę głosować za tak sformułowanym dezyderatem. Apeluję do państwa, aby nie ośmieszać Komisji.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Skoro zgłoszono przeciwstawne wnioski musimy tę kwestię rozstrzygnąć w głosowaniu.

Poseł Romuald Ajchler /SLD/ : Bardzo proszę o ogłoszenie przerwy.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wykażę tutaj dobrą wolę i zarządzę przerwę.

Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk /SKL/ : Zgłaszam wniosek przeciwny.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : W takim razie przystępujemy do głosowania.

Poseł Romuald Ajchler /SLD/ : Ponawiam mój wniosek o ogłoszenie przerwy.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Ogłaszam pięć minut przerwy.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wznawiam posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Myślę, że musimy rozstrzygnąć wątpliwości dotyczące dezyderatu. Możemy to zrobić tylko poprzez głosowanie.

Poseł Edward Brzostowski /SLD/ : Zanim przystąpimy do głosowania, chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Wydaje się, że projekt dezyderatu powinien zostać dostarczony posłom przed posiedzeniem Komisji. Ponadto chciałbym powiedzieć, że ten tekst zawiera oczywiste mankamenty językowe i choćby z tego powodu nie powinien być przyjęty przez Komisję. Nie kompromitujmy Komisji przyjmując tego typu dezyderat. Chyba, że autorom projektu chodzi o ośmieszenie Komisji. Wtedy osiągną oni swój cel. Wnoszę o odłożenie głosowania w tej sprawie do następnego posiedzenia Komisji. Przypominam, że Komisja nie przyjęła informacji w sprawie BSE przedstawionej przez Głównego Lekarza Weterynarii. Powinniśmy zażądać uzupełnienia tej informacji i dopiero wtedy wystosować dezyderat.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wniosek zgłoszony przez pana posła Edwarda Brzostowskiego również musimy poddać pod głosowanie. Przystępujemy do głosowania. Kto z państwa jest za tym, aby nie przeprowadzać dzisiaj głosowania w sprawie dezyderatu? Stwierdzam, że przy 9 głosach za, 14 przeciw i braku wstrzymujących się Komisja odrzuciła ten wniosek. Przystępujemy do głosowania w sprawie przyjęcia dezyderatu. Kto z państwa jest za przyjęciem dezyderatu w proponowanym brzmieniu? Stwierdzam, że Komisja przy 15 głosach za, 4 przeciw i braku wstrzymujących się przyjęła dezyderat w proponowanym brzmieniu. Chciałbym powiedzieć, że jestem zbulwersowany zachowaniem posłów, którzy w trakcie głosowania opuścili salę. To nie jest metoda rozwiązywania problemów. W ten sposób nic nie osiągniemy. Staraliśmy się przez siedem miesięcy skupiać na kwestiach merytorycznych. Dzisiaj zrobiliście mi państwo dużą przykrość. Musimy się liczyć z tym, że w tym momencie nastąpił podział polityczny Komisji.

Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki /PSL/ : Rozumiem, że przedmiotem głosowania nie były problemy związane z pierwszym w Polsce przypadkiem BSE, ale forma tego dezyderatu. Nie głosowałem przeciw temu, aby zwrócić rządowi uwagę na problemy zawarte w tym dezyderacie, ale przeciw formie tego dokumentu, który ma być wysłany do premiera rządu. Tak naprawdę nie wiemy nawet, do kogo jest skierowany ten dezyderat. Ustalanie adresata po głosowaniu jest nieprawidłowe. Sądzę, że nie rozwiązaliśmy w ten sposób żadnego problemu. Chodziło tylko o to, aby udowodnić, kto ma rację. Tymczasem ważne jest rzeczowe rozwiązane prawdziwych problemów związanych z tym przypadkiem. Mam nadzieję, że tego rodzaju pomyłka więcej się nie powtórzy. Jest mi bardzo przykro, że sprawy przybrały taki obrót.

Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk /SKL/ : Sądzę, że niepotrzebnie się państwo oburzacie, że złożono taki projekt dezyderatu. Komisja może przyjąć każdy dezyderat, jeśli uzna, że jest on potrzebny. To jest dowód na to, że interesujemy się rozpatrywanym tematem. Nie ma tutaj nic do rzeczy podział na koalicję i opozycję. Tego rodzaju sytuacje zdarzają się bardzo często i ci z państwa, którzy sprawują mandaty poselskie nie pierwszy raz, doskonale o tym wiedzą. Chciałabym zapytać, kiedy zostanie zaproszony na posiedzenie Komisji Główny Inspektor Pracy pan Tadeusz Zając. Składałam wniosek o uwzględnienie tego punktu w pracach Komisji, ponieważ na wsi zdarza się wiele wypadków i chcielibyśmy otrzymać obraz sytuacji.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Chciałbym od razu odpowiedzieć na pytanie pani posłanki Doroty Arciszewskiej. Niestety nie uda się wprowadzić tego punktu do porządku posiedzenia, które odbędzie się 4 czerwca 2002 r. Postaram się uwzględnić pani wniosek i być może omówimy ten problem na kolejnym posiedzeniu.

Poseł Aleksander Grad /PO/ : Pan poseł Wojciech Mojzesowicz mówił o tym, że Komisja powinna otrzymywać informacje o sposobie wdrażania systemu IACS. Czy nie należy się o to zwrócić do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w bardziej formalny sposób?

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Na jednym z najbliższych posiedzeń Komisji omówimy przygotowania i sposób wdrożenia systemu IACS.

Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Chciałbym jeszcze wrócić do kwestii dezyderatu. Nie chciałbym, aby w przyszłości postępowano w podobny sposób. Tekst dezyderatu powinien zostać wcześniej przygotowany przez posłów wnioskodawców lub prezydium Komisji i dostarczony posłom, aby mogli się zastanowić przed podjęciem decyzji. Przyczyną dzisiejszego konfliktu była forma tego dokumentu, a nie jego treść.

Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Nie zawsze prezydium Komisji może wcześniej przygotować projekt dezyderatu. Może się zdarzyć tak, że pomysł wystosowania dezyderatu zrodzi się podczas dyskusji. Gdyby nie sposób zachowania posłów koalicji rządzącej, można było dopracować tekst tego dezyderatu na dzisiejszym posiedzeniu Komisji. Niestety część posłów opuściła salę podczas głosowania, co jest niedopuszczalne. To jest skandal. Podczas każdego posiedzenia Komisji posłowie mogą zgłosić projekt dezyderatu. Nie ma obowiązku wcześniejszego zgłaszania takich projektów. Nie widzę w tym nic złego. Ze strony koalicji nie było woli, aby taki dezyderat przyjąć. Gdyby taka wola była, to mogliśmy się porozumieć w sprawie formy.

Poseł Marian Curyło /Samoobrona/ : Myślę, że sprawie wdrażania systemu IACS powinniśmy poświęcić odrębne posiedzenie Komisji. Dochodzą do mnie głosy, że tymi sprawami nie zajmują się fachowcy tylko osoby, które znają wpływowych ludzi.

Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Chciałbym ustosunkować się do wypowiedzi pana posła Ryszarda Nowaka. Członkowie Komisji przed posiedzeniem otrzymują wszelkie niezbędne materiały. W związku z tym można wcześniej zaplanować złożenie wniosku o wystosowanie dezyderatu. A zatem można te kwestie jakoś uporządkować.

Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Dezyderat może wynikać z pracy Komisji.

Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : To jest zresztą drugorzędny problem. Najważniejsze jest rozwiązanie tego problemu. Zostawmy na boku ocenę zachowania posłów. Chodzi o to, aby to nie było większą wartością niż problemy, które powinniśmy w tej Komisji rozwiązywać.

Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Całkowicie się zgadzam z panem posłem Szczepanem Skomrą.

Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Pan poseł Wojciech Zarzycki pytał, do kogo jest skierowany ten dezyderat. On jest kierowany do rządu. Chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów o pracy Komisji. Dzisiaj wydarzyły się pewne niedobre rzeczy. Przewodniczący Komisji chciał być posłem sprawozdawcą ustawy o regulacji rynku mleka i przetworów mlecznych, a Komisja nie okazała mu swojego zaufania. Z drugiej strony mówienie, że wszyscy bierzemy odpowiedzialność za to, co się dzieje w polskim rolnictwie jest twierdzeniem na wyrost. Tak naprawdę dzisiaj posłowie koalicji wychodząc z tej sali pokazali, że nie jest dla nich najważniejsze polskie rolnictwo, tylko ważny jest interes partyjny. Przypomina mi się stare powiedzenie "kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam". Problemy w polskim rolnictwie narastają. Wszystkie rynki są destabilizowane. Za chwilę staniemy przed problemem funkcjonowania polskich rolników przez kolejne lata w Unii Europejskiej.

Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Zgodnie z regulaminem Sejmu nie można wystosować dezyderatu do rządu. Dezyderat może być skierowany do prezesa Rady Ministrów lub określonego ministra. Oświadczam, że dezyderat w tej formie, która została przyjęta jest sprzeczny z regulaminem Sejmu. Mówiłem już o tym, że nie było sporu co do treści tego dokumentu. Apelowałem do państwa, abyśmy powołali zespół, który zajmie się dopracowaniem treści dezyderatu. Wtedy na następnym posiedzeniu Komisji jednomyślnie przyjęlibyśmy ten dezyderat. Ponadto nie należy dzielić członków Komisji ze względu na przynależność partyjną. Zawsze uważałem, że w Komisji jest zdecydowana większość przyzwoitych posłów. Kto dał państwu prawo, aby oceniać posłów koalicji? Posłowie Klubu Parlamentarnego Polskiego Stronnictwa Ludowego zachowali się na tym posiedzeniu godnie i nie opuścili sali obrad. A jesteśmy również w koalicji. W związku z tym proszę nie formułować takich ogólnych ocen.

Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Przepraszam posłów z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Oni rzeczywiście nie opuścili posiedzenia Komisji. Chcę sprecyzować, że to członkowie Komisji wywodzący się z Klubu Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej ostentacyjnie opuścili salę, łącznie z wiceprzewodniczącym Komisji, co moim zdaniem jest zachowaniem skandalicznym i aroganckim. To jest lekceważenie pracy Komisji. Panu posłowi Stanisławowi Kalembie chciałbym powiedzieć, że jeśli to była tylko kwestia dopracowania tego tekstu, to można było to przecież zrobić. Nie było jednak woli dyskusji na temat formy.

Poseł Józef Żywiec /Samoobrona/ : W mediach krytykuje się Komisję Rolnictwa i Rozwoju Wsi i stwierdza się, że to jest Komisja Samoobrony. W tym tonie wypowiadał się na przykład pan Lech Nikolski. Musimy rozwiązywać poważne problemy, a posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie chcieli z nami współpracować. Część z nich w ogóle nie przybyła na drugą część posiedzenia Komisji, gdy tylko dokonali wyboru posła sprawozdawcy. Posłem sprawozdawcą powinien być przewodniczący Komisji Wojciech Mojzesowicz.

Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Zamykam dyskusję. W kontekście tego, co się tutaj wydarzyło, chciałbym powiedzieć, że zawsze ktoś musi przegrać. Jeśli się z tym nie pogodzimy, to nie będzie możliwa dalsza praca Komisji. Przypominam, że na wniosek pana posła Romualda Ajchlera ogłosiłem przerwę. A zatem zrobiłem wszystko, co było możliwe, aby szanse były równe. Nie mogę jednak blokować pracy Komisji. Uważam, że posłowie nie powinni byli opuszczać posiedzenia podczas głosowania. Tak już jest, że bardziej zdyscyplinowana grupa ma przewagę. Bardzo mi przykro, że dwóch wiceprzewodniczących Komisji opuściło salę. Zamykam posiedzenie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
 


 
"Słowo Polskie", 17. czerwca 2002r.

Ludzie przestali kupować wołowinę

Ubojnie i masarnie na skraju bankructwa

Wołowe w sklepach "nie idzie". Ubojnie w naszym regionie prawie stanęły. Hodowcy nie mają komu sprzedać krów. - Raz na dwa tygodnie ktoś zamówi wołowe mięso. Ciężko będzie przetrwać - mówi Franciszek Szpak, właściciel małej ubojni w Dziecimorowicach koło Wałbrzycha.
Jest to jedyna w powiecie wałbrzyskim ubojnia mięsa wołowego. Kiedyś bili także trzodę, ale po pierwszych sygnałach o BSE i rygorystycznych nakazach sanitarnych, pozostali tylko przy wołowinie.

Gospodynie wolą drób
Dopóki nie pojawiły się informacje o wykryciu BSE u polskich krów, jakoś szło. Potem rynek zamarł. - Nie bijemy, jak nie mamy odbiorcy - tłumaczą w Dziecimorowicach. Odbiorca zjawia się teraz co dwa tygodnie. Albo i rzadziej. Weźmie tylko mięso od młodych. Czyli bydła, które nie przekroczyło trzydziestu miesięcy życia. Bo młoda jałóweczka czy byczek nie mają prionów. - Ale kto tam wie - mówi pani Adela, gospodyni żywiąca czteroosobową rodzinę. Na wszelki wypadek zrezygnowała z bitek wołowych, zawijanych rolad i wołowego gulaszu. Przestawiła się na wieprzowinę i drób. Bo u niej w domu mięso musi być.
Zainwestowali i.... stoją
- A nam grozi bankructwo - mówi o branży wołowej Franciszek Szpak. Właściciele ubojni zainwestowali w zakłady tysiące złotych. - Standard wyposażenia, taki jak wymagają w Unii Europejskiej, jest bardzo drogi - tłumaczy Andrzej Bielarczyk, powiatowy lekarz weterynarii w Wałbrzychu. Musi być bezspoinowa posadzka, specjalna kanalizacja, oddzielony materiał specjalnego ryzyka, czyli głowa zwierzęcia i rdzeń kręgowy. Małe ubojnie, których w latach 80. było sporo, padły, bo nie miały pieniędzy na sprzęt i remonty.
- Te, co pozostały, mają bardzo dobre warunki sanitarne. - Co z tego, skoro grozi im bankructwo. Z czego mamy wyżyć? Z tych kilku sztuk, co czasami ubijemy - martwi się Franciszek Szpak. - Za dobrych czasów biliśmy po 20 sztuk dziennie - mówi Bogusława Wyspiańska, właścicielka ubojni i masarni w Sosnówce pod Jelenią Górą. W tym tygodniu była tylko jedna sztuka. Całe to mięso sprzedamy w naszym sklepie. Nie przyjeżdżają już do nas hurtowi odbiorcy. Kiedyś zaopatrywały się tu okoliczne domy wczasowe i ośrodki kolonijne. Z informacji, jakie ma Bogusława Wyspiańska wynika, że ośrodki wczasowe, która organizują kolonie dla dzieci i młodzieży, mają zakazane wprowadzanie do jadłospisów dań z wołowiną.
- - Zapotrzebowanie na wołowinę spadło o połowę. Mięso bierzemy tylko z byczków, a i tak sklepy nie zamawiają. Wolą wieprzowinę - przyznaje pracownik masarni z ul. Wrocławskiej w Wałbrzychu.
- Krowa pod kontrolą
- Lekarz weterynarii nie spuszcza zwierzęcia z oka. Najbardziej pilnowane są ubojnie. - Od każdej ubitej krowy mającej powyżej 30 miesięcy pobierany jest fragment pnia mózgu. Badany jest w laboratorium w Zakładzie Higieny Weterynaryjnej we Wrocławiu. Tusza jest przetrzymywana w chłodni do otrzymania wyniku badań w kierunku BSE - tłumaczy Andrzej Bielarczyk, powiatowy inspektor weterynarii w Wałbrzychu. Dopiero po badaniach i wydaniu orzeczenia przez lekarza weterynarii mięso może być poddane dalszej obróbce. Koszty badania testem Prionex pokrywa ubojnia.
- - Na rynek trafia tylko sprawdzona wołowina - zapewniają weterynarze. Polecają kupować mięso w dużych sklepach, u uznanych dostawców. Według Romana Charchuta, powiatowego inspektora weterynaryjnego w Jeleniej Górze, sytuacja epidemiologiczna w regionie jest dobra.
- - Aby zwiększyć bezpieczeństwo i kontrolę produkowanego tu mięsa wspólnie z policją będziemy kontrolować punkty skupu i uboju żywca. Będziemy sprawdzać, czy nie przyjeżdżają odstawiać bydła producenci z innych regionów kraju.
- Płacz hodowcy
- Kazimierz Stańkowski, wieloletni prezes Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej "Przyszłość" w Starych Bogaczowicach, nie ma już siły nawet narzekać. W "Przyszłości" dołuje wszystko. I produkcja mleka, i hodowla kur. A najbardziej hodowla bydła. - Mam 70 krów i nie wiem, co mam z nimi zrobić - żali się prezes.
Krowy są przeznaczone do uboju, bo mleczne stado trzeba co jakiś czas odnawiać. Tymczasem nikt bydła nie chce. Kiedyś do spółdzielni sami przyjeżdżali pośrednicy. Zabierali zwierzęta, płacili i interes wołowy się kręcił. Dziś zamarł zupełnie. W regionie jeleniogórskim zostało tylko kilka większych stad bydła: w Grabarowie, Mysłakowicach, Goduszynie i Radomierzu. Mają w sumie nie więcej niż 500 sztuk.
- Nasze bydło w całości idzie na eksport do Włoch. Nigdy nie stosowaliśmy w żywieniu mączek kostnych. Obecnie w Polsce nie sprzedajemy mięsa, bo się nie opłaca. Importer przez pośrednika odbiera od nas żywiec i nie korzysta z okolicznych ubojni - wyjaśnia inż. Agnieszka Frydrych, kierownik stacji badawczo-dydaktycznej Akademii Rolniczej w Radomierzu hodującej bydło mięsne rasy charolaise.
- W spółdzielni "Przyszłość" w Starych Bogaczowicach mają 1600 krów. Rocznie trzeba wymienić jedną trzecią stada. Tylko kto kupi te krowy? 
Alina Gierak
Współpraca: gk


 
 
Polska Agencja Prasowa, 17. lipca 2002r.

Prokuratura umorzyła część śledztwa w sprawie BSE

Prokuratura umorzyła część śledztwa w sprawie pierwszego w Polsce przypadku BSE. Uznano, że handlarz skupujący zwierzęta i osoba wystawiająca świadectwa pochodzenia nie sprowadzili niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób.

Obaj mężczyźni będą natomiast odpowiadać za poświadczenie nieprawdy poprzez wystawianie fałszywych dokumentów, za co grozi im od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Pierwszy przypadek zakażenia BSE w kraju stwierdzono w Małopolsce u krowy, która trafiła do ubojni w Mochnaczce Wyżnej k. Krynicy. Potwierdziły to badania laboratoryjne wykonane 2 maja w Krakowie i 3 maja w Instytucie Weterynarii w Puławach.

Tarnowska prokuratura postawiła zarzuty fałszowania dokumentów pochodzenia zwierząt oraz nieumyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób Janowi K. - skupującemu bydło od rolników oraz Henrykowi O., wystawiającemu świadectwa pochodzenia zwierząt.

"Postępowanie w części umorzono, ponieważ nie wystąpiło niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia ludzi" - powiedziała we wtorek PAP prok. Bożena Owsiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.

"U krowy, która trafiła do ubojni w Mochnaczce Wyżnej, nie stwierdzono objawów choroby, a jedynie obecność prionów białkowych, które mogą ją wywołać. Jan K. i Henryk O. nie mieli świadomości, że w mózgu krowy są priony" - dodała Owsiak.

Zwierzę dostarczone do ubojni w Mochnaczce nie wykazywało objawów nerwowych charakterystycznych dla BSE. Potwierdził to lekarz weterynarii pracujący w zakładzie. Obecność prionów w mózgu krowy wykazały dopiero specjalistyczne badania przeprowadzone po jej zabiciu. Do zarażenia doszło najprawdopodobniej drogą pokarmową, a nie genetyczną.

Handlarz Jan K. dostarczył zarażoną sztukę do legalnej ubojni, gdzie kontrolowano mięso. "Niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia ludzi zaistniałoby wtedy, gdyby krowa trafiła do nielegalnego uboju, co nie nastąpiło - podkreśliła prok. Bożena Owsiak.

Mięso zarażonej sztuki nie trafiło także do handlu, a tylko spożycie takiego mięsa można u ludzi wywołać chorobę.

Tarnowska prokuratura nadal prowadzi śledztwo, które ma wyjaśnić, jaką skalę miał proceder wystawiania fałszywych świadectw pochodzenia zwierząt.
 


 
 
Polska Agencja Prasowa, 1. października 2002r.

Weterynarz Opolszczyzny: do uboju przeznaczymy 29 krów

29 krów z gospodarstwa, w którym wykryto trzeci w Polsce przypadek BSE, trafi do uboju - poinformował we wtorek PAP opolski wojewódzki lekarz weterynarii Kazimierz Dubiński. 

"Na dziś wiemy o planowanym uboju 29 sztuk, które mogą być zagrożone. Właściciel otrzyma od Skarbu Państwa pełne odszkodowanie, zależne od użytkowej wartości danej sztuki bydła"- powiedział PAP Dubiński. 

Informację o planowanym uboju kilkudziesięciu sztuk bydła potwierdził w Opolu wiceminister rolnictwa Jerzy Pilarczyk, który nadzoruje w resorcie problemy związane z weterynarią i bezpieczeństwem żywnościowym. 

"Konkretne działanie w sprawie przypadku w Jakubowicach będzie podjęte przez krajowego lekarza weterynarii. Zgodnie z procedurami zwierzęta urodzone rok wcześniej i rok później zostaną poddane szczegółowym badaniom, do uboju na dziś przeznaczymy nie więcej niż 30 sztuk" - powiedział Pilarczyk. Podkreślił przy tym, że sytuacja nie stanowi zagrożenia dla konsumentów mięsa i mleka. 

"Nie jest to choroba zakaźna i zagrażająca zdrowiu i życiu ludzi w kontakcie ze zwierzętami oraz przy spożywaniu mleka od tego stada" - tłumaczył wiceminister. 

W całej Polsce testom na obecność białka prionowego, które może być źródłem zakażenia BSE, poddano około 150 tys. sztuk bydła. 

"Przypomnę, że nośnikiem prionów jest tkanka nerwowa, więc produkty typu mleko i tkanka mięsna bez pozostałości tkanki nerwowej są zupełnie bezpieczne dla człowieka" - powiedział Pilarczyk. Miał pretensje do mediów za "ton, w jakim podawano informacje" o trzecim w Polsce przypadku BSE. 

"Niepotrzebnie jest to przedstawiane w kontekście jakiegoś olbrzymiego zagrożenia dla ludzi czy innych zwierząt" - uważa Pilarczyk. Dodał, że nie spodziewa się sankcji ze strony importerów polskiej wołowiny w Unii Europejskiej. 

"Unia Europejska uznaje nasz kraj za wiarygodny, wprowadzony system monitoringu jest identyczny z unijnym. Od samego początku żaden kraj Unii nie zastosował sankcji w stosunku do mięsa i produktów pochodzenia mięsnego z Polski" - podsumował wiceminister. 

 Prawdopodobną przyczyną zakażenia krowy w Jakubowicach były preparaty zastępujące mleko. 

"W tamtym okresie używało się preparatów mlekozastępczych, ale jest to tylko domniemanie. Dzisiaj nikt nie będzie miał takiej pewności" - powiedział wojewódzki lekarz weterynarii.
 


 
 
"Rzeczpospolita", 30. września 2002r.

Trzeci przypadek BSE w Polsce

Służby weterynaryjne podejrzewają trzeci przypadek BSE w Polsce. Zarażona krowa pochodzi ze stada liczącego kilkaset sztuk - dowiedziała się "Rzeczpospolita".

- Badania wstępne potwierdziły wynik dodatni, robimy dodatkowe testy - powiedział nam główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej.

 - Nie potwierdzam i nie zaprzeczam - oświadczył szef Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach Tadeusz Wijaszka.

 Nieoficjalnie wiadomo, że stado pochodzi z Opolszczyzny. Krowa urodzona w 1993 roku trafiła do rzeźni na południu Polski, pierwsze badania wykonało krakowskie laboratorium.

 Nie wiadomo jeszcze, co stanie się ze stadem.

 - Możliwe jest wybicie wszystkich zwierząt, sztuk urodzonych rok przed i rok po zakażonej krowie lub tylko karmionych tą samą paszą - mówi Piotr Kołodziej.

 Odszkodowanie za jedną krowę to ok. 3 tys. zł 

E.P.


"Rzeczpospolita", 1. października 2002r.

Nie ma wątpliwości - to BSE

Elżbieta Południk Marek Szczepanik

Trzeci przypadek w Polsce - tym razem na Opolszczyźnie

Państwowy Instytut Weterynarii w Puławach potwierdził dodatni wynik badań na BSE u krowy pochodzącej ze stada w okolicach Wołczyna na Opolszczyźnie. O wykryciu trzeciego przypadku tej choroby w Polsce "Rz" poinformowała wczoraj.

Według Kazimierza Dubińskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii w Opolu, pierwsze podejrzenia pojawiły się w piątek po uboju dokonanym w jednym z zakładów na terenie województwa śląskiego.

 - Choroba została ujawniona podczas rutynowej kontroli. W niedzielę instytut w Puławach potwierdził ponad wszelką wątpliwość, że krowa była chora na BSE - poinformował Dubiński. Jej matka została sprowadzona z Holandii i do tej pory nie przejawia objawów choroby. - Obecność prionów stwierdzono tylko u jednej sztuki. Na pewno mięso od chorych jednostek nie trafi do obrotu. Nie ma powodów do paniki. To nie pomór czy pryszczyca - zapewnił Dubiński na konferencji prasowej.

 Dziennikarze "Rz" pojechali do gospodarstwa, z którego pochodziła chora krowa. - Tu nie ma żadnych sensacji - zapewniali nas pracownicy spółki. - To dla nas prawdziwy wstrząs - mówił przedstawiciel właściciela. Także inni pracownicy nie byli skorzy do rozmów. - Te krowy nie były karmione żadną dziwną mączką. Dostawały normalną paszę - powiedzieli.

 Stado, do którego należała chora krowa, liczy łącznie około ośmiuset zwierząt. - Nie będziemy wybijać całego stada. Utylizacji poddane zostaną sztuki urodzone rok przed i rok po zakażonej krowie - mówi Piotr Kołodziej, główny lekarz weterynarii. Główny Inspektorat Weterynarii szacuje, że ubojowi poddanych zostanie od 60 do 80 zwierząt.

 Testy wykonane metodą prionics przez puławski instytut nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Krowa z Opolszczyzny była zarażona BSE.

 - Kolejne badania dadzą odpowiedź, jak daleko był zaawansowany proces chorobowy - powiedział "Rz" docent Tadeusz Wijaszka, dyrektor Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach.

 W przypadku krowy z Małopolski, u której wykryto BSE w maju tego roku, wyniki tych badań były ujemne. W sierpniu u krowy z okolic Lubartowa stwierdzono zmiany chorobowe. Tadeusz Wijaszka przypuszcza, że gdyby ta krowa żyła jeszcze kilka tygodni, mielibyśmy najprawdopodobniej pierwszy w Polsce przypadek gąbczastej encefalopatii mózgu, potocznie zwanej chorobą szalonych krów.

 Dwa pierwsze przypadki BSE wykryte w tym roku w Małopolsce i na Lubelszczyźnie dotknęły małe gospodarstwa, w których hodowano kilka krów. Stada zostały zlikwidowane. Zakaz importu polskiej wołowiny wprowadziło wówczas kilka krajów, m.in. Litwa, Ukraina, Rumunia i Czechy. Główny lekarz weterynarii twierdzi, że straty materialne z powodu zakazu importu nie były wysokie.

 - Bardzo pozytywnie zareagowały kraje Unii Europejskiej i Rosja. Nie było zakazu importu, a to główni odbiorcy naszej wołowiny - mówi Piotr Kołodziej. Rosja i UE importują z Polski wołowinę bez kości. Świadczy to zdaniem lekarzy weterynarii o zaufaniu do polskich procedur kontrolnych.

 W Unii Europejskiej obowiązkowe badania zwierząt szybkimi testami na BSE wprowadzono w lipcu 2000 roku. W Polsce obowiązuje to od października 2001 roku. W naszym kraju zbadano do tej pory ponad 200 tysięcy zwierząt powyżej trzydziestego miesiąca życia.

Elżbieta Południk, Marek Szczepanik
 

GOŚĆ "RZECZPOSPOLITEJ"

Będą dalsze zachorowania

TADEUSZ FRYMUS

KATEDRA NAUK KLINICZNYCH WYDZIAŁU MEDYCYNY WETERYNARYJNEJ SGGW

Czy w Polsce będą wykrywane kolejne przypadki BSE?

Czekają nas kolejne wykryte przypadki tej choroby. Mniej więcej raz na sto tysięcy krów badanych w rzeźniach trafia się jedna zakażona BSE. Nie jesteśmy zresztą pod tym względem wyjątkowi, tak jest teraz w wielu innych krajach europejskich, z wyjątkiem Wielkiej Brytanii. BSE pojawiła się na Wyspach w roku 1985 i z roku na rok stwierdzano coraz więcej przypadków. W okresie największego nasilenia epidemii - w 1992 roku - było ich ponad 37 tys. Dzięki odpowiednim metodom zwalczania choroby od 1993 roku liczba zachorowań na BSE w Wielkiej Brytanii systematycznie się zmniejsza (obecnie wykrywa się kilkaset przypadków rocznie).

Tak czy inaczej - jeden przypadek na 100 tys. zwierząt rzeźnych to nie epidemia, zachorowania są sporadyczne. Czy któreś regiony Polski są szczególnie narażone na BSE? Nie sądzę, by przy tak nielicznych przypadkach można to było stwierdzić.

 Wydaje mi się, że Polacy nie powinni być zaniepokojeni. Mięso, które trafia do sklepów, jest badane również i pod tym kątem, i dlatego właśnie od czasu do czasu wykrywane są priony BSE. Oczywiście problemem może być nielegalny ubój. Dlatego odradzam kupowanie mięsa niewiadomego pochodzenia na targowiskach czy bazarach.

 Mamy ogromne zapóźnienia, jeśli chodzi o identyfikację i rejestrację zwierząt. Bez wiarygodnego systemu szybkie ustalenie pochodzenia zakażonej krowy będzie problem nie do rozwiązania. Dopiero zakolczykowanie bydła, wprowadzenie "paszportów" i systemu kontroli produkcji rolnej IACS pozwoli robić to szybko i bezbłędnie.

 Skąd u nas BSE? Co prawda model naszego rolnictwa jest inny niż w Unii, ale w latach 90. bydło z UE było importowane do Polski. Sprowadzano także ogromne ilości mączek mięsno-kostnych, które najwyraźniej trafiały niekiedy do krowich koryt. Stąd się wzięła choroba w Polsce.

 Do niedawna nie było zakazu karmienia mączkami. Na szczęście były one dość drogie, więc nie każdego rolnika było na nie stać. -
 


 
Polska Agencja Prasowa, 1. listopada 2002r.

Pierwszy objawowy przypadek BSE w Polsce

Służby weterynaryjne wykryły czwarty w Polsce przypadek zachorowania krowy na BSE - poinformował w czwartek PAP Piotr Kołodziej, Główny Lekarz Weterynarii. To pierwszy przypadek, kiedy zwierzę miało objawy choroby.

 "Ta krowa miała objawy kliniczne, wskazujące na to, że jest chora na BSE. Chorobę rozpoznał lekarz weterynarii. Zwierzę zostało ubite; w wyniku badań laboratoryjnych wykonanych w Państwowym Instytucie Weterynarii w Puławach potwierdzono diagnozę" - powiedział PAP Kołodziej.

Wojewódzki lekarz weterynarii w Lublinie dr Jan Sławomirski poinformował PAP, że krowa była rasy nizinnej, pochodziła z rodzimej hodowli i według zapewnień jej właścicieli nie miała kontaktu z importowanym bydłem zaliczanym do grupy tzw. dużego ryzyka.

Chorą krowę kupił osiem lat temu na targu jako cielę gospodarz spod Krasnegostawu. Po siedmiu latach, w 2001 roku, odkupił ją od niego rolnik z powiatu zamojskiego.

We wrześniu krowa ocieliła się u niego i po dwu tygodniach zaczęła zdradzać objawy nerwowe, typowe dla okresu poporodowego. Ponieważ jednak leczenie nie przyniosło poprawy, 3 października - jak podał Sławomirski - lekarz weterynarii zamknął gospodarstwo.

W kilka dni później krowa padła, pobrano materiał do badań. Badania histopatologiczne w puławskim PIW potwierdziły u niej BSE.

Ostateczne wyniki badań przekazano wojewódzkiemu lekarzowi weterynarii w środę. Tego samego dnia, wieczorem wszystkie sześć krów z obu gospodarstw (z pow. zamojskiego i krasnostawskiego) zostało ubitych, a ich mięso zostało zutylizowane.

Wśród ubitego bydła znalazły się dwie córki chorej krowy. Mięso z reszty jej potomstwa, w tym ostatnie cielę zostało skonsumowane - podał Sławomirski.

Chora na BSE krowa - jak wyjaśniał PAP Główny Weterynarz Kraju - wykazuje objawy nerwowego porażenia i niedowładu mięśni. Nie każde chore zwierzę ma takie same objawy. Może ono dziwnie reagować na dźwięk i światło, może też kiwać się i zataczać. Krowy mogą np. - tłumaczył Kołodziej - skakać przez małe przeszkody, przez które normalnie by przeszły.

W poprzednich trzech wykrytych w Polsce przypadkach BSE chorobę rozpoznawano dopiero po badaniu mięsa krowy.

Po raz pierwszy BSE w kraju stwierdzono w maju tego roku w Małopolsce u krowy, która trafiła do ubojni w Mochnaczce Wyżnej koło Krynicy. Potwierdziły to badania laboratoryjne. Zwierzę dostarczone do ubojni w Mochnaczce nie wykazywało objawów nerwowych charakterystycznych dla BSE. Obecność prionów w mózgu krowy wykazały dopiero specjalistyczne badania. Do zarażenia doszło najprawdopodobniej drogą pokarmową, a nie genetyczną.

W sierpniu w wyniku rutynowych badań prób pobranych od krowy w rzeźni w województwie lubelskim odkryto, że jedna z nich wykazuje reakcję pozytywną na BSE. Próba pochodziła od ok. 12-letniej krowy z tego samego województwa. Badanie wykonano dwoma różnymi testami w Państwowym Instytucie Weterynarii w Puławach.

Trzeci przypadek BSE odkryto po koniec września. Krowa pochodziła z dużego stada w powiecie kluczborskim (woj. opolskie). Była potomstwem sprowadzonej z Holandii krowy, która żyje i nie ma objawów choroby. Mięso wykryto w rzeźni w woj. śląskim.

Pierwsze zachorowania krów na BSE zaobserwowano w Wielkiej Brytanii w kwietniu 1985 roku. Od tego czasu do końca marca br. w tym kraju odnotowano ponad 182 tys. przypadków BSE, blisko 2 tys. w Irlandii Północnej i zaledwie 3112 w pozostałych krajach świata.

Gąbczasta encefalopatia bydła (BSE) to śmiertelna, neurodegeneracyjna choroba, w której mózg zanika, zmieniając się w gąbczasta masę. Jest powodowana przez zakaźne białka - priony.

Odpowiednikiem BSE u ludzi jest znana od dawna choroba Creutzfeldta-Jakoba - ciężkie schorzenie układu nerwowego, zwykle dotykające osoby w wieku średnim i starszym. W ostatnich latach pojawiła się wśród osób młodych, co przypisuje się zakażeniom BSE.
 


Dziennik Polski, 29. marca 2003r.

Krowy bez dokumentów

Paszporty krów, które od początku stycznia miały być dokumentem potwierdzającym pochodzenie zwierząt, dopiero są drukowane. Rolnicy alarmują, że sprzedawane na wiosnę zwierzęta wypadają spoza wszelkiej kontroli.

Unia Europejska od kilku lat naciska, żeby Polska wprowadziła pełną ewidencję i kontrolę zwierząt hodowlanych ze względu bezpieczeństwa epidemiologicznego. Do końca ubiegłego roku za wydawanie tzw. świadectw pochodzenia zwierząt odpowiadali sołtysi wsi. Jak marny był to nadzór, pokazał pierwszy w Polsce przypadek krowy chorej na BSE, której pochodzenie ustalała dopiero prokuratura. 

Od stycznia kontrolę nad bydłem, kolczykowaniem zwierząt i wydawaniem tzw. paszportów z numerami stada i zwierzęcia miała w całości przejąć Agencja Rozwoju Rolnictwa i system AICS. Kolczykowanie bydła faktycznie się kończy, a paszportów nie widać. Krowy sprzedaje się obecnie bez żadnych dokumentów.

- Młode cielaki rodzą się i idą do sprzedaży bez żadnego kolczyka. Paszportów też ciągle nie ma od prawie 3 miesięcy. Sprzedałem na jarmarku swoją krowę, ale przecież mogła już trafić w kolejne ręce - opowiadał na spotkaniu z wicewojewodą małopolskim Ryszardem Pułtorakiem w Ludźmierzu jeden z rolników. - Starsi ludzie zupełnie się gubią w tych nowych przepisach.

Kierownik powiatowego oddziału AICS w Czarnym Dunajcu Jan Hajnos przyznaje, że paszporty jeszcze nie są gotowe, nie zostały jeszcze rozesłane do hodowców, którzy mają już zakolczykowane stada. Przedłuża się ich druk w Wytwórni Papierów Wartościowych. W tej sytuacji sekretarz Ministerstwa Rolnictwa wydał zarządzenie, że dokumenty potwierdzające pochodzenie bydła z wpisanym numerem kolczyka AICS mają nadal wydawać sołtysi. Jak tłumaczy Hajnos, zarządzenie zostało rozesłane do urzędów gmin, ale nie wszystkie gminy się do tego zastosowały. Taki stan tymczasowy z dokumentami może trwać nawet do końca tego roku. 

Sprzedający swoje bydło mają jeszcze jeden obowiązek. Powinni poinformować Agencję i system AICS o transakcji sprzedaży. Każdy kolczykujący bydło ma przekazywać gospodarzom dodatkowo druczek w formie karty pocztowej, na którym wpisuje się informację o sprzedaży krowy wraz z numerem pesel sprzedającego i nabywcy. W ten sposób system AICS nie powinien zgubić się w nadzorze nad obrotem zwierzetami. Wygląda na to jednak, że część rolników albo nie wie o tym obowiązku, albo się do niego nie stosuje. Za kilka miesięcy dostaną więc do domu paszport krowy, której od dawna już nie mają. 

Zdaniem Jana Hajnosa, sytuacja może się wyjaśnić po 15 kwietnia, wtedy bowiem wchodzi w życie kolejne zarządzenie, że do rzeźni można przyjmować tylko bydło z kolczykiem AICS. Kontrole przewożonego bydła ma prowadzić także policja. Wtedy obudzą się wszyscy ci, którzy nie dopilnowali zakolczykowania młodych sztuk, urodzonych już w ostatnich miesiącach po wizycie pracownika IACS, oraz osoby, które zupełnie nie wpuściły do siebie kolczykujących. Takie przypadki zdarzały się także na terenie powiatu nowotarskiego. Jeszcze przez kilka dni, do końca marca można telefonicznie informować dotychczasowych kolczykujących, żeby przyjechali do gospodarstwa i zaewidencjonowali pozostałe sztuki. Po tym terminie takie zgłoszenia można przekazywać już tylko do oddziałów terenowych IACS, ale nie wiadomo, kto i na czyj koszt przyjedzie zakolczykować bydło. Jak informował rolników w Ludźmierzu wojewoda Ryszard Półtorak, nie jest rozwiązana podstawowa sprawa - kto będzie ponosił koszt kolczykowania. Do 31 marca jest to robione z funduszy państwowych, trwają rządowe rozmowy, aby ten termin jeszcze przedłużyć. Docelowo jednak rolnicy sami będą płacić za akcję kolczykowania swoich stad. 

(KS)


 
 
"Słowo Polskie", 24. kwietnia 2003r.

Zabrakło testów

Koniec badań wykrywających BSE.

Choć wrocławskie laboratorium ma odpowiedni sprzęt i dobrze wyszkolony personel, nie wykonuje badań wykrywających BSE. Pobrane od krów czy owiec próbki wożone są do Leszna. Powód? Urząd zamówień publicznych nie zezwolił na zakup testów.

Wrocławskie laboratorium badania wykrywające BSE przeprowadzało od dwóch lat. Kilka tygodni temu skończyły mu się jednak testy francuskiej firmy Bioard, a urząd zamówień publicznych nie zezwolił na zakup kolejnych z tzw. wolnej ręki, a więc bez ogłaszania przetargu.

- Nie wiemy, dlaczego podjął taką decyzję, zwłaszcza że trzy inne laboratoria pieniądze na zakup testów otrzymały bez problemu - mówi Henryk Mądry, wojewódzki lekarz weterynarii. Ośrodki z Gdańska, Krakowa oraz Warszawy bez przeszkód pracują wykorzystując produkty firmy Bioard.

Inne testy nie pasują

Przystosowanie wrocławskiego laboratorium do badań wykrywających BSE kosztowało ponad 600 tysięcy złotych. Sprzęt kupiony za prawie 300 tysięcy złotych stoi teraz bezużyteczny (resztę pieniędzy przeznaczono na zaadaptowanie pomieszczeń). Pracy nie wykonuje także kilkunastoosobowa załoga, która przeszła specjalne szkolenia. Jednak zarówno wojewódzki lekarz weterynarii, jak i nadzorujący jego pracę wojewoda nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego tak się stało.

- Odwoływaliśmy się od decyzji prezesa urzędu zamówień publicznych, ale dwukrotnie podtrzymał decyzję odmowną - wyjaśnia Henryk Mądry. W przypadku laboratoriów wykonujących badania w kierunku BSE ogłaszanie przetargu na zakup testów mija się z celem.

- Dysponujemy sprzętem, który jest przystosowany tylko i wyłącznie do badań przy pomocy testów Bioard, dlatego wystąpiliśmy o zgodę na ich zakup z wolnej ręki - dodaje Henryk Mądry. Na rynku dostępne są jeszcze testy firm Prionics oraz Enfer. Właśnie te ostatnie stosuje laboratorium w Lesznie, do którego wożone są obecnie z Dolnego Śląska zagrożone BSE próbki od krów czy owiec.

Wrocław będzie badał

Henryk Mądry zapewnia, że badania znów będą wykonywane we Wrocławiu, gdy tylko pojawi się zgoda prezesa urzędu zamówień publicznych. Mirosława Adamczak, rzeczniczka wojewody dolnośląskiego, twierdzi natomiast, że wrocławskie laboratorium - zgodnie z decyzją prezesa - przeprowadzi przetarg nieograniczony. Ich optymizmu nie podziela Henryk Bujak, były wojewódzki lekarz weterynarii. Zawieszenie działalności przez wrocławskie laboratorium nazywa skandalem, za który odpowiedzialnymi czyni swojego następcę, czyli Henryka Mądrego oraz wojewodę dolnośląskiego. Twierdzi również, że ośrodek w Lesznie został wyposażony - po minimalnych kosztach - przez firmę Enfer i korzysta również z jej testów.

- Wydatki z budżetu państwa na badania w kierunku BSE wynoszą rocznie czterdzieści milionów złotych, a lwią część wydatków, około trzydziestu milionów, pochłaniają zakupy testów - mówi. Może to oznaczać, że sugeruje, iż komuś zależało, aby dać zarobić firmie Enfer.

BSE nam nie zagraża

Wiktor Niemczuk, kierownik Zakładu Higieny Weterynaryjnej, twierdzi, że żadnego zagrożenia dla konsumentów nie ma, bo próbki badane są w Lesznie. Ubolewa tylko, że sprzęt oraz pracownicy nie są w pełni wykorzystywani. Poza tym boi się, że wrocławskie laboratorium zostanie zlikwidowane. Jako jedno z czterech (na 16 zakładów higieny weterynaryjnej) robiło badania na BSE.

- To był nasz atut, a teraz, gdy go stracimy, to kto wie, co z nami będzie - mówi.
 Anna Szejda
 


Superexpress, 22. kwietnia 2003r.

Posłał żonę po kasę
Poseł Aleksander Grad kontroluje, jak państwo wydaje nasze pieniądze na spółki jego małżonki
Spółki, których współwłaścicielką jest żona posła Aleksandra Grada (Platforma Obywatelska), wygrywają milionowe przetargi organizowane przez państwową Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Agencję tę kontroluje osobiście... poseł Grad.
 
Warszawa

 Agencja buduje skomplikowany komputerowy system IACS, w którym znajdą się dane o wielkości upraw i pogłowiu bydła. Dzięki temu systemowi będzie możliwe wyliczenie unijnych dopłat dla polskich rolników. 

Dziwne przetargi

 Ale, aby to wszystko zadziałało, trzeba najpierw stworzyć lotniczą mapę kraju i zbudować bazę danych, tzw. System Identyfikacji Działek Rolnych. 

Agencja rozpisuje więc przetargi, w których najlepsze okazują się... spółki Małgorzaty Grad. Jej mąż Aleksander, były wojewoda tarnowski i wiceminister zdrowia w rządzie Jerzego Buzka, jest obecnie przewodniczącym sejmowej podkomisji, kontrolującej wprowadzanie systemu IACS. Czyli patrzy na ręce urzędników wypłacających pieniądze jego małżonce.

 Garść przykładów - przetarg ogłoszony w lutym na zdjęcia lotnicze (ponad 10 tys. km kwadratowych) wygrywa spółka Geokart z Tarnowa. W radzie nadzorczej spółki zasiada Małgorzata Grad. W kwietniu Przedsiębiorstwo Geodezyjno-Informatyczne Compass S.A. z Krakowa dostaje zlecenia z Agencji warte 1,3 mln zł. W radzie nadzorczej znów odnajdujemy panią Grad, a jej mąż wymieniany jest wśród założycieli spółki. Ale to nie koniec biznesowych sukcesów państwa Grad. Przetarg wartości 6,5 mln zł na bazę danych o działkach rolnych wygrywa konsorcjum: Małopolska Grupa Geodezyjno- -Projektowa S.A. (poseł Grad był w jej radzie nadzorczej do września 2002 r.) i Compass. Współwłaścicielką obu firm jest pani Małgorzata Grad.

 - Wygrywają otwarte przetargi, bo są najtańsi - tłumaczy poseł Aleksander Grad. - W Małopolskiej Grupie moja żona ma 25 procent udziałów, a w Compassie kilkanaście procent. Ja od sześciu lat nie prowadzę działalności gospodarczej. Wszystkie akcje przepisałem na żonę, z którą mam rozdzielność majątkową.

Miliardy do wzięcia

 Według Aleksandra Grada, nie ma w tym nic złego, że on jako przewodniczący podkomisji kontroluje urzędników, którzy zlecają intratne kontrakty spółkom żony.

 - Nie jestem ani ministrem, ani prezesem Agencji, nie podejmuję decyzji - tłumaczy. - Gdybym chciał pomóc żonie, to w komisji byłbym łagodny jak baranek. A ja ostro krytykuję działalność Agencji.

 Informacje o tym, że poseł Grad sam czerpie korzyści z systemu IACS, pojawiły się w internetowym portalu "Bez Cenzury". 

- To zemsta PSL za to, że patrzę im na ręce - komentuje Grad. - Od dawna szukali na mnie haka.

 Dotarliśmy do dokumentów sądowych, z których wynika, że w lipcu 2002 r. poseł Grad miał akcje spółki Compass warte 105 tys. zł. Nie ujawnił tego w poselskim oświadczeniu majątkowym. - Od wielu lat te akcje należą do mojej żony. To pomyłka sądu - tłumaczy poseł.

 Na system IACS pieniądze daje budżet państwa i Unia Europejska. Wciąż nie wiadomo, kiedy system będzie gotowy i czy zadziała. Polski IACS ma kosztować 4 miliardy złotych. 


Leszek Kraskowski


Dziennik Polski, 27. maja 2003r.

Kryzysowa ścieżka

Opóźnienia są tak poważne, że nie wiadomo, 
czy rolnicy dostaną na czas unijne pieniądze

(INF. WŁ.) Coraz mniej prawdopodobne wydaje się utworzenie Zintegrowanego Systemu Administracji i Kontroli Produkcji Żywności IACS w terminie, czyli do maja przyszłego roku, kiedy Polska ma dołączyć do Unii Europejskiej. Jeśli ta pesymistyczna prognoza spełni się, w przyszłym roku rolnicy nie otrzymają dopłat z unijnego budżetu. W Małopolsce sytuacja jest szczególnie trudna ze względu na dużo większe niż w innych rejonach rozdrobnienie gospodarstw.

Pierwszy etap budowy IACS - czyli kolczykowanie i komputerowa ewidencja bydła w Polsce - został zakończony w marcu. Niestety, kolejne utknęły. - IACS znalazł się na kryzysowej ścieżce - mówią posłowie z sejmowej Komisji Rolnictwa. Oznacza to, że czasu jest bardzo mało: jeśli za rok system nie będzie gotowy, rolnicy - którzy na wiosnę przyszłego roku mają składać wnioski o unijne dopłaty - nie otrzymają pieniędzy w ustalonym terminie, czyli w ostatnim kwartale 2004 r.

Okazuje się jednak, że winien jest nie tylko resort rolnictwa, realizująca program Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale także posłowie, którzy zwlekają z przyjęciem niezbędnych do wdrożenia systemu 11 aktów prawnych - ustaw znowelizowanych oraz całkiem nowych, jak np. ustawa o dopłatach bezpośrednich do użytków rolnych czy ustawa o uruchamianiu środków z Europejskiego Funduszu Orientacji i Gwarancji w Rolnictwie. Trudno natomiast doliczyć się, ile rozporządzeń będzie musiał jeszcze wydać minister rolnictwa; podczas obrad Komisji Rolnictwa była mowa o pięćdziesięciu.

Najtrudniej w Małopolsce

Zdecydowanie lepszy nastrój panuje w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Jej rzecznik, Dariusz Panasiuk, przekonuje, że sytuacja kryzysowa przy takim przedsięwzięciu to "rzecz normalna". Przedsięwzięcie w istocie jest niebagatelne: ewidencja wszystkich zwierząt hodowlanych, wprowadzenie do systemu wszystkich gospodarstw rolnych o powierzchni powyżej 1ha, których jest w Polsce około 1,8 mln. Bodaj najtrudniej jest w Małopolsce, gdyż gospodarstwa są tutaj bardzo rozdrobnione; ich liczbę szacuje się aż na 220 tysięcy.

Jeden z głównych problemów to wdrożenie sprawnego systemu komputerowego, obejmującego wszystkie wojewódzkie i powiatowe biura agencji. - Do końca czerwca zostanie on oddany do testowania, które musi zakończyć się do końca września, natomiast najpóźniej do końca sierpnia parlament powinien uchwalić niezbędne ustawy. Niestety, istnieje obawa, że IACS stanie się przedmiotem rozgrywek politycznych, czego - w przededniu kampanii wyborczej do parlamentu - nie można wykluczyć - przyznaje Dariusz Panasiuk.

Bodaj najbardziej oczekiwana jest nowelizacja ustawy weterynaryjnej, której brak uniemożliwia wdrożenie kolejnego etapu IACS - znakowania trzody chlewnej, owiec i kóz. W myśl przepisów, operację tę sfinansować mają sami rolnicy (za kolczykowanie krów i cieląt płaciła ARiMR), którzy jednak wcale nie mają na to ochoty. W ocenie pracowników agencji, bez zmiany zasad nie ma szans na uporanie się z tym do maja przyszłego roku. Dlatego ARiMR przygotowała - wniesiony z początkiem roku do laski marszałkowskiej przez PSL - projekt nowelizacji ustawy weterynaryjnej, która przewiduje, że za całą operację, której koszt w skali kraju oszacowano na około 40 mln zł, zapłaci agencja. Posłowie jednak najwyraźniej sprawę uważają za niezbyt istotną, bo nadal nie wiadomo, kiedy nowela zostanie przyjęta.

Czasowe wyłączenie?

Do czasu referendum w Polsce unijni urzędnicy raczej nie będą podnosić sprawy programu IACS, ale potem temat wróci. Już dziś nieoficjalnie mówi się, że opracowują wariant czasowego wyłączenia Polski z unijnej polityki rolnej na wypadek, gdyby IACS nie był gotów na czas. To oznaczałoby pozbawienie naszych rolników dopłat bezpośrednich, a naszego kraju - takich instrumentów regulacji rynku, jak dopłaty do eksportu, interwencyjny skup i ceny gwarantowane. Gra idzie zatem o dużą stawkę. Musimy liczyć się z tym, że nawet niewielkie opóźnienie czy drobne uchybienia z naszej strony mogą zostać wykorzystane jako pretekst do niedopuszczenia w ustalonym terminie naszych artykułów rolnych na unijne rynki.

DOROTA STEC-FUS

KORUPCJA W POLSCE

POSZERZENIE UNII EUROPEJSKIEJ

Wariant Choroby Creutzfeldta-Jakoba (vCJD) w kapsułce



 

Nasz Dziennik, 3. grudnia 2003r.

Do Polski trafiły chore krowy z Niemiec

Niemieckie służby weterynaryjne sfałszowały zaświadczenie o stanie zdrowia sprowadzonego do Polski stada krów. Koszty utylizacji zwierząt i ewentualne konsekwencje rozprzestrzenienia się wirusa poniesie strona polska

Do Środy Wielkopolskiej i Leszna trafiło stado chorych krów, sprowadzone przez niemiecką spółkę. Cierpiące na chorobę wirusową jałówki przejechały granicę dzięki wystawieniu przez niemieckiego lekarza weterynarii sfałszowanych zaświadczeń o stanie zdrowia transportowanego bydła. Autentyczności dokumentów nie sprawdziły ani niemieckie, ani polskie służby graniczne. Teraz Niemcy uniemożliwiają zwrot chorych zwierząt. Część z krów została już ubita, jednak przechowywanie ich powoduje znaczne koszty i grozi rozprzestrzenieniem się wirusa.
- Część chorych krów już ubito. Władze niemieckie nie zgodziły się na zwrot jałówek i w związku z tym kłopot z usunięciem zwierząt leży po stronie polskich służb weterynaryjnych - poinformował doktor Dariusz Karczewski, powiatowy lekarz weterynarii w Środzie Wielkopolskiej.
To właśnie do Środy Wielkopolskiej oraz Leszna trafiło blisko trzysta krów sprowadzonych do naszego kraju przez eksportera, niemiecką firmę Arima-Bis. Kiedy po przewiezieniu stada przez granicę poddano bydło zgodnej z polskim prawem kwarantannie i badaniom na obecność groźnych chorób, okazało się, że wbrew danym podanym w zaświadczeniu przewozowym przez niemieckiego lekarza weterynarii zwierzęta nie są zdrowe. Specjalistyczne badania wykonane przez powiatowych lekarzy weterynarii oraz późniejsze, przeprowadzone przez Instytut Weterynarii w Puławach, wykazały, że sprowadzone do Polski z Niemiec krowy cierpią na groźne zakaźne choroby wirusowe, m.in. tzw. zapalenie dróg rodnych u bydła. Choroba ta znajduje się na zatwierdzonym przez Unię Europejską specjalnym wykazie chorób podlegających rejestracji.
Zgodnie z międzynarodowymi regulacjami badania bydła przeprowadza się w miejscu jego wysyłki - a więc w tym wypadku w Niemczech - a w wystawianych dokumentach przewozowych lekarz weterynarii musi zaznaczyć, czy bydło nie było chore, a jeśli tak, to czy i jakie leczenie stosowano. Tak przygotowane dokumenty są podstawą do legalnego transportu zwierząt przez granicę. Jak więc doszło do tego, że poważnie chore niemieckie bydło przejechało przez dwie granice i dotarło do Polski? Co więcej - jak wynika z dokumentów wystawionych przez niemieckich lekarzy, rzekomo miało być ono całkowicie zdrowe. Zdaniem polskich służb weterynaryjnych, winę za to, że chore jałówki dotarły do Polski, ponosi strona niemiecka, a konkretnie lekarz weterynarii, który wystawił nieprawdziwe dokumenty. - Niemiecki lekarz weterynarii poświadczył nieprawdę. Podpisał oświadczenie, które mówi o tym, że zwierzęta są wolne od chorób eliminujących je z obrotu rynkowego. Dlatego też bez problemów przejechały przez granicę.
Celnicy opierali się na dokumentach wystawionych przez było nie było niemieckiego fachowca - twierdzą polscy weterynarze.
Łącznie w stadzie liczącym 300 sztuk już ponad 260 jałówek cierpi na wirusową chorobę. Niewykluczone, że mogła ona rozprzestrzenić się wśród zwierząt w czasie transportu, wirus bowiem potrzebuje niewiele czasu, by zainfekować kolejne zwierzę. Dlatego też zarażone jałówki, których 61 trafiło do Środy Wielkopolskiej, a aż 200 do Leszna, muszą być ściśle izolowane od zdrowych osobników. Zgodnie z przepisami ustawy weterynaryjnej chore krowy sprowadzone z Niemiec, jako zwierzęta niespełniające wymogów głównego lekarza weterynarii, powinny zostać zabite lub zwrócone zagranicznemu eksporterowi. Z tym jednak jest poważny problem. Mimo że niemiecka firma Arima-Bis - eksporter chorych zwierząt - zgodziła się przyjąć je z powrotem, okazało się, że jałówki do Niemiec wjechać nie mogą. Stanowcze weto postawiły bowiem niemieckie służby weterynaryjne, tłumacząc to unijnymi przepisami zakazującymi transportu chorych zwierząt. Sprzeciw wobec przewozu zwierząt do Niemiec wyrazili również niemieccy celnicy, którzy wcześniej nie zadali sobie trudu sprawdzenia stanu zdrowia zwierząt i wiarygodności dokumentów, a teraz podpierają się negatywną opinią niemieckich weterynarzy. Zdecydowaną interwencję w tej sprawie zapowiedział główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, zwracając się ze skargą do niemieckiej ambasady. Jednak - jak ustaliliśmy - nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Ambasada Niemiec milczy.
Rozwiązaniem mogłoby być natychmiastowe zabicie i utylizacja chorych zwierząt, tak by groźny wirus się nie rozprzestrzeniał. Jednak i to chwilowo jest niemożliwe. Część krów jest bowiem cielna.
Zdaniem doktora Lesława Szabłońskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii w Poznaniu, chorych jałówek nie można zabić, zanim się nie wycielą, a do tego czasu trzeba je karmić. Chore krowy nadal więc przebywają na terenie Polski. Muszą być izolowane od zdrowych zwierząt, co wiąże się ze znacznymi problemami, wymagają również stałej opieki weterynaryjnej - przy każdym wycieleniu i utylizacji musi być obecny lekarz weterynarii sporządzający stosowny protokół.
Jak podała jedna z lokalnych poznańskich rozgłośni radiowych, w Środzie Wielkopolskiej, gdzie m.in. trafiły zarażone zwierzęta, zabito i utylizowano na razie dopiero trzydzieści chorych krów.

Wojciech Wybranowski, Poznań


 
Nasz Dziennik, 7. stycznia 2005r.

Lobbyści z Komisji Europejskiej

Na wieść o tym, że polska firma wygrała przetarg na dostawę dla naszych laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa na BSE, UE powiedziała "nie"

Już nie tylko niesprawiedliwe wypowiedzi wysokiego urzędnika KE kierowane przeciwko Polsce bulwersują nawet zagorzałych unioentuzjastów. Wszystko wskazuje na to, że szykuje się poważny zgrzyt w stosunkach Polski z Komisją Europejską. W grudniu urzędnicy unijni unieważnili wart blisko 12 mln euro przetarg na dostawę dla naszych laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa na BSE. Zdaniem polskich urzędników - bezpodstawnie, bo po stronie polskiej wszystko było w porządku. Za to po unijnej - nie do końca, gdyż jeden z eurourzędników miał lobbować na rzecz firmy ze swojego kraju.
Kontrowersji i protestów nie brakuje, przedstawiciele polskich władz nieśmiało - przynajmniej na razie - interweniują, a inspekcja weterynaryjna alarmuje, że nie ma środków na wyposażenie laboratoriów we własnym zakresie.
710 tys. testów niemal w całości miało zaspokoić polskie zapotrzebowanie i pozwolić na zaoszczędzenie około 40 mln zł z budżetu krajowego. Sprawa jest poważna, bo braki w laboratoriach mogą przynieść katastrofalne skutki.
"Wynikłe następstwa dotkną wielu aspektów życia gospodarczego kraju, w tym m.in. spowodują: zaprzestanie badań monitorowania grup ryzyka dla BSE, od końca stycznia zaprzestanie badań bydła w kierunku BSE, brak możliwości certyfikacji zdrowotnej produktów pochodzących od bydła, przeznaczonych do handlu i na eksport, załamanie rozwoju handlu i eksportu wołowiny" - wylicza Główny Inspektorat Weterynarii (GIW) w alarmującym liście do Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej (UKIE).
Prośbę o interwencję w UKIE złożyły też resort rolnictwa oraz Jednostka Finansująco-Kontraktująca (JFK) - organ pośredniczący w zamówieniach z Phare (przetarg miał być sfinansowany ze środków przedakcesyjnych). Dramatyczne pisma miały za zadanie sprowokować UKIE do zajęcia jednoznacznego, ostrego stanowiska w stosunku do Reprezentacji Komisji Europejskiej (RKE).
Wyżsi urzędnicy UKIE są zdania, że przetarg należałoby powtórzyć i zastosować procedury negocjacyjne. Przy tym zrobić to tak, aby nie stracić pieniędzy. Natomiast cofnięcie decyzji RKE wydaje się UKIE raczej niemożliwe. Zdaniem polskich ekspertów, JFK oraz GIW, zarzuty dotyczące pracy komisji przetargowej są nieuzasadnione, marginalne oraz wydumane.
- To prawda, nie zgadzamy się z oceną raportu komisji przetargowej przez RKE. Przetarg ponadto był prowadzony przy udziale eksperta unijnego, który określił, że wszystko było w porządku, a dopiero potem komisja unijna doszukała się "nieprawidłowości" - powiedział Krzysztof Jażdżewski, p.o. główny lekarz weterynarii.
Tymczasem polskie instytucje sugerują, że przedstawiciele unijnej administracji na siłę szukali proceduralnych kruczków, żeby unieważnić przetarg, który wygrały polskie firmy. Czyżby robili to w interesie jednej z firm unijnych (konkretnie holenderskiej), która nie zdążyła wystartować w postępowaniu (stara się o certyfikaty i nie mogła złożyć oferty)? Nasi specjaliści argumentują, że prace komisji przetargowej nadzorował unijny kontroler, którego wszystkie sugestie, w tym zmiany w specyfikacji, zostały przez komisję uwzględnione i który nie zgłaszał żadnych uwag do prac komisji. Unijny ekspert zaś jest po to, żeby pilnować procedury. Zdziwienie może budzić fakt, że nie zgłaszał on uwag dotyczących sposobu oceny, a także ostatecznie wyłonionych oferentów, a jego ocena poszczególnych ofert była zbieżna z oceną ekspertów. Dlatego przetarg powinien zostać zaakceptowany.
Zarzuty strony polskiej do urzędników unijnych są jeszcze mocniejsze. - Jakkolwiek fakt samego odrzucenia jest zadziwiający, to równie zadziwiające było zachowanie jednego z menedżerów, który okresowo uczestniczył w procesie oceny ofert i wygłaszał przy tym uwagi dotyczące ewentualnego dopuszczenia do przetargu innych firm, m.in. holenderskiej firmy oferującej także testy na BSE - poinformowała UKIE inspekcja weterynaryjna.
W takiej sytuacji powstaje pytanie, czy zagrożenie przerwania badań na BSE jest duże.
- Poczyniliśmy pewne zapasy, żeby testów nie zabrakło, i zrobiliśmy to wcześniej, bo unieważnienie przetargu można było przewidzieć. Jak jest w innych inspektoratach, nie wiem, ale rzeczywiście dochodzą słuchy, że testów może zabraknąć. Jeżeli tak się stanie, badania trzeba będzie przerwać, ubój mięsa wstrzymać - powiedział jeden z wojewódzkich lekarzy weterynarii.
Inspektoraty nie mają pieniędzy na zakup testów, a jeśli środki się pojawią, może wystąpić problem z ich wydaniem w odpowiednim czasie, bo trzeba będzie zorganizować przetargi.
Główny lekarz weterynarii liczy na kompromis z Komisją Europejską. - Istnieje szansa, by zyskać zgodę na procedurę negocjacyjną. Jeśli Unia się nie zgodzi, będzie rzeczywiście problem. Ale pieniądze muszą się znaleźć. Nie ma takiej możliwości, żeby zabrakło ich akurat na te testy - mówi Krzysztof Jażdżewski.
Testy na BSE muszą zostać przeprowadzone na każdej krowie powyżej 30. miesiąca życia. Inaczej jej mięso nie zostanie dopuszczone do sprzedaży.
oprac. gama, PAP

To dopiero początek

Prób uczynienia sobie z Polski przez KE i inne ośrodki władzy, także gospodarczej, republiki bananowej, czyli kraju, na którym będzie można łatwo, bezpiecznie i szybko zarobić, będzie jeszcze więcej. Słabość polityczna rządów polskich po prostu prowokuje unijnych urzędników do zarabiania na Polsce.
Prowokują i ośmielają do podejmowania takich decyzji, które mogą przysporzyć korzyści krajowi pochodzenia eurourzędnika-lobbysty. Wystarczy, że firma zachodnia przegrywa z firmą polską - to już jest dostateczny powód do unieważnienia przetargu. Tak się stało w grudniu ubiegłego roku.
Jednak problem może mieć i drugie dno. Zawirowanie wokół testów na BSE być może jest obliczone na wyeliminowanie polskiej wołowiny z rynków zachodnich. Zresztą sprzedaż tego mięsa do starej Unii już spada. A jeszcze niedawno, w maju - czerwcu 2004 r., wywożono z naszego kraju całe tiry cieląt, jałówek i dorodnych opasów.
Można odnieść przykre wrażenie, że trwa akcja przeciwko polskim rolnikom hodującym bydło. Sprawa przetargu na zakup testów na BSE jest tylko jednym z elementów szerszej kampanii "wycinania" Polski z rynków rolnych. Drugim elementem jest stosowanie przez zagraniczne firmy produkujące pasze dla zwierząt domieszek soi genetycznie zmodyfikowanej. Jeśli dzisiaj np. Francja milczy na ten temat, to w stosownym momencie jej minister rolnictwa nie zawaha się ani na chwilę i brutalnie wytknie Polsce stosowanie w żywieniu bydła soi genetycznie zmodyfikowanej, aby polskie mleczarstwo okryć złą sławą. Bo niby dlaczego polskie sery czy jogurty mają wpychać się tam, gdzie do końca świata (według Francuzów) mają niepodzielnie rządzić ich wyroby mleczarskie?
Jeśli będziemy mieli uległych wobec Brukseli rządzących, eurounijni urzędnicy wytną nam jeszcze wiele numerów i siłą postawią do kąta. Unia jest tworem o charakterze bizantyjskim - dlatego uległość, oddanie i służalczość rządów Leszka Millera czy Marka Belki traktowane są jak słabość. Słabych trzeba wyzyskiwać na ile tylko dadzą się wyzyskać. I wyzyskują.

Marek Garbacz

Gazeta Wyborcza, 14. stycznia 2005r.

Czym karmiono zwierzęta, które jemy?
 Lech Bojarski 

Przez ponad rok nieuczciwi hodowcy mogli karmić zwierzęta paszą z zabronionymi mączkami mięsno-kostnymi - mówią weterynarze. Specjaliści uspokajają, że nie grozi nam zakażenie chorobą szalonych krów, ale przepisy o mączkach zaostrzono

Przyczyną epidemii BSE było właśnie karmienie bydła mączką mięsno-kostną, która zawierała chorobotwórcze białka - tzw. priony. Tymczasem w Polsce mimo wprowadzonego w listopadzie 2003 r. zakazu wykorzystywania mączki w paszach dla zwierząt gospodarskich (krów, świni, owiec, kóz) rolnicy nadal to robili. Kupowali mączki jako tzw. polepszacze gleby i mieszali je z paszą.

Przez ostatni rok nie było w kraju skutecznej kontroli nad tym, gdzie trafiają mączki i jak są wykorzystywane.

Martwe dusze na zakupach

Teoretycznie za nadzór nad obrotem mączkami odpowiadali powiatowi lekarze weterynarii. To do nich trafiały listy osób, które kupowały mączki u producentów. Zadaniem lekarzy była i jest kontrola mieszalni pasz czy gospodarstw.

- To wszystko było fikcją - mówi Kazimierz Pajączkowski, powiatowy lekarz weterynarii w Gnieźnie. - Zakład sprzedający mączki nie wymagał od kupujących wylegitymowania się, więc ci wpisywali fałszywe adresy i nazwiska. Na przykład zakład w Osetnicy powiadomił nas, że mączkę kupił u nich jeden z rolników z naszego powiatu. Inspektor pojechał do wskazanej wsi i nie znalazł rolnika o takim nazwisku i adresie.

Pajączkowski opowiada o kontroli, którą chciano przeprowadzić u około dziesięciu hodowców kupujących mączkę. Okazało się, że tylko jeden istniał naprawdę, reszta podała nieprawdziwe dane.

Podobne doświadczenia ma Lech Gogolewski, powiatowy lekarz weterynarii w Poznaniu. - Z kilkunastu kontroli, które przeprowadziliśmy wśród osób zaopatrujących się w polepszacze, tylko dwie mogły się odbyć naprawdę, bo reszta osób nie istniała - mówi.

Dlaczego na listach, które dostawali weterynarze, widniały niemal wyłącznie "martwe dusze"? Żeby inspektorzy weterynarii nie mogli później sprawdzić, do jakich celów mączka będzie faktycznie wykorzystana.

- Mączki to bardzo tanie i łatwo przyswajalne białko. Dodane do pasz przyspieszają rozwój zwierzęcia - mówi osoba parająca się produkcją żywności dla zwierząt.

Złe mączki są palone

- Część mączek kupowanych przez nieuczciwych rolników na pewno trafiła do koryt, ale czy większość? Nie wiem - mówi Stanisława Mróz-Dembińska, wojewódzki inspektor ds. nadzoru nad środkami żywienia zwierząt i nadzorem nad ubocznymi produktami zwierzęcymi w Wielkopolsce. - Problem w tym, że taki hodowca nie ponosi żadnych poważniejszych konsekwencji. Płaci 500 zł mandatu, a sprawa, która trafia do prokuratury, jest natychmiast umarzana ze względu na niską szkodliwość czynu.

Mróz-Dembińska uspokaja, że podczas kontroli w gospodarstwach (w ciągu roku sprawdza się ich dużo, bo co dziesiąte) zdarzały się tylko pojedyncze przypadki znajdowania mączek w paszach.

Główny lekarz weterynarii Krzysztof Jażdżewski zapewnia, że nie musimy się obawiać zakażenia chorobą szalonych krów. - Mączka jest groźna wtedy, gdy jest skażona prionami, a wszystkie zagrożone takim skażeniem mączki są u nas od razu palone - twierdzi.

O braku faktycznego nadzoru nad obrotem mączkami donosiła już w ubiegłym roku Najwyższa Izba Kontroli. Efektem jej kontroli jest m.in. nowe rozporządzenie ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Od 6 stycznia hodowca, który kupuje mączkę, musi wylegitymować się sprzedawcy jakimś dowodem tożsamości. Sprzedawca powinien z kolei spisać dane hodowcy na specjalnym formularzu, w trzech egzemplarzach. Po jednym dostają obie strony transakcji, a trzeci trafia do powiatowego lekarza weterynarii.

- To powinno zapewnić identyfikację rolnika, który kupuje mączkę - uważają weterynarze.

Re: Czym karmiono zwierzęta, które jemy?
               Autor: Gość: jdj IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl
               Data: 13.01.2005 06:54
               Tak tak teraza maczka a wczesniej testy na BSE (Puls biznesu)przekret za
               przekretem,jestem ciekawy czy to ktos wogole wyjasnii wlasciwe osoby ponoiosa
               konsekwencje.Przeciez ta zywnosc to my jemy.SKANDAL
Re: Czym karmiono zwierzęta, które jemy?
               Autor: Gość: Utylizator IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
               Data: 13.01.2005 09:37
               W branzy utylizacyjnej talemnica poliszynela jest fakt tzw. utylizacji
               papierów. Polega ono na tym, że zamiast palić zagrozone odpady, przerabia sie
               je na maczke i sprzedaje rolnikom. Utylizuje sie jedynie papiery w
               zaprzyjaznionym zakładzie. Tak postepuje m.in. senator Stokłosa, który
               oficjalnie nie ma pozwolenia na przerob surowca zagrozonego BSE
Re:Przecież oni karmili bydło przeznaczone nie
               Autor: marp100
               Data: 13.01.2005 10:22
               do jedzenia (dla siebie), tylko na sprzedaż!
               O co Wam więc chodzi???
               A swoją drogą jeszcze mi w uszach brzmią niedawne 100%-towe zapewnienia różnych
               ministrów rolnictwa, że w Polsce BSE nie występuje i nie wystąpi, bo ...bele,
               ble, ble...
 


 
Nasz Dziennik, 3. grudnia 2003r.

Do Polski trafiły chore krowy z Niemiec

Niemieckie służby weterynaryjne sfałszowały zaświadczenie o stanie zdrowia sprowadzonego do Polski stada krów. Koszty utylizacji zwierząt i ewentualne konsekwencje rozprzestrzenienia się wirusa poniesie strona polska

Do Środy Wielkopolskiej i Leszna trafiło stado chorych krów, sprowadzone przez niemiecką spółkę. Cierpiące na chorobę wirusową jałówki przejechały granicę dzięki wystawieniu przez niemieckiego lekarza weterynarii sfałszowanych zaświadczeń o stanie zdrowia transportowanego bydła. Autentyczności dokumentów nie sprawdziły ani niemieckie, ani polskie służby graniczne. Teraz Niemcy uniemożliwiają zwrot chorych zwierząt. Część z krów została już ubita, jednak przechowywanie ich powoduje znaczne koszty i grozi rozprzestrzenieniem się wirusa.
- Część chorych krów już ubito. Władze niemieckie nie zgodziły się na zwrot jałówek i w związku z tym kłopot z usunięciem zwierząt leży po stronie polskich służb weterynaryjnych - poinformował doktor Dariusz Karczewski, powiatowy lekarz weterynarii w Środzie Wielkopolskiej.
To właśnie do Środy Wielkopolskiej oraz Leszna trafiło blisko trzysta krów sprowadzonych do naszego kraju przez eksportera, niemiecką firmę Arima-Bis. Kiedy po przewiezieniu stada przez granicę poddano bydło zgodnej z polskim prawem kwarantannie i badaniom na obecność groźnych chorób, okazało się, że wbrew danym podanym w zaświadczeniu przewozowym przez niemieckiego lekarza weterynarii zwierzęta nie są zdrowe. Specjalistyczne badania wykonane przez powiatowych lekarzy weterynarii oraz późniejsze, przeprowadzone przez Instytut Weterynarii w Puławach, wykazały, że sprowadzone do Polski z Niemiec krowy cierpią na groźne zakaźne choroby wirusowe, m.in. tzw. zapalenie dróg rodnych u bydła. Choroba ta znajduje się na zatwierdzonym przez Unię Europejską specjalnym wykazie chorób podlegających rejestracji.
Zgodnie z międzynarodowymi regulacjami badania bydła przeprowadza się w miejscu jego wysyłki - a więc w tym wypadku w Niemczech - a w wystawianych dokumentach przewozowych lekarz weterynarii musi zaznaczyć, czy bydło nie było chore, a jeśli tak, to czy i jakie leczenie stosowano. Tak przygotowane dokumenty są podstawą do legalnego transportu zwierząt przez granicę. Jak więc doszło do tego, że poważnie chore niemieckie bydło przejechało przez dwie granice i dotarło do Polski? Co więcej - jak wynika z dokumentów wystawionych przez niemieckich lekarzy, rzekomo miało być ono całkowicie zdrowe. Zdaniem polskich służb weterynaryjnych, winę za to, że chore jałówki dotarły do Polski, ponosi strona niemiecka, a konkretnie lekarz weterynarii, który wystawił nieprawdziwe dokumenty. - Niemiecki lekarz weterynarii poświadczył nieprawdę. Podpisał oświadczenie, które mówi o tym, że zwierzęta są wolne od chorób eliminujących je z obrotu rynkowego. Dlatego też bez problemów przejechały przez granicę.
Celnicy opierali się na dokumentach wystawionych przez było nie było niemieckiego fachowca - twierdzą polscy weterynarze.
Łącznie w stadzie liczącym 300 sztuk już ponad 260 jałówek cierpi na wirusową chorobę. Niewykluczone, że mogła ona rozprzestrzenić się wśród zwierząt w czasie transportu, wirus bowiem potrzebuje niewiele czasu, by zainfekować kolejne zwierzę. Dlatego też zarażone jałówki, których 61 trafiło do Środy Wielkopolskiej, a aż 200 do Leszna, muszą być ściśle izolowane od zdrowych osobników. Zgodnie z przepisami ustawy weterynaryjnej chore krowy sprowadzone z Niemiec, jako zwierzęta niespełniające wymogów głównego lekarza weterynarii, powinny zostać zabite lub zwrócone zagranicznemu eksporterowi. Z tym jednak jest poważny problem. Mimo że niemiecka firma Arima-Bis - eksporter chorych zwierząt - zgodziła się przyjąć je z powrotem, okazało się, że jałówki do Niemiec wjechać nie mogą. Stanowcze weto postawiły bowiem niemieckie służby weterynaryjne, tłumacząc to unijnymi przepisami zakazującymi transportu chorych zwierząt. Sprzeciw wobec przewozu zwierząt do Niemiec wyrazili również niemieccy celnicy, którzy wcześniej nie zadali sobie trudu sprawdzenia stanu zdrowia zwierząt i wiarygodności dokumentów, a teraz podpierają się negatywną opinią niemieckich weterynarzy. Zdecydowaną interwencję w tej sprawie zapowiedział główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, zwracając się ze skargą do niemieckiej ambasady. Jednak - jak ustaliliśmy - nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Ambasada Niemiec milczy.
Rozwiązaniem mogłoby być natychmiastowe zabicie i utylizacja chorych zwierząt, tak by groźny wirus się nie rozprzestrzeniał. Jednak i to chwilowo jest niemożliwe. Część krów jest bowiem cielna.
Zdaniem doktora Lesława Szabłońskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii w Poznaniu, chorych jałówek nie można zabić, zanim się nie wycielą, a do tego czasu trzeba je karmić. Chore krowy nadal więc przebywają na terenie Polski. Muszą być izolowane od zdrowych zwierząt, co wiąże się ze znacznymi problemami, wymagają również stałej opieki weterynaryjnej - przy każdym wycieleniu i utylizacji musi być obecny lekarz weterynarii sporządzający stosowny protokół.
Jak podała jedna z lokalnych poznańskich rozgłośni radiowych, w Środzie Wielkopolskiej, gdzie m.in. trafiły zarażone zwierzęta, zabito i utylizowano na razie dopiero trzydzieści chorych krów.

Wojciech Wybranowski, Poznań


 
Nasz Dziennik, 3. grudnia 2003r.

Do Polski trafiły chore krowy z Niemiec

Niemieckie służby weterynaryjne sfałszowały zaświadczenie o stanie zdrowia sprowadzonego do Polski stada krów. Koszty utylizacji zwierząt i ewentualne konsekwencje rozprzestrzenienia się wirusa poniesie strona polska

Do Środy Wielkopolskiej i Leszna trafiło stado chorych krów, sprowadzone przez niemiecką spółkę. Cierpiące na chorobę wirusową jałówki przejechały granicę dzięki wystawieniu przez niemieckiego lekarza weterynarii sfałszowanych zaświadczeń o stanie zdrowia transportowanego bydła. Autentyczności dokumentów nie sprawdziły ani niemieckie, ani polskie służby graniczne. Teraz Niemcy uniemożliwiają zwrot chorych zwierząt. Część z krów została już ubita, jednak przechowywanie ich powoduje znaczne koszty i grozi rozprzestrzenieniem się wirusa.
- Część chorych krów już ubito. Władze niemieckie nie zgodziły się na zwrot jałówek i w związku z tym kłopot z usunięciem zwierząt leży po stronie polskich służb weterynaryjnych - poinformował doktor Dariusz Karczewski, powiatowy lekarz weterynarii w Środzie Wielkopolskiej.
To właśnie do Środy Wielkopolskiej oraz Leszna trafiło blisko trzysta krów sprowadzonych do naszego kraju przez eksportera, niemiecką firmę Arima-Bis. Kiedy po przewiezieniu stada przez granicę poddano bydło zgodnej z polskim prawem kwarantannie i badaniom na obecność groźnych chorób, okazało się, że wbrew danym podanym w zaświadczeniu przewozowym przez niemieckiego lekarza weterynarii zwierzęta nie są zdrowe. Specjalistyczne badania wykonane przez powiatowych lekarzy weterynarii oraz późniejsze, przeprowadzone przez Instytut Weterynarii w Puławach, wykazały, że sprowadzone do Polski z Niemiec krowy cierpią na groźne zakaźne choroby wirusowe, m.in. tzw. zapalenie dróg rodnych u bydła. Choroba ta znajduje się na zatwierdzonym przez Unię Europejską specjalnym wykazie chorób podlegających rejestracji.
Zgodnie z międzynarodowymi regulacjami badania bydła przeprowadza się w miejscu jego wysyłki - a więc w tym wypadku w Niemczech - a w wystawianych dokumentach przewozowych lekarz weterynarii musi zaznaczyć, czy bydło nie było chore, a jeśli tak, to czy i jakie leczenie stosowano. Tak przygotowane dokumenty są podstawą do legalnego transportu zwierząt przez granicę. Jak więc doszło do tego, że poważnie chore niemieckie bydło przejechało przez dwie granice i dotarło do Polski? Co więcej - jak wynika z dokumentów wystawionych przez niemieckich lekarzy, rzekomo miało być ono całkowicie zdrowe. Zdaniem polskich służb weterynaryjnych, winę za to, że chore jałówki dotarły do Polski, ponosi strona niemiecka, a konkretnie lekarz weterynarii, który wystawił nieprawdziwe dokumenty. - Niemiecki lekarz weterynarii poświadczył nieprawdę. Podpisał oświadczenie, które mówi o tym, że zwierzęta są wolne od chorób eliminujących je z obrotu rynkowego. Dlatego też bez problemów przejechały przez granicę.
Celnicy opierali się na dokumentach wystawionych przez było nie było niemieckiego fachowca - twierdzą polscy weterynarze.
Łącznie w stadzie liczącym 300 sztuk już ponad 260 jałówek cierpi na wirusową chorobę. Niewykluczone, że mogła ona rozprzestrzenić się wśród zwierząt w czasie transportu, wirus bowiem potrzebuje niewiele czasu, by zainfekować kolejne zwierzę. Dlatego też zarażone jałówki, których 61 trafiło do Środy Wielkopolskiej, a aż 200 do Leszna, muszą być ściśle izolowane od zdrowych osobników. Zgodnie z przepisami ustawy weterynaryjnej chore krowy sprowadzone z Niemiec, jako zwierzęta niespełniające wymogów głównego lekarza weterynarii, powinny zostać zabite lub zwrócone zagranicznemu eksporterowi. Z tym jednak jest poważny problem. Mimo że niemiecka firma Arima-Bis - eksporter chorych zwierząt - zgodziła się przyjąć je z powrotem, okazało się, że jałówki do Niemiec wjechać nie mogą. Stanowcze weto postawiły bowiem niemieckie służby weterynaryjne, tłumacząc to unijnymi przepisami zakazującymi transportu chorych zwierząt. Sprzeciw wobec przewozu zwierząt do Niemiec wyrazili również niemieccy celnicy, którzy wcześniej nie zadali sobie trudu sprawdzenia stanu zdrowia zwierząt i wiarygodności dokumentów, a teraz podpierają się negatywną opinią niemieckich weterynarzy. Zdecydowaną interwencję w tej sprawie zapowiedział główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, zwracając się ze skargą do niemieckiej ambasady. Jednak - jak ustaliliśmy - nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Ambasada Niemiec milczy.
Rozwiązaniem mogłoby być natychmiastowe zabicie i utylizacja chorych zwierząt, tak by groźny wirus się nie rozprzestrzeniał. Jednak i to chwilowo jest niemożliwe. Część krów jest bowiem cielna.
Zdaniem doktora Lesława Szabłońskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii w Poznaniu, chorych jałówek nie można zabić, zanim się nie wycielą, a do tego czasu trzeba je karmić. Chore krowy nadal więc przebywają na terenie Polski. Muszą być izolowane od zdrowych zwierząt, co wiąże się ze znacznymi problemami, wymagają również stałej opieki weterynaryjnej - przy każdym wycieleniu i utylizacji musi być obecny lekarz weterynarii sporządzający stosowny protokół.
Jak podała jedna z lokalnych poznańskich rozgłośni radiowych, w Środzie Wielkopolskiej, gdzie m.in. trafiły zarażone zwierzęta, zabito i utylizowano na razie dopiero trzydzieści chorych krów.

Wojciech Wybranowski, Poznań


 
 
miesięcznik "Świat Konsumenta"
Nr 5 (33) maj 2004, str. 42-43 (Strona Hałata)

BARBARZYŃCY W EUROPIE

Mieszko I i jego chrobry syn Bolesław stali na czele organizacji państwa słowiańskiego na tyle silnego, że potrafiło skutecznie powstrzymać pierwszą falę Drang nach Osten wschodnich Franków. Choć potężne, nie było to państwo powszechnej szczęśliwości. Władcy słowiańscy przez tysiąclecia masowo sprzedawali niewolników – współplemieńców, czego lingwistyczną pamiątką są obecne nazwy Słowian – Sclavi, Slavs, w odpowiednich językach mające w łacinie korzeń bliski słowom oznaczającym niewolników. Z uwagi na bitność  naszych praprzodków, niewolnicy ci zwykle nie byli jeńcami a towarem. Kariera w roli żywego towaru nie groziła jednak osobom należącym do rodów bogatych i wpływowych. Ale kara cielesna mogła już spaść na plecy nieporadnego możnowładcy i to dosłownie, w formie chłosty osobiście wymierzanej przez głowę państwa podczas pobytu w bani. Inne kary przerażały publiczność swoim okrucieństwem. Obcięcie ręki za kradzież jest praktykowane w szerokim świecie do dzisiaj, ale wręczenie gwałcicielowi lub cudzołożnikowi ostrego noża, aby mógł sam wybrać pomiędzy odcięciem się od przybitego do belki narzędzia zbrodni albo sczeznąć z pragnienia i głodu, to pomysł, z którego znani byli głównie Polanie. O położeniu kobiet przed wprowadzeniem chrześcijaństwa na naszych ziemiach świadczy okrutny zwyczaj zabijania żon i niewolnic, aby mogły towarzyszyć zmarłemu mężczyźnie nie tylko do grobu, ale i w grobie. I to mimo deficytu kobiet wcześnie ginących z powodów okołoporodowych. Jak pisze Witold Hensel w dziele POLSKA STAROŻYTNA (Ossolineum 1980). „U obu płci nikły był odsetek osób, które dożyły wieku powyżej 45 lat. Kształtował się on wyraźnie na korzyść mężczyzn”. Potem przyszło chrześcijaństwo łagodzące barbarzyńskie obyczaje, by wreszcie, na przełomie II i III tysiąclecia po narodzeniu Chrystusa, uczynić Polaków opoką powszechnego kościoła rzymsko – katolickiego. Ponieważ czytelnicy świeżego wydania „Świata Konsumenta” akurat są świadkami drugiej po upływie 1 000 lat integracji Polski z Europą Zachodnią, warto – zachowując wszelkie proporcje – zastanowić się nad wyróżnikami współczesnego barbarzyństwa, choćby w obszarze zagrożeń zdrowia konsumentów. 

Pomimo ostrej krytyki kolejne rządy ostatniego dziesięciolecia doprowadziły do sytuacji, w której nasz kraj ciągnie się w ogonie nowych członków Unii Europejskiej, a perspektywy  odpowiadającej naszemu potencjałowi sprzedaży produktów spożywczych i postępów w zakresie ochrony zdrowia konsumentów są marne. Zarówno polską, jak i unijną opinię publiczną zwodzi się przez politycznie poprawne przykrywki poważnych zagrożeń zdrowia konsumentów polskiej żywności. Według oficjalnych danych za rok 2002, odnoszących się do wymagań sanitarnych nie w pełni zharmonizowanych z aqui communitaure, a przy tym słabo wdrożonych z powodu ograniczeń finansowych i co najmniej politycznej korupcji inspektorów:

  • 3 762 000 mieszkańców Polski (9,8% ludności) jest zaopatrywanych w wodę niezdatną do spożycia przez ludzi,  a tym samym nie nadającą się do stosowania w zakładach produkcji i obrotu żywnością bez dodatkowego uzdatnienia za pomocą filtrów o wysokiej skuteczności 
  • 27,3% próbek ciastek z kremem, 18,0% próbek masła, 14,2% próbek ryb i przetworów rybnych, 13,2% próbek wyrobów garmażeryjnych, 12,4% próbek mleka, 12,2% próbek przetworów mlecznych (bez masła i lodów), 10,8% próbek owoców, warzyw, grzybów i przetworów, 9,9% próbek lodów, 9,2% próbek tłuszczów zwierzęcych, 9,1% próbek mięsa i przetworów mięsnych, 9,0 % próbek napojów bezalkoholowych i 8,7% próbek pieczywa (łącznie z cukierniczym suchym) zostało zdyskwalifikowanych przez Państwową Inspekcję Sanitarną; należy podkreślić, że w 8,3% próbek mleka, 8,1% próbek innych niż pieczywo przetworów zbożowo – mącznych, 4,6% próbek mięsa i przetworów mięsnych, 4,2% próbek przetworów mleczarskich i 4,2% próbek ciastek z kremem wykryto bakterie chorobotwórcze, przy czym problem jest aż tak poważny, że pałeczki Salmonella były wykryte nawet w 3,3% próbek napojów bezalkoholowych, a w tym samym roku 2,3% próbek napojów bezalkoholowych zostało zdyskwalifikowanych w badaniach chemicznych na zawartość substancji konserwujących
  • 49,4% przetwórni mięsa drobiowego, 40,0% rzeźni, 36,8% rzeźni drobiu, 29,0% targowisk, 28,6% przetwórni mięsa, 26,6% wytwórni koncentratów spożywczych, 25,8% mleczarni, 24,8% zakładów przemysłu zbożowo – młynarskiego i taki sam odsetek zakładów rozbioru mięsa drobiowego spośród skontrolowanych przez Państwową Inspekcję Sanitarną był sklasyfikowany jako zakłady o złym stanie sanitarnym.
W niektórych z 17 województw niebezpieczne dla zdrowia konsumentów dostawy wody wodociągowej (pomorskie, wielkopolskie), mleka (27% zakwestionowanych próbek w pomorskiem, 26,8% - w śląskiem) i przetworów mlecznych, bez masła i lodów (36,2% zakwestionowanych próbek w lubuskiem, 25,5% - w pomorskiem) przekraczają znacznie wysokie średnie ogólnokrajowe ryzyko związane z żywnością. 

Najbardziej drastyczne formy barbarzyństwa obecnych możnowładców przejawiają się w świadomym skazywaniu konsumentów na cierpienia i śmierć w następstwie spożycia takich produktów, których dopuszczenie do sprzedaży w krajach cywilizowanych poddane jest szczególnym restrykcjom sanitarnym. Są to przede wszystkim produkty mięsne, w szczególności pochodzące od bydła zagrażającego konsumentom straszną chorobą pionową – nowym wariantem choroby Creutzfeldta – Jakoba (vCJD). Właśnie zespół ekspertów Europejskiego Stowarzyszenia Produkcji Zwierzęcej EAAP oszacował globalne koszty związane z chorobą „szalonych krów” - BSE na 100 miliardów euro, przy czym Europa, głównie Wielka Brytania, straciła ok. 92 miliardów euro. Choroba BSE objęła 22 kraje, w tym po 1 przypadku w Kanadzie i USA i Japonii. Eksperci uważają, że BSE jest największą klęską dla rządów, dla branży mięsnej i dla farmerów, a przede wszystkim dla 150 zmarłych z jej powodu. 

Alarmujący stan spraw w Polsce odzwierciedla Informacja Najwyższej Izby Kontroli ze stycznia 2004r.: „W 2002 r. różnica pomiędzy liczbą ubitego bydła rzeźnego pod nadzorem lekarza weterynarii, a produkcją żywca rzeźnego (wg GUS) wyniosła 945 tys. sztuk, w tym 238 tys. sztuk bydła dorosłego. W odniesieniu do trzody chlewnej liczba zwierząt rzeźnych ubijanych poza kontrolą weterynaryjną wyniosła ok. 3,7 mln sztuk.”  w zestawieniu z  obrazem intensywnego zwalczania chorób prionowych w Unii Europejskiej z jednej strony, a z drugiej -  z  wynikami badań pośmiertnych przeprowadzonych w USA w połowie XXw., a  dotyczących nierozpoznanej za życia infestacji larwami włośni przed upowszechnieniem badań mięsa wieprzowego, której częstość w populacji generalnej ustalono na poziomie16,7%. Najwyższa Izba Kontroli w Informacji o wynikach kontroli funkcjonowania nadzoru nad wytwarzaniem, obrotem i stosowaniem środków żywienia zwierząt tak dokumentuje bezczynność i bezprawie działania służb odpowiedzialnych za zdrowie konsumentów: „do zakończenia kontroli nie rozwiązano kompleksowo problemów związanych z utylizacją odpadów poubojowych i padłych zwierząt. Działania w zakresie opracowania i wdrożenia programu pomocy dla sektora utylizacyjnego oraz nadzór organów Inspekcji Weterynaryjnej nad zakładami utylizacyjnymi, zagospodarowaniem odpadów poubojowych i wykorzystaniem produktów sektora utylizacyjnego jako środków żywienia zwierząt nie był dostateczny. Istotne zagrożenie stanowiły odpady uzyskane podczas uboju trzody chlewnej i bydła nie poddanego badaniom lekarsko – weterynaryjnym. Stwierdzono brak skutecznego nadzoru organów Inspekcji Weterynaryjnej stanowiący zagrożenie dla bezpieczeństwa sanitarnego:
- w co trzecim skontrolowanym zakładzie mięsnym postępowanie z odpadami poubojowymi i materiałem szczególnego ryzyka [choroby prionowej dla ludzi i zwierząt], czyli SRM (ang. specific risk material) sprzeczne było z przepisami art. 9 ustawy weterynaryjnej. Nierzetelnie dokumentowano ubój bydła i pozyskiwanie SRM. Materiał SRM był nieprawidłowo gromadzony i przechowywany. Powiatowi Lekarze Weterynarii nie posiadali pełnego rozeznania co do ilości tych odpadów, a ilość odbieranych z zakładów mięsnych odpadów SRM nie była porównywana z wielkością produkcji. Stwierdzono przypadek wystawienia „świadectwa zdrowia dla obrotu mięsem w kraju” dla sztuki bydła zakwalifikowanej jako odpad SRM 
- odpady poubojowe uzyskane w 2002 r. z 945 tys. sztuk bydła, w tym 238 tys. bydła dorosłego oraz z ok. 3,7 mln sztuk trzody chlewnej (wg GUS) nie zgłoszonych do badania lekarsko–weterynaryjnego nie zostały zagospodarowane pod nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej. Potencjalna wielkość SRM od niebadanego bydła dorosłego wynosiła ponad 13 000 ton.
- ilość odpadów poubojowych niskiego ryzyka określa się na 566 tys. ton (brutto), a możliwych do zbiórki (netto) na 495 tys. ton. W stosunku do krajowej produkcji mięsa stanowi to ok. 25%, podczas gdy w Niemczech odpady poubojowe to 35% produkcji mięsa, a w Danii – nawet 40%. Dotychczasowy system zbiórki i utylizacji odpadów pochodzenia zwierzęcego nie jest systemem szczelnym, gdyż w skali kraju poza przemysłem utylizacyjnym pozostaje ponad 200 tys. ton odpadów, w tym prawie 60 tys. ton padłych zwierząt. W krajach UE pada rocznie ok. 10% hodowanych zwierząt, gdy wg danych w Polsce padlina stanowi ok. 1,5% hodowanych zwierząt. Ocenia się, że zagospodarowanie w Polsce zwłok zwierzęcych stanowi 4% udziału w strukturze surowców utylizacyjnych, to jest ok. 20 tys. ton (na 160 tys. ton zwłok zwierzęcych szacowanych ogółem). Oznacza to, że większość zwłok zwierzęcych nie trafia do zakładów utylizacyjnych, ale zakopywana jest na terenie gospodarstw, porzucana w lasach, rowach czy stawach, stanowiąc prawdziwą <<bombę ekologiczną>> oraz poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi i zwierząt.”

Na koniec wiadomość dla adwokatów ofiar epoki barbarzyństwa: według obowiązującego prawa koordynatorem strategii bezpieczeństwa żywności jest minister zdrowia, a przewodniczącym zespołu ds. bezpieczeństwa żywności – główny inspektor sanitarny.

dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów
http://www.halat.pl/stowarzyszenie.html


 
Nasz Dziennik, 7. stycznia 2005r.

Lobbyści z Komisji Europejskiej

Na wieść o tym, że polska firma wygrała przetarg na dostawę dla naszych laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa na BSE, UE powiedziała "nie"

Już nie tylko niesprawiedliwe wypowiedzi wysokiego urzędnika KE kierowane przeciwko Polsce bulwersują nawet zagorzałych unioentuzjastów. Wszystko wskazuje na to, że szykuje się poważny zgrzyt w stosunkach Polski z Komisją Europejską. W grudniu urzędnicy unijni unieważnili wart blisko 12 mln euro przetarg na dostawę dla naszych laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa na BSE. Zdaniem polskich urzędników - bezpodstawnie, bo po stronie polskiej wszystko było w porządku. Za to po unijnej - nie do końca, gdyż jeden z eurourzędników miał lobbować na rzecz firmy ze swojego kraju.
Kontrowersji i protestów nie brakuje, przedstawiciele polskich władz nieśmiało - przynajmniej na razie - interweniują, a inspekcja weterynaryjna alarmuje, że nie ma środków na wyposażenie laboratoriów we własnym zakresie.
710 tys. testów niemal w całości miało zaspokoić polskie zapotrzebowanie i pozwolić na zaoszczędzenie około 40 mln zł z budżetu krajowego. Sprawa jest poważna, bo braki w laboratoriach mogą przynieść katastrofalne skutki.
"Wynikłe następstwa dotkną wielu aspektów życia gospodarczego kraju, w tym m.in. spowodują: zaprzestanie badań monitorowania grup ryzyka dla BSE, od końca stycznia zaprzestanie badań bydła w kierunku BSE, brak możliwości certyfikacji zdrowotnej produktów pochodzących od bydła, przeznaczonych do handlu i na eksport, załamanie rozwoju handlu i eksportu wołowiny" - wylicza Główny Inspektorat Weterynarii (GIW) w alarmującym liście do Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej (UKIE).
Prośbę o interwencję w UKIE złożyły też resort rolnictwa oraz Jednostka Finansująco-Kontraktująca (JFK) - organ pośredniczący w zamówieniach z Phare (przetarg miał być sfinansowany ze środków przedakcesyjnych). Dramatyczne pisma miały za zadanie sprowokować UKIE do zajęcia jednoznacznego, ostrego stanowiska w stosunku do Reprezentacji Komisji Europejskiej (RKE).
Wyżsi urzędnicy UKIE są zdania, że przetarg należałoby powtórzyć i zastosować procedury negocjacyjne. Przy tym zrobić to tak, aby nie stracić pieniędzy. Natomiast cofnięcie decyzji RKE wydaje się UKIE raczej niemożliwe. Zdaniem polskich ekspertów, JFK oraz GIW, zarzuty dotyczące pracy komisji przetargowej są nieuzasadnione, marginalne oraz wydumane.
- To prawda, nie zgadzamy się z oceną raportu komisji przetargowej przez RKE. Przetarg ponadto był prowadzony przy udziale eksperta unijnego, który określił, że wszystko było w porządku, a dopiero potem komisja unijna doszukała się "nieprawidłowości" - powiedział Krzysztof Jażdżewski, p.o. główny lekarz weterynarii.
Tymczasem polskie instytucje sugerują, że przedstawiciele unijnej administracji na siłę szukali proceduralnych kruczków, żeby unieważnić przetarg, który wygrały polskie firmy. Czyżby robili to w interesie jednej z firm unijnych (konkretnie holenderskiej), która nie zdążyła wystartować w postępowaniu (stara się o certyfikaty i nie mogła złożyć oferty)? Nasi specjaliści argumentują, że prace komisji przetargowej nadzorował unijny kontroler, którego wszystkie sugestie, w tym zmiany w specyfikacji, zostały przez komisję uwzględnione i który nie zgłaszał żadnych uwag do prac komisji. Unijny ekspert zaś jest po to, żeby pilnować procedury. Zdziwienie może budzić fakt, że nie zgłaszał on uwag dotyczących sposobu oceny, a także ostatecznie wyłonionych oferentów, a jego ocena poszczególnych ofert była zbieżna z oceną ekspertów. Dlatego przetarg powinien zostać zaakceptowany.
Zarzuty strony polskiej do urzędników unijnych są jeszcze mocniejsze. - Jakkolwiek fakt samego odrzucenia jest zadziwiający, to równie zadziwiające było zachowanie jednego z menedżerów, który okresowo uczestniczył w procesie oceny ofert i wygłaszał przy tym uwagi dotyczące ewentualnego dopuszczenia do przetargu innych firm, m.in. holenderskiej firmy oferującej także testy na BSE - poinformowała UKIE inspekcja weterynaryjna.
W takiej sytuacji powstaje pytanie, czy zagrożenie przerwania badań na BSE jest duże.
- Poczyniliśmy pewne zapasy, żeby testów nie zabrakło, i zrobiliśmy to wcześniej, bo unieważnienie przetargu można było przewidzieć. Jak jest w innych inspektoratach, nie wiem, ale rzeczywiście dochodzą słuchy, że testów może zabraknąć. Jeżeli tak się stanie, badania trzeba będzie przerwać, ubój mięsa wstrzymać - powiedział jeden z wojewódzkich lekarzy weterynarii.
Inspektoraty nie mają pieniędzy na zakup testów, a jeśli środki się pojawią, może wystąpić problem z ich wydaniem w odpowiednim czasie, bo trzeba będzie zorganizować przetargi.
Główny lekarz weterynarii liczy na kompromis z Komisją Europejską. - Istnieje szansa, by zyskać zgodę na procedurę negocjacyjną. Jeśli Unia się nie zgodzi, będzie rzeczywiście problem. Ale pieniądze muszą się znaleźć. Nie ma takiej możliwości, żeby zabrakło ich akurat na te testy - mówi Krzysztof Jażdżewski.
Testy na BSE muszą zostać przeprowadzone na każdej krowie powyżej 30. miesiąca życia. Inaczej jej mięso nie zostanie dopuszczone do sprzedaży.
oprac. gama, PAP

To dopiero początek

Prób uczynienia sobie z Polski przez KE i inne ośrodki władzy, także gospodarczej, republiki bananowej, czyli kraju, na którym będzie można łatwo, bezpiecznie i szybko zarobić, będzie jeszcze więcej. Słabość polityczna rządów polskich po prostu prowokuje unijnych urzędników do zarabiania na Polsce.
Prowokują i ośmielają do podejmowania takich decyzji, które mogą przysporzyć korzyści krajowi pochodzenia eurourzędnika-lobbysty. Wystarczy, że firma zachodnia przegrywa z firmą polską - to już jest dostateczny powód do unieważnienia przetargu. Tak się stało w grudniu ubiegłego roku.
Jednak problem może mieć i drugie dno. Zawirowanie wokół testów na BSE być może jest obliczone na wyeliminowanie polskiej wołowiny z rynków zachodnich. Zresztą sprzedaż tego mięsa do starej Unii już spada. A jeszcze niedawno, w maju - czerwcu 2004 r., wywożono z naszego kraju całe tiry cieląt, jałówek i dorodnych opasów.
Można odnieść przykre wrażenie, że trwa akcja przeciwko polskim rolnikom hodującym bydło. Sprawa przetargu na zakup testów na BSE jest tylko jednym z elementów szerszej kampanii "wycinania" Polski z rynków rolnych. Drugim elementem jest stosowanie przez zagraniczne firmy produkujące pasze dla zwierząt domieszek soi genetycznie zmodyfikowanej. Jeśli dzisiaj np. Francja milczy na ten temat, to w stosownym momencie jej minister rolnictwa nie zawaha się ani na chwilę i brutalnie wytknie Polsce stosowanie w żywieniu bydła soi genetycznie zmodyfikowanej, aby polskie mleczarstwo okryć złą sławą. Bo niby dlaczego polskie sery czy jogurty mają wpychać się tam, gdzie do końca świata (według Francuzów) mają niepodzielnie rządzić ich wyroby mleczarskie?
Jeśli będziemy mieli uległych wobec Brukseli rządzących, eurounijni urzędnicy wytną nam jeszcze wiele numerów i siłą postawią do kąta. Unia jest tworem o charakterze bizantyjskim - dlatego uległość, oddanie i służalczość rządów Leszka Millera czy Marka Belki traktowane są jak słabość. Słabych trzeba wyzyskiwać na ile tylko dadzą się wyzyskać. I wyzyskują.

Marek Garbacz
 


 
 
 
 
Gazeta Krakowska, 22 stycznia 2005r.

Mózg po lupą

Krakowska pracownia w Zakładzie Higieny Weterynaryjnej wykryła priony BSE w mózgu krowy z Rzepiennika Strzyżewskiego. Dodatni wynik badania otrzymano 17 stycznia. Dzień później został on potwierdzony w laboratorium w Puławach, które przeprowadza badanie kontrolne inną metodą.

Do tej pory w Małopolsce stwierdzono cztery przypadki. Dwie chore krowy pochodziły z Rzepiennika Strzyżewskiego. BSE wykryto też u jednej krowy w powiecie brzeskim i u jednej w bocheńskim.

Pod kątem tej choroby obowiązkowo muszą być badane wszystkie zwierzęta powyżej 30 miesiąca życia, a w przypadku zwierząt podejrzanych i padłych także młodsze - powyżej 24 miesiąca

Trefna próbka przebyła taką samą drogę jak każda inna. Lekarz weterynarii pobrał ją z mózgu ubitej krowy i z dokładnym opisem wysłał na badania do Krakowa. Została przywieziona w specjalnej termotorbie, zapewniającej niską temperaturę, w której tkanka nie psuje się. Po ośmiu godzinach od chwili przyjęcia próbki do laboratorium już wiadomo, czy mięso jest zarażone.

- Mamy od 300 do 400 takich próbek dziennie, z ubojni woj. małopolskiego, podkarpackiego i świętokrzyskiego. Musimy dochować wymogów bezpieczeństwa. Stąd fartuchy, czapki, okulary i maski. Zużyte próbki są utylizowane w spalarni szpitalnej, a całe laboratorium każdorazowo odkażane. - wyjaśnia doktor Ewa Kruczkowska, kierownik pracowni gąbczastej encefalopatii w Zakładzie Higieny Weterynaryjnej w Krakowie.

Priony BSE są wykrywane przy pomocy testu TeSeE. Badania powtarza się dwukrotnie. Gdy ich wynik jest dodatni, materiał trafia do laboratorium Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach. Tu wykonuje się jeszcze jedno badanie, inną metodą. Gdy i ono potwierdzi obecność prionów, nie ma wątpliwości - krowa była chora.

Katarzyna Kieta 


Gazeta Krakowska, 22 stycznia 2005r.

To nie była nasza krowa!

Mieszkańcy Rzepiennika Strzyżewskiego nie mają wątpliwości. - Z tymi szalonymi krowami, które rzekomo pochodzą od nas, to jakiś wielki przekręt - komentują.

Jednak w ciągu trzech ostatnich lat wykryto tutaj aż dwa przypadki BSE. - Jedno gospodarstwo jest od drugiego oddalone o kilkaset metrów. Czy to nie jest dziwne? - pytają.

Za krowę na policję

W 2002 roku, kiedy w Tarnowskiem wykryto pierwszy przypadek choroby szalonych krów, inspekcja weterynaryjna długo nie mogła ustalić, kto był właścicielem feralnego zwierzęcia. W pierwszej wersji mówiło się, że to rolnik spod Tarnowa. Potem cień podejrzenia padł na Michała Bajorka z Rzepiennika Strzyżewskiego.

- Przez kilka dni wszyscy byli przekonani, że krowa z BSE pochodziła z mojego gospodarstwa. Czułem się podle. Człowiek Bogu ducha winny, a jednakÉ Codziennie jakieś telefony. Dziennikarze nie dawali mi spokoju. Przez cały czas w duchu czułem, że musiała zajść jakaś pomyłka. Po kilku dniach okazało się, że miałem rację. To wszystko przez ten bałagan w dokumentach - opowiada Bajorek.

Do nikogo nie czuje żalu. Może troszkę do tarnowskiej policji, która wyrwała go o ósmej rano z domu i przewiozła niczym więźnia, bez żadnego wyjaśnienia, na komendę. - Przez cały dzień nic nie jadłem. Gdyby nie znajomy policjant, który zaproponował mi kawę, nie miałbym w czym ust zmoczyć. Nikt mnie do tej pory nie przeprosił - dodaje mimochodem.

Po kilku dniach okazało się, że krowa miała pochodzić od sąsiada. Jan Kras o wydarzeniach sprzed trzech lat nie chce rozmawiać. Czy krowa pochodziła z jego gospodarstwa? W świetle prawa tak, ale w przekonaniu mieszkańców wsi - nie.

Dowodem, twierdzą mieszkańcy Rzepiennika, może być to, że w wyniku sprawy z 2002 roku kilka osób zostało skazanych przez sąd za fałszowanie świadectw pochodzenia zwierząt. Czy sfałszowane było świadectwo krowy Krasów? Tego się nigdy nie dowiemy.

Może podmienili?

Krowa, u której ostatnio stwierdzono BSE, pochodziła z gospodarstwa Stanisława Małopolskiego. To jest wersja oficjalna. - Ja w to jednak nie wierzę. Swoją krowę bym poznał. Po głowie, po sierści. Jak człowiek tyle czasu spędza ze zwierzętami, to zna je lepiej, niż własną kieszeń. Dlaczego mi jej nie pokazali? - dopytuje pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna. Pan Stanisław powiedział ,Krakowskiej", że krowę sprzedał handlarzowi przed kilkoma dniami. Dopiero po tygodniu trafiła ona do ubojni w Nawojowej pod Nowym Sączem.

- Może to nie była ta krowa? - zastanawia się.

Sąsiedzi są pewni, że rolnik nigdy nie stosował paszy pochodzenia zwierzęcego.

W dywagacje o ewentualnym fałszowaniu dokumentów sprzedaży zwierząt nie chce się wdawać wójt Kazimierz Fudala. - Nie mam podstaw, by nie wierzyć ustaleniom instytutu z Puław - mówi.

Mieszkańcy mają inne zdanie na ten temat. - Fudala jest urzędnikiem samorządowym i innego stanowiska oficjalnie prezentować nie może - przekonują. Ich zadniem, mogło dojść do pomyłki, a może nawet fałszerstwa.

Fałszerstwo niemożliwe?

Zarówno pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej, jak i Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa twierdzą, że sfałszowanie dokumentów jest niemal niemożliwe. Indagowani przez ,Gazetę Krakowską" przyznają jednak, że możliwa jest pomyłka w ubojni. - Wystarczyłoby zamienić kolczyki dwóch krów tej samej rasy i po sprawie - mówią.

Mirosław Kowalski
 


 
 
Gazeta Krakowska, 26 stycznia 2005r.

Byczki i cielaki bez kolczyków

Dzisiaj w Łącku odbędzie się tradycyjny targ krów, cieląt i koni. Za tydzień podobny, też z długą historią, odbędzie się w Starym Sączu.

Przyjeżdżdają na nie hodowcy i handlarze z różnych stron nawet kraju. Często łamią prawo sprzedając cielaki bez kolczyków.

Lekarz nadzoruje

- To nie u nas nie zdarza, gdyż nad targowicą prowadzi nadzór lekarz weterynarii, teren jest ogrodzony i sprzedaż bydła rozpoczyna się o godzinie 6 - mówi Franciszek Młynarczyk, wójt Łącka. - Poza tym kontrolę przeprowadza inspekcja weterynaryjna.

W myśl przepisów unijnych, cielaki, byczki, czy cieliczki muszą być zakolczykowane, bo żadna ubojnia nie przyjmie zwierzęcia bez kolczyków. Co więcej, hodowca ma obowiązek do siedmu dni od urodzenia zgłosić ten fakt w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Nawojowej, jeśli chodzi o powiat nowosądecki. W agencji realizowane są zamówienia kolczykowania na wnioski rolników.

- Miesięcznie średnio rejestrujemy 1200 - 1500 zwierząt - wyjaśnia Wiesław Łos, dyrektor AMiRR. - Wydajemy bezpłatnie kolczyki, które zakupiliśmy dzięki pieniądzom z funduszu PHARE. Nie mamy natomiast wpływu na obrót niekolczykowanymi zwierzętami.

Cena gra rolę

Doradca rolny Urzędu Miasta i Gminy w Starym Sączu, agronom Ewa Kmietowicz potwierdza, że zdarzają się przypadki handlu nierejestrowanymi zwierzętami. Ona sama mniej się tym problemem zajmuje, gdyż skupia się na sprawach cen. Podczas ostatniego starosądeckiego targu, kilogram żywej wagi tzw. cielaka mięsnego można było kupić za 8,5 zł. Nieco tańsze były byczki i cieliczki - 7 zł za kg.

Zdaniem handlujących żywym towarem rzeźnym, cena odgrywa ważną rolę: zarówno cena za żywiec, jak i za kolczykowanie. Kolczyki z AMiRR są co prawda za darmo, ale za usługę kolczykowania trzeba płacić ok. 13 zł.

- Krowa się wycieli, cielę rośnie i chłopu szkoda pieniędzy na kolczykowanie. Sprzedaje wtedy bydło na własną rękę - obrazowo wyjaśnia handlowiec z targowiska w Starym Sączu.

Inny rolnik narzeka, że właśnie dlatego, że tyle jest cieląt nie kolczykowanych, nie może dokupić zwierząt do odmłodzenia stada. Koło zaczyna się zamykać, a interes się kręci, bo nie każde zwierzę trafia do rzeźni, gdzie obowiązują paszporty i kolczyki.

Jerzy Wideł


 
 
 
Zabójcze priony


Wołowina tylko z legalnego uboju jest bezpieczna - przypominają weterynarze
 
58-letni mężczyzna zmarł w szpitalu w Poniatowej na chorobę CreutzfeldtaJacoba, ludzki odpowiednik choroby wściekłych krów.
To pierwszy taki przypadek na Lubelszczyźnie - twierdzi sanepid, który wczoraj poinformował o zgonie mężczyzny.
Mieszkaniec Sadurek w powiecie puławskim do lekarza trafił we wrześniu ubiegłego roku. Skarżył się na bóle nóg i zawroty głowy. - Wcześniej był prawie okazem zdrowia - mówi Jerzy Kowalczyk, rzecznik prasowy sanepidu.
Mężczyzna z dnia na dzień czuł się coraz gorzej. Tracił sprawność ruchową, czuł bezwład rąk i nóg. Dlatego w listopadzie trafił do Szpitala Wojskowego w Lublinie. - W pierwszym momencie pomyślałem, że to zapalenie mózgu - przyznaje Stanisław Bańka, ordynator oddziału neurologii. - Jednak objawy tej choroby i choroby Creutzfeldta-Jacoba są tak podobne, że bardzo trudno jest je odróżnić.
Chorego poddano specjalistycznym badaniom. Próbki jego płynu rdzeniowo-mózgowego zostały wysłane do analizy na Uniwersytecie w Getyndze w Niemczech. Wynik, który wrócił do Polski, brzmiał: mężczyzna cierpi na nieuleczalną chorobę Creutzfeldta-Jacoba, czyli gąbczaste zwyrodnienie mózgu, atakujące centralny układ nerwowy.
Kilka tygodni temu mężczyzna został przeniesiony do szpitala w Poniatowej. Jego stan z dnia na dzień się pogarszał. Zmarł przedwczoraj.
Nie jest jeszcze znana przyczyna zachorowania 58-latka. Lekarze podkreślają, że okres wylęgania się choroby Creutzfeldta-Jacoba może wynosić nawet 30 lat. I mężczyzna wcale nie musiał zjeść mięsa krowy chorej na BSE.
Według doktora Bańki, w ubiegłym roku trzy osoby z naszego województwa podejrzewano o zachorowanie na chorobę Creutzfeldta-Jacoba. Także i w tym przypadku nie jest na sto procent pewien, że to właśnie ta choroba. - Wszystko się wyjaśni, gdy zostanie wykonane pośmiertne badanie mózgu - podkreśla ordynator.
Tadeusz Wijaszka, dyrektor Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach, zapewnia, że rynek mięsa wołowego jest pod ścisłą kontrolą. - Każda sztuka ubijana w Polsce, mająca więcej niż dwa lata, ma usuwane to, co dla ludzi może być szkodliwe: mózg i rdzeń kręgowy. Później jest to spalane - zapewnia dyrektor Wijaszka. - Dlatego jestem spokojny, że nic nam nie grozi.
DWIE POSTACIE CHOROBY
Choroba Creutzfeldta-Jacoba występuje w dwóch postaciach.
W tzw. zwyczajnej powoduje otępienie umysłowe, zaburzenia podstawowych funkcji organizmu i w efekcie śmierć. Jej objawy mogą wystąpić nawet 30 lat po zjedzeniu zakażonego mięsa. Druga - nowa odmiana tej choroby - dotyka ludzi młodych w wieku
lat 20 i nieco starszych.
BSE pod lupą
Rok temu w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach odkryto dwunasty i trzynasty w Polsce przypadek BSE. Chore krowy pochodziły z hodowli w województwach lubelskim i wielkopolskim. BSE (zwana potocznie chorobą wściekłych krów) jest chorobą niszczącą tkankę mózgową. Przenosi się na ludzi przez białka zwane prionami. Są one odporne na wysoką temperaturę oraz na promieniowanie ultrafioletowe i jonizujące.
Arleta Kubicka
 

 
Radio Merkury, 4. lutego 2005r.

BSE w Wielkopolsce 

Krowa pochodząca z hodowli w powiecie grodziskim była chora na BSE. Diagnozę Międzywojewódzkiej Pracowni Diagnostyki BSE w Lesznie potwierdził Instytut Weterynarii w Puławach. Inspektorzy zadecydowali o zabiciu kolejnych 21 zwierząt.

Pracownicy leszczyńskiego laboratorium przeprowadzili badania dwukrotnie. Za każdym razem wynik był pozytywny - w próbach znaleziono priony. 

W piątek hodowlą, z której pochodziło zarażone zwierzę, zajęła się inspekcja weterynaryjna. Zadecydowano, że trzeba będzie zabić 21 krów. Wszystko wskazuje bowiem na to, że wytypowane zwierzęta były karmione tą samą paszą co chora krowa. Podejrzaną paszę gospodarstwo z Kamieńca kupowało do 2001 roku, czyli do momentu wejścia w życie odpowiednich zakazów. 
Niewykluczone, że po kontroli na ubój zostanie przeznaczonych kolejne kilkadziesiąt krów. 

Jest to już trzeci przypadek BSE w Wielkopolsce, ujawniony przez Międzywojewódzką Pracownię Diagnostyki BSE w Lesznie. 
 


 
ARTYKUŁ W KWARTALNIKU DLA LEKARZY 
"ALERGIA" 2002, 4 (15) 

Zbigniew Hałat
Wariant Choroby Creutzfeldta-Jakoba (vCJD) w kapsułce

pełny tekst artykułu


Bezczynność i bezprawie kosztem zdrowia ludzi i środowiska







Uzyj strzalek klawiatury, aby obejrzec caly obraz * Use the keyboard arrows to scroll the view
 
 


CHOROBY PRIONOWE W POLSCE
CZĘŚĆ I

CHOROBY PRIONOWE W POLSCE
CZĘŚĆ III


CHOROBA CREUTZFELDTA - JAKOBA
INFORMACJE PODSTAWOWE
 

CHOROBY PRIONOWE

DANE LICZBOWE
i
KRYTERIA DIAGNOSTYCZNE
WARIANTU CHOROBY CREUTZFELDTA - JAKOBA
WIĄZANEGO Z GĄBCZASTYM ZWYRODNIENIEM MÓZGU BYDŁA

STANOWISKO STOWARZYSZENIA OCHRONY ZDROWIA KONSUMENTÓW
Z DNIA 25. LISTOPADA 2000r.
W SPRAWIE WARIANTU CHOROBY CREUTZFELDTA - JAKOBA
WIĄZANEGO Z GĄBCZASTYM ZWYRODNIENIEM MÓZGU BYDŁA
- "CHOROBĄ WŚCIEKŁYCH KRÓW"

ZARAŹLIWE GĄBCZASTE ZWYRODNIENIA MÓZGU - LITERATURA
 



STOWARZYSZENIE
  OCHRONY
     ZDROWIA
       KONSUMENTÓW
STOWARZYSZENIE OCHRONY ZDROWIA KONSUMENTÓW
 




ALFABETYCZNY SPIS ZAWARTOŚCI
STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL
DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA