|
|
|
CEMI - ZEMI
Centrum Europejskiej
Medycyny Integracji
Centre for European Medicine of Integration
Zentrum für Europäische Medizin der Integration
Centre pour la Médecine européen d'intégration
Wiedza naukowa
zajmująca się czynnikami szkodliwymi, czyli noksologia (od łac. noxa –
czynnik szkodliwy), uwzględnia szereg pomijanych zazwyczaj aspektów
oddziaływania czynnika szkodliwego na człowieka, do których należy
zróżnicowana podatność poszczególnych osób (rodzin) na czynnik
szkodliwy występujący w pojedynkę lub wespół z innymi, wzajemnie
potęgującymi niepożądane oddziaływanie na zdrowie. W noksologii za
punkt wyjścia procesu diagnostycznego przyjmuje się przyczynę zgodnie z
zasadą wyrażoną po łacinie słowami POSITA CAUSA, PONITUR EFFECTUS,
czyli „gdy działa przyczyna, jest i skutek” oraz NIHIL FIT SINE CAUSA - "nic nie
dzieje się bez przyczyny".

DO ZGŁASZANIA SKUPISK
FORMULARZ KONTAKTOWY
NA STRONIE GŁÓWNEJ
SKUPISKA
CHOROBY W POLSCE
DISEASE CLUSTERS IN POLAND |
|
|
|
Instytut Wody
Centrum Europejskiej
Medycyny Integracji

2012 is the European
Year for Water
unearth
your water supply
***
2012 jest Europejskim
Rokiem dla Wody
zbadaj dogłębnie
swoje zaaopatrzenie w wodę
|
|
|
|
Medyczne Centrum
Konsumenta
Centrum Europejskiej
Medycyny Integracji
|
|
|
|
Stowarzyszenie
Ochrony Zdrowia Konsumentów
|
|
|
|
Zagrożenia
Zdrowia
w Polsce
|
|
|
|
3 Smoki
|
|
|
|
Zdrowy Polak
|
|
|
It is Europe that
is sick, all Europe
with
the exception
of
Poland.
Neal Ascherson
Scottish historian

Poland
(in English)

MOVE FOR HEALTH
WALK
POLAND
GMO FREE LAND
NUKES FREE LAND
LAND OF THE FREE
***
Poles
are fiercely independent
and
stand up for their beliefs.
US
Ambassador to Poland
Victor
Ashe, Sept 24, 2008
***
Poland
to ban Monsanto’s
genetically
modified maize
by Agence France-Presse
April 4, 2012
Poland will impose
a
complete ban
on growing the MON810
genetically modified strain
of
maize made by US company
Monsanto on its territory,
Agriculture
Minister
Marek Sawicki said Wednesday.
“The decree is in the works.
It
introduces a complete
ban on the MON810 strain
of maize in Poland,"
Sawicki told reporters,
adding that pollen
of this strain could have
a harmful effect on bees.
GMO KILLS BEES

real +
virtual
=
symbiotic space
the epidemiologist's view
of the ACTA controversy:
free entities appreciate symbiosis,
parasites hate symbiosis
- dr Halat
|
|
|
|
|
|
|
|
Wizytówka
|
|
|
|
ALERGENY
|
|
|
|
KANCEROGENY
|
|
|
|

www.forum.halat.pl
|
|
|
 |
|
|
|
|
CHOROBY PRIONOWE W POLSCE
CHOROBY PRIONOWE W POLSCE
CZĘŚĆ II
W dniu 4. czerwca 2002r. Sejmowa Komisja Rolnictwa
i Rozwoju Wsi
odrzuciła informację rządu o zagrożeniu BSE
stad bydła w Polsce
oraz środkach zapobiegawczych tej chorobie
poniżej stenogram z posiedzenia Komisji:
Biuletyn nr 626/IV
Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi /nr 25/
Poseł Romuald Ajchler (SLD)
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk (SKL)
Poseł Tadeusz Badach (SLD)
Poseł Edward Brzostowski (SLD)
Poseł Zbigniew Chrzanowski (SKL)
Poseł Czesław Cieślak (PSL)
Poseł Marian Curyło (Samoobrona)
Poseł Aleksander Grad (PO)
Posłanka Zofia Grzebisz-Nowicka (SLD)
Podsekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi Kazimierz
Gutowski
Poseł Stanisław Kalemba (PSL)
Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej
Poseł Zbigniew Komorowski (PSL)
Przedstawiciel Agencji Rynku Rolnego Marek Kozikowski
Poseł Antoni Mężydło (PiS)
Poseł Wojciech Mojzesowicz (Samoobrona)
Poseł Ryszard Nowak (PiS)
Poseł Kazimierz Plocke (PO)
Przedstawiciel Biura Legislacyjnego Kancelarii Sejmu
Poseł Szczepan Skomra (SLD)
Poseł Ryszard Stanibuła (PSL)
Poseł Stanisław Stec (SLD)
Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki (PSL)
Poseł Józef Żywiec (Samoobrona)
24 maja 2002 r. Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi, obradująca pod przewodnictwem
posła Wojciecha Mojzesowicza /Samoobrona/:
- odbyła pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy
o regulacji rynku mleka i przetworów mlecznych /druk nr 474/,
- wysłuchała informacji o zagrożeniu BSE stad bydła w Polsce oraz środkach
zapobiegawczych tej chorobie.
W posiedzeniu uczestniczyli przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i
Rozwoju Wsi z podsekretarzem stanu Kazimierzem Gutowskim oraz Główny Lekarz
Weterynarii Piotr Kołodziej.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Otwieram posiedzenie
Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Porządek dzienny posiedzenia został państwu
doręczony. Czy ktoś z państwa ma jakieś uwagi do zaproponowanego porządku
obrad? Nie widzę. Przystępujemy zatem do jego realizacji. Bardzo proszę
przedstawiciela rządu o zaprezentowanie projektu ustawy o zmianie ustawy
o regulacji rynku mleka i przetworów mlecznych.
(...)
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ :
(...)
Przystępujemy do rozpatrzenia drugiego punktu porządku obrad - informacja
o zagrożeniu BSE stad bydła w Polsce oraz środkach zapobiegawczych tej
chorobie. Bardzo proszę Głównego Lekarza Weterynarii pana Piotra Kołodzieja
o przedstawienie tej informacji.
Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej : To jest pierwszy
przypadek BSE w Polsce i nie należy tego demonizować. Może być wykryty
następny przypadek - tak jest w innych krajach. Wydaje mi się, że najważniejsze
jest to, aby to wszystko było pod kontrolą. Badanie w celu wykrycia BSE
polega na pobieraniu próbek w rzeźni i badaniu tego materiału w laboratoriach.
Nie istnieje badanie przyżyciowe. Do tej pory nie wynaleziono takiej metody.
Oczywiście można podejrzewać, że jakieś zwierzę choruje na BSE, jeśli występują
typowe objawy - niezborności ruchu, odruchy nerwowe - i nie można zidentyfikować
konkretnej jednostki chorobowej. Wtedy zwierzęta w wielu powyżej 24 miesiąca
muszą być badanie w kierunku BSE i wścieklizny. Rutynowe badania dotyczą
zwierząt powyżej 30 miesiąca życia. Jak już powiedziałem, nie można wykluczyć
następnych przypadków BSE. Jeśli jednak jest to kontrolowane na poziomie
rzeźni, to sytuacja jest jasna. Wiadomo już jakie ten przypadek wywołał
reperkusje. W sklepach praktycznie ustała sprzedaż wołowiny, w związku
z tym hodowcy mają kłopoty ze zbytem zwierząt. Jeśli chodzi o handel zagraniczny,
to import wstrzymały kraje Europy Wschodniej. Unia Europejska nie zablokowała
granic, ponieważ stosujemy te same procedury, które są wykonywane w krajach
członkowskich. Jedynym krajem, który jest poważnie zainteresowany importem
polskiej wołowiny, jest Federacja Rosyjska, która wystąpiła z propozycją
kupna wołowiny bez kości. Niedługo do Polski przybędą dwaj przedstawiciele
tamtejszych władz weterynaryjnych, którzy będą wizytować zakłady zainteresowane
eksportem wołowiny. Dużo ważniejszym problemem jest jednak sprzedaż wołowiny
z kością z zapasów Agencji Rynku Rolnego. Firmy z Rosji są zainteresowane
kupnem tej wołowiny, ale przeciwstawia się temu rząd rosyjski. Prowadzimy
rozmowy z przedstawicielami władz weterynaryjnych tego kraju, aby Rosja
kupiła mięso znajdujące się w magazynach Agencji Rynku Rolnego. Rozmawiałem
także z przedstawicielami władz ukraińskich. Ukraina prawdopodobnie również
odblokuje niedługo granicę. Białoruś nie wprowadziła utrudnień w handlu
mięsem. Wczoraj otrzymałem list od władz Bośni i Hercegowiny, że nie mają
one zamiaru blokowania granicy dla mięsa wołowego z Polski. Chciałbym powiedzieć,
że nie można mieć pretensji do naszych sąsiadów, że zablokowali granice,
ponieważ Polska stosowała te same procedury po wykryciu przypadków BSE
w tych krajach. W tej chwili następuje coś w rodzaju rewanżu. Jeśli chodzi
o prowadzenie badań monitoringowych w kierunku BSE w Polsce, to obecna
procedura nie ulegnie zmianie. Będziemy stosowali te same metody badań
co obecnie. Zwrócimy jedynie uwagę na pewne niedociągnięcia prawne. Wszyscy
państwo wiedzą, że problemy z ustaleniem pochodzenia zwierzęcia, u którego
wykryto BSE, wynikały z matactwa i fałszerstwa. To był podstawowy problem.
Dlatego właśnie nie mogliśmy jednoznacznie określić, z którego stada pochodziło
to zwierzę. Musieliśmy wykonać badania genetyczne, które sprawę jednoznacznie
wyjaśniły. Obecnie obowiązujące w Polsce prawo wymaga, aby zwierzęta wprowadzone
do obrotu były oznakowane i zaopatrzone w świadectwo miejsca pochodzenia
lub w świadectwo zdrowia. Nowe prawo nakłada na hodowców obowiązek znakowania
zwierząt według innego systemu. W związku z tym zwierzęta urodzone przed
1 stycznia 2002 r. będą musiały posiadać kolczyk i świadectwo miejsca pochodzenia
lub świadectwo zdrowia. Jeśli chodzi o zwierzęta urodzone po 1 stycznia
2002 r., to minister spraw wewnętrznych i administracji nakaże wojewodom
wydanie rozporządzeń, w którym zostaną zapisane zasady znakowania i wprowadzania
zwierząt do obrotu.
To prawdopodobnie ułatwi nam kontrolę obrotu.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Otwieram dyskusję.
Kto z państwa chciałby zabrać głos w tej sprawie?
Poseł Aleksander Grad /PO/ : Kiedy składałem wniosek, aby Komisja
otrzymała informację o pierwszym przypadku BSE w Polsce, nieco inaczej
wyobrażałem sobie ten raport. Materiał, który wczoraj otrzymaliśmy nie
spełnia moich oczekiwań. To jest pewnego rodzaju kronika wydarzeń, a nie
informacja o tym, jakie są w tym względzie podejmowane działania przez
rząd i Głównego Lekarza Weterynarii. Pan dr Piotr Kołodziej powiedział,
że mogą wystąpić kolejne przypadki BSE. Rzeczywiście, jeśli nadal będą
przeprowadzane badania, to kolejne przypadki BSE mogą zostać wykryte. Nie
możemy jednak dopuścić do tego, żeby powtórzyły się tego rodzaju spektakle,
jakie towarzyszyły pierwszemu przypadkowi. To grozi destabilizacją rynku.
Dlaczego w przedłożonym nam raporcie nie wspomina się ani słowem o tym,
w jaki sposób były przeprowadzane kontrole przed wykryciem BSE? Czy sprawdzano
tam świadectwa pochodzenia? Ile razy rzeźnia w Mochnaczce Wyżnej była wizytowana
przez Powiatowego Lekarza Weterynarii? Takie informacje powinniśmy otrzymać
odnośnie tego zakładu, ale chcielibyśmy wiedzieć jak te sprawy wyglądają
w skali całego kraju. Czy świadectwa pochodzenia są w ogóle kontrolowane,
czy też przeprowadza się te kontrole dopiero teraz? Nie chcę już mówić
o tym, że w informacji podaje się błędną nazwę pracowni diagnostycznej
w Krakowie. Myślę, że Główny Lekarz Weterynarii powinien wiedzieć, jak
się ta pracownia nazywa. Myślę, że ten błąd wynika z jakiegoś przeoczenia.
W raporcie nie wspomina się o tym, że 6 maja 2002 r. poinformowano opinię
publiczną o ostatecznym ustaleniu miejsca pochodzenia chorego zwierzęcia.
Jak się później okazało, te ustalenia nie były prawidłowe. Dlaczego nie
jest napisane w tym materiale, z jakich powodów doszło do tej pomyłki?
Czy ktoś zmienił zeznania? A może nie zgadzała się waga krowy lub jej umaszczenie?
To wszystko powinno być tutaj dokładnie opisane. Wiemy, że gdyby nie stanowczość
urzędników starostwa powiatowego, to nie przeprowadzono by badań DNA. Przecież
to starosta zdecydował o tym, że badania mają być przeprowadzone i że zapłaci
za to powiat. Uważam, że Skarb Państwa powinien zwrócić 10 tys. zł, które
starosta ma zapłacić za przeprowadzone badania. A zatem myślę, że przedłożony
Komisji raport powinien zostać zmodyfikowany. Powinno tu być wyraźnie napisane,
jakie były okoliczności prowadzonych działań i kiedy ostatecznie ustalono
miejsce pochodzenia zarażonej krowy. Gdyby nie badania DNA to wybito by
niewłaściwe stado. Uważam, że informacja w tej części powinna zostać zmieniona.
Wprawdzie władze weterynaryjne nigdy nie poinformowały opinii publicznej,
z jakiego gospodarstwa ta krowa pochodzi, ale media i tak się dowiedziały.
Przecież jeśli podaje się do wiadomości, że krowa pochodziła z miejscowości
Rzepiennik Strzyżewski, to trudno się dziwić, że po godzinie dziennikarze
już wiedzą, które to było gospodarstwo. W tym miejscu chciałbym państwu
przeczytać fragment reportażu, który ukazał się w "Gazecie Wyborczej":
"Weterynarzom wydawało się, że zidentyfikowali krowę. Małopolski lekarz
weterynarii nawet to publicznie ogłosił - gospodarstwo jest w Rzepienniku
Strzyżewskim.
Dla dziennikarzy odnalezienie obory Michała Bajorka było tylko kwestią
godzin". To jest nauczka na przyszłość, że nie wolno przekazywać mediom
tego typu informacji. Mieszkam dziesięć kilometrów od tego miejsca i wiem,
jak dramatyczna jest w tej chwili sytuacja tych ludzi. Przez te gospodarstwa
przetoczyła się prawdziwa armia dziennikarzy i innych osób. Można sobie
wyobrazić, co ci ludzie przeżyli. Chciałbym się również wypowiedzieć odnośnie
procedur, które były w tym przypadku stosowane. Pan dr Piotr Kołodziej
napisał w raporcie, że istnieje plan gotowości zwalczania BSE. Z tego co
wiem, to ten plan został wprowadzony jeszcze przez pana Andrzeja Komorowskiego.
Od tego momentu wiele się zmieniło, również w sensie prawnym. Czy Główny
Lekarz Weterynarii posiada nowy plan gotowości zwalczania BSE? Czy taki
plan został przekazany powiatowym lekarzom weterynarii? Z moich informacji
wynika, że w powiatach nadal używany jest stary plan gotowości. Ten dokument
powinien być aktualizowany na bieżąco. W raporcie, w punkcie oznaczonym
datą 7 13 maja 2002 r. czytamy: "w związku z koniecznością wyeliminowania
wątpliwości, podjęcie przez prokuratora decyzji o przeprowadzeniu badań
genetycznych, które pozwoliłyby na ustalenie gospodarstwa, z którego pochodziło
zwierzę,". To nie jest prawda. Należy tutaj napisać, kto przyczynił się
do tego, że badania DNA zostały przeprowadzone i dzięki temu udało się
wskazać właściwe gospodarstwo. Oczywiście te wszystkie wydarzenia wpłynęły
na sytuację na rynku mięsa. Chciałbym zapytać przedstawiciela rządu, czy
zaplanowano już interwencję. Jeśli zareagujemy szybko, to być może nie
trzeba będzie prowadzić szeroko zakrojonej akcji skupu. Im dłużej będziemy
czekali, tym większą ilość mięsa trzeba będzie kupić i tym więcej to będzie
kosztowało. Moim zdaniem dostarczony Komisji raport jest niepełny. Brakuje
tutaj informacji związanych z systemem wykrywania BSE w Polsce. Proponuję,
aby Główny Lekarz Weterynarii uzupełnił raport i przedstawił go na następnym
posiedzeniu Komisji. W Unii Europejskiej istnieje Biała Księga bezpieczeństwa
żywności. W jaki sposób w Polsce tworzy się strategię bezpieczeństwa żywności?
Kto jest za to odpowiedzialny? Na jakim etapie są prace nad tym dokumentem?
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Musimy przerwać dyskusję.
Dokończymy omawianie tego tematu po głosowaniach w Sejmie. Ogłaszam przerwę.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wznawiam posiedzenie
Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Wracamy do dyskusji nad informacją o zagrożeniu
BSE stad bydła w Polsce oraz środkach zapobiegawczych tej chorobie.
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Główny Lekarz Weterynarii Kraju
pan dr Piotr Kołodziej 4 maja 2002 r. na konferencji prasowej w Krakowie
poinformował, że pierwszy polski przypadek BSE będzie zbadany przez uznane
laboratorium diagnostyczne w Niemczech lub w Wielkiej Brytanii. Tymczasem
w raporcie mówi się o tym, że w uzgodnieniu z dyrektorem Państwowego Instytutu
Weterynaryjnego w Puławach podjęto decyzję o przeprowadzeniu badań odwoławczych
w Referencyjnym Laboratorium BSE. W innych krajach, w Czechach, Słowacji
i Finlandii pierwsze przypadki BSE były badane w renomowanych laboratoriach
diagnostycznych w Niemczech lub w Wielkiej Brytanii. Uważam, że w takiej
sytuacji za słowa trzeba odpowiadać. Czy zatem materiał badawczy został
wysłany do takiego zagranicznego laboratorium? Jeśli chodzi o aktualny
plan gotowości zwalczania BSE, to również mam pewne zastrzeżenia. Prawo
przewiduje konieczność aktualizacji planów gotowości zwalczania chorób
zakaźnych zwierząt, w tym BSE. Poprzedni plan gotowości zakładał, że będzie
się badało krowy powyżej 24 miesiąca życia. Natomiast w tej chwili bada
się krowy, które mają powyżej 30 miesięcy. Zmieniono także test wykorzystywany
do diagnostyki BSE. Zamiast testu "Prionix" stosuje się test "Platelia(r)BSE"
firmy Bio-Rad. Mam także kilka uwag dotyczących działań Ministerstwa Rolnictwa
i Rozwoju Wsi. Zgodnie z zapisami ustawy dotyczącej zwalczania chorób zakaźnych
zwierząt minister właściwy do spraw rolnictwa powinien wydać rozporządzenia
w sprawie postępowania przy zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt. Termin
wydania tych aktów prawnych upłynął 1 stycznia 2002 r. Czy te rozporządzenia
zostały wydane? Czy na ich podstawie zwalczano BSE w Polsce? W informacji
jest napisane, że w Polsce zwalczano BSE w oparciu o przepisy Unii Europejskiej.
Czy w Polsce obowiązuje już prawo Unii Europejskiej w tym zakresie? Jakie
były podstawy prawne do zmian dokonanych w obowiązującym planie gotowości?
W związku z licznymi uchybieniami, które miały miejsce w tej sprawie, uważam,
że Komisja powinna wystosować dezyderat. Zasadne byłoby także zlecenie
przeprowadzenia kontroli w tym zakresie przez Najwyższą Izbę Kontroli.
Sytuacja jest naprawdę poważna.
Poseł Marian Curyło /Samoobrona/ : Niedawno otrzymałem od starosty
powiatu tarnowskiego pana Michała Wojtkiewicza kalendarium zdarzeń. Byłoby
dobrze, gdyby Główny Lekarz Weterynarii uzupełnił swój raport o pewne spostrzeżenia
zawarte w tym materiale. Proponowałem zresztą, aby zaprosić na dzisiejsze
posiedzenie pana Michała Wojtkiewicza. Czy podano do publicznej wiadomości,
że świadectwo pochodzenia tej krowy zostało sfałszowane? Czy powiat otrzyma
zwrot kosztów poniesionych w związku z koniecznością wykonania badań DNA?
Poseł Edward Brzostowski /SLD/ : Myślę, że każde państwo europejskie
robi wszystko, aby ta choroba została wyeliminowana. To jest główny cel
podejmowanych działań. Jednocześnie trzeba mieć na względzie ochronę polskiego
rolnika i konsumenta. Z wypowiedzi pana posła Aleksandra Grada wynika,
że opozycja chce ten problem upolitycznić i ogłosić całemu światu, jakim
wielkim zagrożeniem jest BSE w Polsce. Chcecie panowie tej sprawie nadać
jeszcze większy rozgłos. W ten sposób tworzy się pewien klimat. Wiemy,
jaki w Polsce funkcjonuje system ewidencji. On nie jest doskonały. Jednak
w tym roku zostanie wprowadzony nowy system, który powinien całkowicie
wyeliminować wszelkie możliwości dokonywania fałszerstw w dokumentacji
zwierząt. Chciałbym powiedzieć, że informacja przedstawiona przez Głównego
Lekarza Weterynarii jest dla mnie wystarczająca. Nie rozumiem, czego posłowie
oczekiwali od tego raportu. W takim materiale nie można było uwzględnić
wszystkich informacji. Moi przedmówcy, zarzucają panu dr. Piotrowi Kołodziejowi,
że nie uwzględnił w informacji pewnych kwestii. Czasami trudno jest przewidzieć,
jakich informacji potrzebują posłowie. Chciałbym również zapytać, czy plan
gotowości zwalczania BSE był w tym przypadku realizowany? Jak już powiedziałem,
moim zdaniem Komisja powinna przyjąć informację przedstawioną przez Głównego
Lekarza Weterynarii. Jeśli istnieje taka potrzeba, należy uzupełnić ten
materiał o kwestie, które zostaną poruszone w pytaniach członków Komisji.
Apeluję do państwa, aby nie nagłaśniać jeszcze bardziej tego problemu,
ponieważ to przyniesie szkodę całemu polskiemu rolnictwu, konsumentom i
krajowi. Być może moje informacje nie są ścisłe, ale wiem, że starosta
tarnowski nie zapłacił za badania genetyczne wykonane na jego zlecenie.
Jeśli starosta zlecił przeprowadzenie tych badań, to jakimi kierował się
przesłankami? Czy ta decyzja była podejmowana w oparciu o kryteria merytoryczne
czy polityczne? Ponadto jeśli ktoś zleca przeprowadzenie badania, to musi
za to badanie zapłacić. Sprawa jest oczywista. Powinniśmy zrobić wszystko,
aby ta choroba się nie rozprzestrzeniała. Powinniśmy pokazać, że podejmujemy
działania, aby ochronić interesy rolników, polskich konsumentów i polskiej
gospodarki.
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Chciałbym się ustosunkować do wypowiedzi
pana posła Edwarda Brzostowskiego. Pan poseł stawia nam zarzuty. Prawda
jest taka, że ta informacja jest bardzo bełkotliwa, podobnie jak niezorganizowane
było działanie stosownych służb. Działo się tak dlatego, że nie ma odpowiednich
podstaw prawnych. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi nie przygotowało
rozporządzeń, a Główny Lekarz Weterynarii nie przygotował planu gotowości
zwalczania BSE w Polsce. Nie ma zatem podstaw prawnych. To są zobowiązania
ustawowe. Ustawa z 25 lipca 2001 r. o zawodzie lekarza weterynarii i izbach
lekarsko-weterynaryjnych zobowiązuje Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi
do wydania rozporządzeń w tej sprawie, a Głównego Lekarza Weterynarii do
sporządzenia planu gotowości. Te czynności nie zostały wykonane. Zamiast
tego przedstawia nam się bardzo ogólne informacje, które w sposób wymijający
opisują całe to wydarzenie. Dlatego wnoszę, aby tym problemem zajęła się
Najwyższa Izba Kontroli. To nie media wywołały tę sprawę. Ona została nagłośniona,
ponieważ wymienione przeze mnie instytucje zaniedbały swoje obowiązki.
Poseł Aleksander Grad /PO/ : Chciałbym się ustosunkować do wypowiedzi
pana posła Edwarda Brzostowskiego. Nikt nie chce nagłaśniać tej sprawy.
Dyskutujemy właśnie po to, aby w przyszłości uniknąć tych błędów i żeby
media nie podawały niesprawdzonych wcześniej informacji. W przyszłości
nie wolno podawać do publicznej wiadomości nawet nazwy miejscowości, jeżeli
nie ma pewności, skąd pochodzi krowa. To właśnie nieprawdziwe i niesprawdzone
informacje podawane przez prasę wywołały to zamieszanie. Nie rozumiem natomiast,
dlaczego zlecenie przeprowadzenia badań genetycznych odczytuje pan jako
działanie polityczne. Uważam, że tego rodzaju zarzut jest niepoważny. Wyniki
tych badań pozwoliły ustalić miejsce pochodzenia zarażonej krowy. Czy to
była decyzja polityczna? Lepiej było pozostać przy fałszywych informacjach?
Być może była taka potrzeba polityczna, żeby pokazać, że problem został
szybko rozwiązany. Niestety okazało się, że problem nie został szybko rozwiązany
i dobrze że zlecono przeprowadzenie badań. Rzeczywiście starosta tarnowski
jeszcze nie zapłacił za badania genetyczne. W tej chwili w budżecie nie
ma na to pieniędzy. Uważam, że te koszty powinien pokryć Główny Lekarz
Weterynarii.
Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Myślę, że w całej tej sprawie
są dużo poważniejsze problemy niż te, które przedstawił pan poseł Edward
Brzostowski. Nie możemy zwalczać tej choroby, ponieważ nie są znane jej
przyczyny. Nie znamy również zakresu tej choroby. Bydło może być badane
tylko po uboju. Dopiero wtedy można stwierdzić, czy dana sztuka była zarażona.
W Unii Europejskiej udało się ograniczyć panikę konsumentów poprzez pokazanie,
że funkcjonuje sprawny system identyfikacji i rejestracji zwierząt. Konsument
ma gwarancje, że spożywa bezpieczne mięso. Myślę, że naprawdę istotne jest
w tej chwili sporządzenie takiego planu gotowości i przyjęcie takiej strategii,
aby przekonać polskich konsumentów, że polska wołowina jest zdrowa. Moim
zdaniem Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi po raz kolejny popełniło błąd.
Pierwszym w tym roku błędem było nie wprowadzenie dopłat do mleka od 1
stycznia 2002 r. Drugim błędem było zniesienie obowiązku badania bydła
o wieku powyżej 24 miesięcy. To co się wydarzyło po wykryciu przypadku
BSE w Polsce, kiedy nie można było ustalić, skąd naprawdę ta sztuka bydła
pochodziła, pokazuje jak słaby jest system identyfikacji i rejestracji
zwierząt funkcjonujący dzisiaj w Polsce. Poprzedni rząd zdecydował, że
będą badane wszystkie sztuki bydła, które miały więcej niż 24 miesiące
życia. Zdecydowano tak dlatego, że mieliśmy świadomość, że system ewidencji
zwierząt w Polsce nie działa, a wiek 24 miesięcy jest takim okresem, w
którym można rzeczywiście ustalić, w jakim wieku jest badana sztuka. Wiek
30 miesięcy jest dużo trudniejszy do określenia. Rolnik może stwierdzić,
że badana krowa ma 28 miesięcy, a tak naprawdę ona może mieć 36 miesięcy
lub więcej. Dlatego odejście od systemu badania sztuk bydła mającego więcej
niż 24 miesiące życia nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa żywności w
kraju. Uważam, że ta decyzja była błędna. Dlaczego podjęto decyzję o przesunięciu
wieku badanych zwierząt do 30 miesiąca? Dlaczego odstąpiono od planu gotowości,
który został przyjęty przez poprzedni rząd? Ten plan zakładał zresztą,
że po stwierdzeniu pierwszego przypadku BSE w Polsce, wszystkie ubijane
sztuki bydła będą badane pod względem BSE po to, aby zapewnić sprzedaż
wołowiny w kraju i na rynkach zewnętrznych. Ten plan gotowości został odrzucony.
Nie przygotowano w zamian innego planu. Moim zdaniem przedstawiona dzisiaj
informacja, nie jest pełna i nie powinniśmy jej przyjąć. Pan dr Piotr Kołodziej
stwierdza, że być może będzie więcej przypadków BSE w Polsce i że nie jesteśmy
w stanie nic na to poradzić. Wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, ale tym
bardziej musimy otrzymać informację w jaki sposób rząd, Ministerstwo Rolnictwa
i Rozwoju Wsi oraz Główny Lekarz Weterynarii zamierzają utrzymać rynek
wołowiny w Polsce. Jakie zostaną podjęte działania, aby przekonać konsumentów,
aby kupowali polską wołowinę? W materiale, który otrzymaliśmy, nie ma o
tym w ogóle mowy. W związku z tym składam wniosek o nie przyjęcie tej informacji.
Należy przygotować plan działań w celu utrzymania produkcji rynku wołowiny
w Polsce, ponieważ jest to jeden z ważniejszych rynków w perspektywie przystąpienia
naszego kraju do Unii Europejskiej.
Poseł Ryszard Stanibuła /PSL/ : Z zainteresowaniem przysłuchuję
się dzisiejszej dyskusji i muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Nagle
okazuje się, że za pojawienie się w Polsce BSE odpowiedzialne są służby
weterynaryjne. Chciałbym przypomnieć, że w Sejmie poprzedniej kadencji,
kiedy pan poseł Zbigniew Chrzanowski był wiceministrem rolnictwa i rozwoju
wsi, występowałem o identyfikację zwierząt. Dlaczego wtedy te programy
nie zostały zrealizowane? Chodzi przecież o to, aby wszystkie sztuki bydła
mogły być zidentyfikowane, żeby służby weterynaryjne były dobrze zorganizowane.
Jeśli te służby mają być dobrze zorganizowane, to musi zostać przywrócona
pionowa struktura administracyjna tak jak w Unii Europejskiej. Kompetencje
w tym zakresie nie powinny być rozciągane na samorządy terytorialne. W
związku z tym mam pytanie do Głównego Lekarza Weterynarii. Czy przywrócenie
pionowych struktur służb weterynaryjnych nie poprawiłoby obecnej sytuacji?
Zwalczanie chorób zakaźnych nie kończy się na BSE. Są jeszcze inne choroby
zakaźne. Czy wystarcza na to środków? Czy Inspekcja Weterynaryjna jest
w stanie podołać wszystkim obowiązkom? Opowiadam się za przyjęciem informacji
przedstawionej przez Głównego Lekarza Weterynarii. To nie przeszkadza w
tym, aby został przygotowany plan działań w celu utrzymania produkcji rynku
wołowiny w Polsce, o którym mówił pan poseł Zbigniew Chrzanowski. Możemy
także wystosować dezyderat, w którym zwrócimy rządowi uwagę na konieczność
dofinansowania Inspekcji Weterynaryjnej oraz wskażemy na potrzebę zmiany
struktur administracyjnych i kompetencji służb weterynaryjnych.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Chciałbym zapytać, czy ponad
wszelką wątpliwość można dzisiaj zidentyfikować miejsce pochodzenia zarażonej
krowy? Czy badania genetyczne dają pewność, że to było właśnie to gospodarstwo?
Wiemy, że sfałszowano dokumenty. Czy istnieje możliwość, że dzięki tym
sfałszowanym dokumentom krowa trafiła do Polski z zagranicy? Chciałbym
mieć absolutną pewność w tym względzie. Wiadomo, że konkurencja na rynku
mięsa jest duża i producenci mogą próbować wszelkich sposobów zdobycia
tego rynku. Bardzo niepokojąca jest obecna sytuacja na rynku mięsa wołowego
w Polsce. Wydawało się, że rynek się stabilizuje. Teraz jest tak źle, jak
w przypadku innych rynków rolnych. Oczywiście należy wprowadzić szczelny
system identyfikacji zwierząt, jednak w tej sytuacji Agencja Rynku Rolnego
musi podjąć określone działania, aby zapobiec dalszemu spadkowi cen. W
telewizji widziałem wywiad z lekarzem, który zapytany o to, czy wobec wykrycia
przypadku BSE w Polsce je wołowinę. Odpowiedział, że nie je. To była porażająca
antyreklama mięsa wołowego. W Unii Europejskiej wszyscy politycy mówią
publicznie, że nie ma żadnego zagrożenia i że sami jedzą wołowinę. Uważam,
że taka wypowiedź była niedopuszczalna. Można było uniknąć odpowiedzi na
to pytanie. Czy jesteśmy pewni, że ta krowa pochodziła z polskiego gospodarstwa?
Czy ona nie została przemycona przez granicę? Pewne wątpliwości się nasuwają.
Z przedstawionego nam materiału wynika, że zainfekowana krowa miała 9 lat
oraz że w trakcie swego życia nie wykazywała żadnych objawów nerwowych.
Wydaje mi się, że w takim małym gospodarstwie nie żywi się zwierząt mączką
kostną.
Poseł Stanisław Stec /SLD/ : Pan poseł Zbigniew Chrzanowski wspominał
o systemie ewidencji zwierząt. Chciałbym przypomnieć, że za pana rządów
Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa najbardziej zaniedbała
ten problem. Nieprawidłowości przy wprowadzaniu programu pilotażowego związanego
z systemem IACS spowodowały, że prawdopodobnie będziemy musieli zwrócić
Unii Europejskiej 3 mln euro. Niemniej jednak uważam, że problem systemu
ewidencji zwierząt istnieje i dlatego proponuję, aby Komisja na jednym
z lipcowych posiedzeń otrzymała informację dotyczącą wdrażania systemu
IACS w Polsce. Myślę, że tę informację powinniśmy otrzymać od przedstawicieli
Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Wrzesień jest coraz
bliżej i nie wolno dopuścić, aby powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce
w przypadku komputeryzacji ZUS. Mam jeszcze pytanie do Głównego Lekarza
Weterynarii dra Piotra Kołodzieja. Poinformowano mnie, że są kłopoty z
utworzeniem laboratoriów weterynaryjnych na granicach Polski. Podobno Unia
Europejska proponowała wsparcie w wysokości 4,5 mln euro, ale służby weterynaryjne
oraz samorządy nie były przygotowane do skorzystania z tej pomocy, ponieważ
nie potrafiły wskazać lokalizacji tych obiektów. Bardzo proszę o informację
na ten temat. Jeżeli to jest prawda, to mieliśmy do czynienia z poważnym
zaniedbaniem. Jak jest naprawdę z przemytem bydła ze Słowacji? Podobno
niektórzy rolnicy przez południową granicę przemycają krowy do Polski.
Czy służby weterynaryjne panują nad sytuacją? Jeśli chodzi o rynek mięsa
wołowego, to rzeczywiście po tym szumie informacyjnym, który miał miejsce
w prasie i w telewizji, część społeczeństwa przestała kupować wołowinę.
Wydaje się, że Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Agencja Rynku Rolnego,
ale także Inspekcja Weterynaryjna powinny podjąć działania, aby odwrócić
te tendencje. Być może należy pomóc hodowcom zorganizować targi żywca wołowego.
Lekarze weterynarii powinni oświadczyć, że zrobią wszystko, aby ludzie
mogli to mięso bezpiecznie spożywać. Tu potrzeba trochę więcej aktywności
ze strony władz. W sprawie retorsji w handlu zagranicznym chciałbym powiedzieć,
że zaskakujące dla mnie było to, że nasi partnerzy strategiczny Litwa i
Ukraina, pierwsi ogłosili zamknięcie granic dla polskiego mięsa wołowego.
Przecież przyjaciół poznaje się w biedzie.
Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : To dobrze, że pan poseł Stanisław
Stec wyraził na koniec opinię, że władze są za mało aktywne jeśli chodzi
o ratowanie rynku wołowiny. Jeśli chodzi o system ewidencji zwierząt, to
kiedy byłem wiceministrem rolnictwa i rozwoju wsi na niepowodzeniu programów
pilotażowych zaważyła pryszczyca. W kwestii systemu IACS prowadziliśmy
już dyskusję na posiedzeniach Komisji i myślę, że jeszcze do tego wrócimy.
Historia pokaże, czy system powstanie w odpowiednim czasie i czy decyzje
podjęte w ostatnim okresie były właściwe.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Zgadzam się z panem
posłem Stanisławem Stecem, że Komisja powinna otrzymywać na każdym posiedzeniu
krótką informację o pracach nad wdrożeniem systemu IACS.
Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Pan poseł Zbigniew Chrzanowski
powiedział, że obecny rząd popełnił już dwa błędy.
Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Rząd popełnił znacznie więcej
błędów.
Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Niemniej jednak wymienił pan tylko
dwa. Pierwszy błąd, to zdaniem pana posła, nie wprowadzenie dopłat do mleka
od 1 stycznia 2002 r. Rzeczywiście dopłaty powinny być uruchomione z dniem
1 stycznia, ale pragnę państwu przypomnieć, że poprzedni Sejm mógł zdecydować
o tym, że rolnicy otrzymają pieniądze już od 1 października 2001 r. Dosyć
znamienne jest także to, że poprzedni Sejm przyjmował ustawy, których skutki
finansowe miały być odczuwane dopiero 1 stycznia 2002 r. Niektóre z tych
ustaw przyjmowaliśmy wspólnie. Przed chwilą dostarczono nam projekt dezyderatu
w sprawie BSE. Chciałbym zwrócić państwa uwagę na drugi akapit tego tekstu:
"Z uwagi na to, iż dzisiaj nie istnieje całościowy plan gotowości zwalczania
BSE domagamy się w trybie natychmiastowym poinformowania Komisji o działaniach
rządu w tym zakresie". Przypominam, że ogniska BSE na świecie już wygasają.
Problem był znacznie poważniejszy przynajmniej dwa lata temu. Jeśli miał
istnieć jakiś plan gotowości, to powinien być opracowany przez poprzednią
ekipę rządową. Jeśli plan gotowości był opracowany, to nie trzeba mówić,
że go nie ma.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : W tym momencie muszę
przerwać. Od poprzedniego posiedzenia Komisji obserwuję niepokojące zjawisko.
Zaczynacie państwo walkę polityczną, a w rolnictwie dzieje się coraz gorzej.
W tym obszarze wszyscy ponosimy klęskę. Bardzo proszę o merytoryczne wypowiedzi.
Ani poprzednia ekipa ani obecna nie może pochwalić się sukcesami w tej
dziedzinie.
Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Wracam do zadawania pytań. Czy
z zarażonej krowy zostały ponownie pobrane próbki i czy zostały one zabezpieczone?
Czy można te próbki przechowywać, a jeśli tak, to jak długo? Kiedy przeprowadzi
się badania, aby stwierdzić, czy nie popełniono błędów w tych dwóch laboratoriach?
Chciałbym powiedzieć, że dosyć dziwne jest to, że trzy dni po wykryciu
w Polsce przypadku BSE ogłasza się, że dwie młode dziewczyny znalazły się
w szpitalu z podejrzeniem choroby Creutzfeldta-Jakoba. Ktoś świadomie podsyca
niezdrową atmosferę wokół tego problemu, aby zdyskredytować Polskę w handlu
zagranicznym.
Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Wiemy, jak istotny jest rozpatrywany
dzisiaj problem. Widać to zresztą po toczącej się dyskusji. Dziękuję panu
posłowi Wojciechowi Mojzesowiczowi, że ukrócił te polityczne spory. Chciałbym
przypomnieć, że problemem BSE zaczęto się w Polsce zajmować wtedy, gdy
pojawił się on na zachodzie Europy i kiedy stanowił poważne zagrożenie.
Wtedy powołano specjalną Komisję, stworzono odpowiednie procedury działań
i podjęto decyzje o powstaniu laboratoriów. W związku z tym mam pytanie
do pana dra Piotra Kołodzieja. Czy w poprzednim okresie istniały rozporządzenia
w sprawie postępowania przy zwalczaniu chorób zakaźnych? Czy te rozporządzenia
są dzisiaj nieaktualne i trzeba przyjąć nowe? Chciałbym także zapytać pana
przewodniczącego Wojciecha Mojzesowicza, czy treść projektu dezyderatu,
który przed chwilą otrzymaliśmy, jest zgodna z regulaminem Sejmu?
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Chciałbym się odnieść do wypowiedzi
pana posła Czesława Cieślaka. Pan poseł Czesław Cieślak stwierdził, że
dezyderat jest nieaktualny, ponieważ na świecie wygasają ogniska BSE. Tymczasem
dla mnie istotny jest stan prawny. Prawo nakazuje aktualizację planu gotowości
zwalczania chorób zakaźnych. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność.
Aktualny plan gotowości zwalczania chorób zakaźnych zawsze musi być. To
jest obowiązek i tego nie możemy unikać. Chciałbym powiedzieć, że projekt
dezyderatu został przygotowany przeze mnie, a jego współautorem jest pan
poseł Szymon Giżyński.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wydaje mi się, że państwo
nie słuchaliście tego, co się tutaj mówi. Pan poseł Edward Brzostowski
miał rację stwierdzając, że wokół tej sprawy niepotrzebnie rozpętano akcję
medialną. Mieli rację również posłowie opozycji stwierdzając, że służby
weterynaryjne wykazały w tej sprawie nieumiejętność działania. Jeśli chcemy
sprzedawać wołowinę za granicą, to musimy wytworzyć dobrą atmosferę. Nie
można jednak fałszywie twierdzić, że wszystko jest w porządku, ponieważ
łatwo się da wykazać, że w działaniach służb weterynaryjnych panował wielki
bałagan. W kwestii dezyderatu chciałbym zaproponować, aby Komisja rozpatrzyła
jego treść na posiedzeniu 4 czerwca 2002 r.
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Uważam, że Komisja powinna dzisiaj
przyjąć ten dezyderat. Powinniśmy także odrzucić informację przedstawioną
przez Głównego Lekarza Weterynarii.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Nie możemy łączyć tych
dwóch spraw. Pan dr Piotr Kołodziej odpowie jeszcze na państwa pytania
i wtedy zdecydujemy o tym, czy możemy przyjąć jego informację. Dezyderat
jest zupełnie odrębną kwestią.
Poseł Aleksander Grad /PO/ : Uważam, że Komisja powinna przyjąć
dezyderat w sprawie BSE na dzisiejszym posiedzeniu. Proponuję, aby uzupełnić
jego treść o następujący zapis: "W związku z dużym spadkiem cen żywca wołowego,
Komisja domaga się pilnej interwencji na rynku".
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Te kwestie zostaną
rozstrzygnięte w głosowaniu. Interwencja jest potrzebna, ale to nie jest
jedyny problem. Dzisiaj za kilogram żywca wieprzowego płaci się tylko 3
zł. Agencja Rynku Rolnego nie ma środków na interwencję na tym rynku. Być
może ci, którzy znaleźli pieniądze na dopłaty do mleka, rozwiążą również
ten problem. Proszę pana dra Piotra Kołodzieja o udzielenie odpowiedzi
na zadane pytania.
Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej : Chciałbym odpowiedzieć
na pytania. Pan poseł Aleksander Grad zarzuca Inspekcji Weterynaryjnej
niewłaściwe działanie. Moim zdaniem wszystkie procedury zostały wykonane
prawidłowo zgodnie z planem gotowości zwalczania chorób zakaźnych. Zwierzę
trafiło do rzeźni z pełną dokumentacją. Krowa była zakolczykowana i miała
świadectwo miejsca pochodzenia, w związku z tym została dopuszczona do
uboju. W momencie kiedy okazało się, że wynik testu jest dodatni, rozpoczęto
poszukiwania i znaleziono miejsce w Rzepienniku Strzyżewskim. To nie było
prawdziwe miejsce pochodzenia tego zwierzęcia, ponieważ sfałszowano dokumenty.
Jeśli ktoś fałszuje dokumenty, to Inspekcja Weterynaryjna nie ma prawa
prowadzić dochodzenia, wchodzić do gospodarstw i przesłuchiwać ludzi -
to należy do policji. A zatem sprawa została przekazana prokuraturze i
policji, a służby weterynaryjne tylko towarzyszyły w tych działaniach.
Pan poseł Aleksander Grad zarzuca nam, że podaliśmy do wiadomości nazwę
miejscowości, z której pochodziła zarażona krowa. Tę informację podaliśmy
na samym początku sprawy i to była informacja prawdziwa. W kręgu zainteresowania
prokuratury, policji i służb weterynaryjnych było pięć gospodarstw, które
wprowadzały zwierzęta do obrotu niezgodnie z obowiązującym w Polsce przepisami.
Ci ludzie też złamali prawo. Pan poseł Antoni Mężydło pytał o zaktualizowany
plan gotowości. Sytuacja prawna niewiele się zmieniła. W poprzedniej ustawie
dotyczącej zwalczania chorób zakaźnych zwierząt, BSE było wymienione wśród
61 jednostek chorobowych poddanych zgłaszaniu i zwalczaniu. W tej chwili
w załączniku nr 1 do tej ustawy są wymienione jednostki chorobowe podlegające
zgłaszaniu i zwalczaniu, a w załączniku nr 2 wymienia się takie jednostki,
które podlegają rejestracji. W związku z tym do poprzedniej ustawy również
powinny być przygotowane plany gotowości i takie plany powstały. Jest przygotowany
plan gotowości zwalczania BSE, plan gotowości zwalczania pryszczycy, pomoru
świń i plany gotowości dotyczące kilku innych chorób. Trzeba jednak wyraźnie
powiedzieć, że zwalczanie pryszczycy i zwalczanie BSE, to są dwie różne
sprawy. Pryszczyca i pomór, to są choroby, które szybko się rozprzestrzeniają.
Działanie w takich przypadkach jest zupełnie inne niż w przypadku BSE.
Plan gotowości zwalczania BSE był przygotowany. Jestem jednym z autorów
tego planu, który został zaakceptowany przez pana dra Andrzeja Komorowskiego.
Swoją drogą macie państwo rację, że ten plan wymaga weryfikacji, ponieważ
to jest swojego rodzaju książka adresowa a nie plan postępowania na okoliczność
wykrycia BSE. Zwracałem na to uwagę już przy tworzeniu planu w ubiegłym
roku. Obecnie plan jest weryfikowany. Uwzględniane są doświadczenia europejskie
i polskie w zwalczaniu BSE. Niemniej jednak obecnie funkcjonujący plan
gotowości jest przedstawiany Unii Europejskiej, ponieważ takie są wymagania.
Zgadzam się z opinią, że należy ten plan uaktualnić. Pan poseł Antoni Mężydło
pytał także, czy badania próbek zostały potwierdzone w Laboratorium Referencyjnym.
Badanie wykonano dwukrotnie szybkim testem "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad
w Regionalnej Pracowni szybkiej diagnostyki BSE w ZHW w Krakowie. Laboratorium
Referencyjnym, czyli laboratorium odwoławczym, które weryfikuje wyniki
badań innych laboratoriów, jest Państwowy Instytut Weterynarii w Puławach.
W Puławach wykonano badania przy pomocy testu "Prionix", który jest czulszy
oraz przy pomocy dwóch testów odwoławczych "Westernblott" i metodą immunohistochemii.
Wyniki badań były jednoznaczne i zdaniem specjalistów nie trzeba było wykonywać
innych testów w laboratoriach zagranicznych. Jeśli chodzi o zmianę rodzaju
testu, to przedtem cały czas był używany test "Prionix". W czerwcu zeszłego
roku nieoczekiwanie przesłano do wszystkich laboratoriów test "Platelia(r)BSE"
firmy Bio-Rad. To była bardzo kłopotliwa sytuacja dla niektórych laboratoriów,
ponieważ zgodnie z poprzednimi zaleceniami Głównego Lekarza Weterynarii,
zakupiono sprzęt do przeprowadzania badań przy użyciu testu "Prionix".
Prawdopodobnie istnieją stenogramy rozmów prowadzonych przez Radę Epizootyczną
z Głównym Lekarzem Weterynarii. Byłem członkiem tego ciała doradczego i
wtedy mówiłem, że w Europie dopuszczalne są trzy testy: "Platelia(r)BSE"
firmy Bio-Rad, "Prionix" oraz "Enfer". Dwa z nich są stosowane również
w Polsce. A zatem nie rozumiem, dlaczego nastąpiła zmiana testu, ale to
nie ma większego znaczenia. Test " Prionix" jest stosowany w Państwowym
Instytucie Weterynarii w Puławach jako test bardziej czuły. Pozostałe cztery
laboratoria stosują test "Platelia(r)BSE" firmy Bio-Rad i z punktu widzenia
bezpieczeństwa, te wyniki są pewne. BSE jest chorobą zwalczaną z urzędu.
W związku z tym każde podejrzenie tej choroby musi zostać zgłoszone do
Inspekcji Weterynaryjnej. Po uzyskaniu dodatniego wyniku testu, tusza jest
likwidowana. Te działania wykonuje się na koszt państwa. Pan poseł Marian
Curyło pytał, czy starosta tarnowski zapłaci za badania genetyczne. Za
te badania zapłaciła już Inspekcja Weterynaryjna. Wydaje mi się, że to
nie jest najważniejsze. Istotne jest to, abyśmy mieli pewność, że wynik
tego badania był pewny. W ten sposób odzyskamy wiarygodność w oczach opinii
publicznej i naszych partnerów z Europy Zachodniej. Chociaż w tej chwili
powinniśmy być bardziej zainteresowani rynkiem wschodnim. Jak już powiedziałem,
plan gotowości zwalczania BSE został przygotowany przez poprzednią ekipą
rządzącą. On wymaga pewnej weryfikacji, ale istnieje. Nie mówmy, że takiego
planu nie ma, ponieważ wtedy stajemy się niewiarygodni. Plan gotowości
istnieje, ale wymaga weryfikacji ze względu na zmianę strategii. Pan poseł
Zbigniew Chrzanowski poruszył problem systemu identyfikacji zwierząt. Od
1997 roku zajmuję się tą tematyką. Byliśmy bardzo zaawansowani jeśli chodzi
o pracę nad wyborem programu. Konkurs wygrały programy z Danii i Saksonii.
W Polsce zostanie prawdopodobnie przyjęty program saksoński. Być może należało
wprowadzić ten program wcześniej, ponieważ są pewne kłopoty z identyfikacją
zwierząt. To jest przecież podstawowy element obrotu zwierzętami. Musimy
wprowadzić sprawny system identyfikacji zwierząt.
To jest bardzo ważna sprawa. Pan poseł wspomniał również o ograniczaniu
paniki. Po to przekazywano wszystkie informacje na bieżąco, aby społeczeństwo
wiedziało, co się dzieje, aby nie było niedomówień. Brak informacji wywołuje
strach i wtedy powstaje panika. W Polsce nie było takiej paniki, jaka wystąpiła
na przykład w Niemczech po wykryciu pierwszego przypadku BSE. Oczywiście
nastąpił spadek spożycia wołowiny, ale to ograniczenie nie było tak drastyczne
jak w innych krajach. Po to między innymi były organizowane konferencje
prasowe. Jeśli chodzi o granicę wieku badanego zwierzęcia, to granica 24
miesięcy nie jest uzasadniona z ekonomicznego i prawnego punktu widzenia.
Taką granicę wieku jednak przyjęto i dzięki temu możemy teraz mówić, że
Polska wprowadziła jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy niż te, które
obowiązywały w krajach Unii Europejskiej, gdzie badano bydło powyżej 30
miesiąca życia. Granicę wieku 24 miesiące stosują Dania i Niemcy. Z dokumentów
eksportowych wynika, że każdy kraj wymaga badań zwierząt powyżej 30 miesiąca
życia. Proszę wziąć pod uwagę fakt, że badania w kierunku BSE będą nas
kosztowały 50 mln złotych lub więcej. Jeśli zastosowalibyśmy kryterium
24 miesięcy, to potrzeba by było 100 mln zł. Ponadto chciałbym powiedzieć,
że łatwiej jest sprawdzić, że bydło ma 30 miesięcy niż 23 miesiące. Jeśli
chodzi o rynek wołowiny, to Inspekcja Weterynaryjna nie zajmuje się tą
problematyką. My wykonujemy zupełnie inne zadania. Oczywiście będziemy
wspierali Agencję Rynku Rolnego i przekonywali opinię publiczną, że polska
wołowina jest bezpieczna. Prowadzimy już rozmowy ze służbami weterynaryjnymi
Ukrainy, Białorusi i Rosji, aby możliwe było wyeksportowanie zapasów wołowiny.
Pan poseł Ryszard Stanibuła pytał, czy pionizacja struktur służb weterynaryjnych
pomogłaby w naszej pracy. Moim zdaniem tak. Jeśli Inspekcja Weterynaryjna
stwierdzi jakieś nieprawidłowości, to powiatowy lekarz weterynarii jest
praktycznie poza naszym zasięgiem. On w kwestii podległości służbowej,
jest zawieszony pomiędzy starostą a wojewódzkim lekarzem weterynarii. Dlatego
uważam, że struktury służb weterynaryjnych powinny być pionowe. W ten sposób
będzie zachowany łańcuch decyzyjny i będzie można skierować inspekcję.
To jest rodzaj służb policyjnych i decyzje Inspekcji muszą być wykonywane.
Pan poseł Ryszard Stanibuła pytał również, czy dysponujemy odpowiednią
ilością środków na wykonywanie powierzonych ma zadań. Pieniędzy oczywiście
mamy za mało. W tej chwili, aby zamknąć budżet związany ze zwalczaniem
chorób zakaźnych, potrzebuję 20 mln zł. Dobrze, że przypadek BSE wykryto
w małym stadzie. Przyjmijmy, że taki przypadek wystąpił w stadzie, w którym
jest 400 sztuk. Musielibyśmy zlikwidować 400 sztuk bydła i wypłacić odszkodowanie.
Byłyby potrzebne ogromne środki, których nie mamy. Mam nadzieję, że nic
takiego nam się nie przytrafi. Ponadto chciałbym powiedzieć, że bardziej
obawiam się pryszczycy niż BSE. W Korei panuje pryszczyca, a tam właśnie
zaczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Trzeba podjąć pewne działania
profilaktyczne. To jest w tej chwili dużo groźniejsza sprawa niż jeden
przypadek BSE. Pan poseł Stanisław Kalemba pytał, czy mamy pewność, że
prawidłowo ustalono miejsce pochodzenia zarażonego zwierzęcia.
Nic w życiu nie jest pewne. Ustalono miejsce pochodzenia na podstawie
dokumentów i badań genetycznych. Wyniki badań genetycznych w Instytucie
Zootechniki w Balicach potwierdziły jednoznacznie, że zwierzę pochodzi
z Polski. Znaleźliśmy nawet matkę tego zwierzęcia, która ma 12 lat. Dzięki
temu można było ustalić, że to jest polska krowa. Chciałbym obalić tutaj
pewien mit. Przestańmy mówić o tym, że w Polsce nie były stosowane mączki
kostne w żywieniu bydła. Nie byłbym nawet pewien, czy one nie są obecnie
stosowane. Nie ma w Polsce zakładów produkujących paszę oddzielnie dla
bydła i dla świń. W przypadku bydła nie wolno stosować mączek kostnych
z przetworzonego białka zwierzęcego. Jeśli chodzi o świnie i drób, wolno
stosować mączki kostne. Proszę sobie wyobrazić, że w zakładzie produkującym
pasze jest jedna linia produkcyjna. Oni na przykład do godziny 12.00 produkują
paszę dla trzody chlewnej, ale od tej godziny będą produkować paszę dla
bydła. Jaka jest gwarancja, że z tej linii produkcyjnej do paszy dla bydła
nie dostaną się resztki paszy dla trzody chlewnej? Dlatego byłbym bardzo
ostrożny w formułowaniu takich opinii, że w Polsce nie karmiono bydła mączką
kostną. Sytuacja nie jest tak jednoznaczna, jak nam się wydaje. Należy
także powiedzieć, że zarażone zwierzę pochodziło z hodowli intensywnej.
Tam kiedyś istniało gospodarstwo, które miało duże moce produkcyjne. To
gospodarstwo zbankrutowało, a zwierzęta zostały sprzedane. Jeśli chodzi
o przemyt, to sztab kryzysowy powołany przez pana ministra Jarosława Kalinowskiego
a prowadzony przez pana ministra Józefa Pilarczyka, brał pod uwagę także
taką możliwość. Informacje uzyskane od Straży Granicznej mówią o jednym
przypadku przemytu. To nie jest ta skala, o której była tutaj mowa. Na
podstawie badań i posiadanych dokumentów mogę stwierdzić, że zarażone zwierzę
pochodziło z tej miejscowości. Pan poseł Stanisław Stec również poruszył
problem identyfikacji i rejestracji zwierząt. Nie chcę się wypowiadać w
imieniu Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale z moich
informacji wynika, że system ma powstać w tym lub w przyszłym roku. Pan
poseł Czesław Cieślak pytał o plany gotowości. Jak już powiedziałem, istnieją
plany gotowości zwalczania chorób zakaźnych. Wymieniałem niektóre z nich.
Weryfikowany jest plan gotowości zwalczania BSE oraz plany związane ze
zwalczaniem pryszczycy i pomoru. Te dokumenty muszą być aktualizowane w
związku z sytuacją na świecie. W przypadku pomoru musimy uwzględnić odpady
kuchenne. Te odpady przed skarmieniem muszą być poddane obróbce termicznej.
Wszystkie zmiany mają charakter dynamiczny. Chciałbym również powiedzieć,
że żaden plan gotowości nie jest aktem prawnym. Plan gotowości zawiera
procedurę postępowania Inspekcji Weterynaryjnej. Do planu gotowości muszą
być przygotowane rozporządzenia. Rozporządzeń wykonawczych do zwalczania
chorób zakaźnych nie było i nie ma. One w tej chwili powstają. Przygotowuje
się na przykład rozporządzenie o zwalczaniu chorób zakaźnych. Moim zdaniem,
to rozporządzenia trzeba zmodyfikować. Nie może być tak, żeby jedno rozporządzenie
regulowało kwestie związane z tak dużą ilością jednostek chorobowych. W
przypadku każdej z jednostek obowiązują inne procedury postępowania. Dlatego
projekt rozporządzenia musi zostać zmieniony.
Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki /PSL/ : Pan dr Piotr Kołodziej
mówił o reżimie przy produkcji pasz zwierzęcych. Czy podjęto jakieś decyzje,
aby zapobiec takim sytuacjom, o których pan mówił? Myślę tutaj o takich
przypadkach, gdy białko pochodzenia zwierzęcego przedostaje się do pasz
dla bydła.
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Skoro istnieje aktualny plan gotowości,
zwalczania BSE, to prosimy o okazanie go Komisji. Myślę, że to nie jest
żaden problem i jeszcze dzisiaj ten dokument otrzymamy.
Główny Lekarz Weterynarii Piotr Kołodziej : Oczywiście możemy
państwu przekazać aktualny plan gotowości. Jeśli chodzi o reżim produkcji
pasz, to nie ma zakazu używania tej samej linii produkcyjnej do produkcji
pasz dla bydła i dla trzody chlewnej. Te sprawy będzie regulowało dopiero
prawo paszowe. W tej chwili przygotowana jest instrukcja o sposobie pobierania
pasz. Tam znajdują się kryteria oceny pasz i opisany jest sposób badania,
czy w paszy dla bydła znajduje się przetworzone białko zwierzęce. To jest
kolejne doświadczenie, które musimy wykorzystać.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : W trakcie dyskusji
zgłoszono wnioski o przyjęcie oraz o odrzucenie informacji przedstawionej
przez Głównego Lekarza Weterynarii. Przystępujemy do głosowania. Kto z
państwa jest za przyjęciem tej informacji? Stwierdzam, że Komisja przy
10 głosach za, 13 przeciw i braku wstrzymujących się nie przyjęła informacji.
Pozostała nam jeszcze kwestia dezyderatu. W trakcie posiedzenia Komisji
posłowie wnioskodawcy dostarczyli nam projekt dezyderatu o następującej
treści: "W dniu 4 maja 2002 r. w Krakowie, w czasie konferencji prasowej
Główny Lekarz Weterynarii dr Piotr Kołodziej poinformował, iż pierwszy
polski przypadek BSE zostanie zbadany przez uznane europejskie laboratorium
diagnostyczne w Niemczech lub Wielkiej Brytanii. Prosimy pana ministra
o precyzyjną informację, kiedy i do którego zagranicznego laboratorium
materiał został doręczony? Z uwagi na to, iż na dzisiaj nie istnieje całościowy
plan gotowości zwalczania BSE domagamy się w trybie natychmiastowym poinformowania
Komisji o działaniach rządu w tym zakresie. Ponadto wnosimy zgodnie z poprawką
20 do art. 21 - "ustawy weterynaryjnej", by minister właściwy do spraw
rolnictwa wydał rozporządzenia o sposobie postępowania przy zwalczaniu
poszczególnych chorób zakaźnych. Termin wejścia tych rozporządzeń został
określony na 1 stycznia 2002 r. Prosimy o informację czy rozporządzenia
te zostały wydane i czy to na ich podstawie zwalczano BSE w Polsce? Czy
w Polsce obowiązuje już, w zakresie ustawodawstwa weterynaryjnego, prawo
Unii Europejskiej i jakie były podstawy prawne do wszystkich działań prowadzonych
w ramach zwalczania BSE w Polsce? Rząd został zaskoczony doniesieniem medialnym
o pierwszym polskim przypadku BSE, sytuacja natomiast wymaga natychmiastowej
reakcji stosownych resortów: rolnictwa i zdrowia, celem wyeliminowania
negatywnych skutków, jakie ta informacja może mieć dla polskiego rolnictwa
i przetwórstwa rolno-spożywczego. Komisja wnosi o pilną informację o działaniach
Rządu w tym zakresie". Pan poseł Aleksander Grad proponował, aby uzupełnić
treść dezyderatu o słowa: "Komisja zwraca się o interwencję Agencji Rynku
Rolnego na rynku wołowiny".
Poseł Romuald Ajchler /SLD/ : Jestem przeciwny temu, aby dezyderat
o tej treści został skierowany do rządu. Pewne zasady muszą być przestrzegane.
W projekcie dezyderatu jest napisane, że Komisja zwraca się o pilną informację
o działaniach rządu w zakresie zwalczania BSE. Przed chwilą otrzymaliśmy
taką informację. Dalej w tekście pada pytanie o rozporządzenia. Pan dr
Piotr Kołodziej powiedział przed chwilą, co rząd w tej kwestii zrobi. Nie
wolno nam pisać, że "rząd został zaskoczony doniesieniem medialnym o pierwszym
polskim przypadku BSE". Z tego wynikałoby, że rząd nie został poinformowany
wcześniej niż prasa. To nie jest prawda. Przecież Główny Lekarz Weterynarii
reprezentował na tej konferencji prasowej rząd. Uważam, że dezyderat w
tej postaci nie kwalifikuje się do rozpatrywania. Proponuję, abyśmy opracowali
nowy projekt dezyderatu w przeciwnym wypadku Komisja Rolnictwa i Rozwoju
Wsi narazi się na śmieszność. W przyszłym tygodniu rząd przedłoży w Sejmie
informacje dotyczące produkcji rolnej. To będzie dobra okazja, abyśmy mogli
ten temat poruszyć. W dniu 4 czerwca 2002 r. odbędzie się posiedzenie Komisji
poświęcone przygotowaniom do debaty rolnej. Wtedy również można te kwestie
poruszyć. Plan gotowości zwalczania BSE istnieje. Nie wiem, czy rzeczywiście
konieczne jest to, aby dzisiaj posłowie otrzymali ten dokument. Jeśli ktoś
z państwa jest zainteresowany, to może indywidualnie uzyskać ten dokument
od Głównego Lekarza Weterynarii. Apeluję do państwa, abyśmy pewnych decyzji
nie podejmowali pochopnie. Jeśli dezyderat ma być przyjęty jednomyślnie,
to trzeba popracować nad jego treścią. Teraz wykorzystujecie państwo fakt,
że w obradach Komisji nie uczestniczy część posłów z Klubu Parlamentarnego
Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W takim razie proponuję ogłoszenie przerwy,
abyśmy mogli zgromadzić wystarczającą grupę posłów. Mam prawo poprosić
o przerwę. To nie jest sprzeczne z Regulaminem Sejmu. Taka zasada jest
stosowana w przypadku obrad plenarnych Sejmu. Jeśli nie zgodzicie się państwo
na odłożenie głosowania w sprawie tego dezyderatu, to poproszę o przerwę.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Przypominam, że godzinę
temu decydowaliśmy o wyborze posła sprawozdawcy i opozycja przegrała to
głosowanie. Wtedy nie ogłaszaliśmy przerwy. To jest niebezpieczny precedens.
Każdy z posłów ma obowiązek uczestniczenia w posiedzeniach Komisji. Wszyscy
członkowie Komisji otrzymali zawiadomienia o terminie posiedzenia.
Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Po raz pierwszy spotykam się
z taką praktyką, że na wniosek klubu parlamentarnego ogłasza się przerwę
w posiedzeniu Komisji. Taka zasada jest przyjęta w przypadku posiedzenia
Sejmu. Pamiętam, kiedy w Sejmie poprzedniej kadencji posłowie Sojuszu Lewicy
Demokratycznej zrywali posiedzenia komisji tylko dlatego, że nie przybył
przedstawiciel rządu lub z innych względów. Proszę nie tłumaczyć nieobecności
posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ponieważ oni wyjechali do domu i
są niesumienni. Przed przerwą pan przewodniczący Wojciech Mojzesowicz wyraźnie
powiedział, że posiedzenie będzie wznowione po głosowaniach w Sejmie. Składam
wniosek o natychmiastowe przeprowadzenie głosowania w sprawie dezyderatu.
Potem będziemy mogli dyskutować na temat przerwy.
Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Wydaje mi się, że bardzo rozsądna
była propozycja złożona przez pana posła Wojciecha Mojzesowicza. Pan poseł
proponował, aby kwestię dezyderatu rozpatrzyć na posiedzeniu Komisji, które
odbędzie się 4 czerwca 2002 r. Do tego czasu powołana przez nas podkomisja
lub prezydium Komisji zajęłyby się przygotowaniem treści dezyderatu. Przedstawiony
w tej chwili projekt dezyderatu jest postulatywny. Uważam, że jeżeli chcemy
coś w tej kwestii zrobić, to powinniśmy mieć do siebie zaufanie. Powinniśmy
również okazać to zaufanie przedstawicielom rządu. Jeżeli pan dr Piotr
Kołodziej przedstawił informację i przyznał, że niektóre elementy związane
ze zwalczaniem BSE trzeba poprawić, to ta problematyka powinna zostać uwzględniona
w dezyderacie. W tej chwili treść dezyderatu jest mało konkretna. Uważam,
że prezydium Komisji powinno dopracować ten tekst.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Uważam, że sytuacja na rynkach
rolnych jest zła. Podziały polityczne w tak zasadniczych sprawach nie są
potrzebne. Sami stwarzamy problem. Przez długi czas byłem przewodniczącym
Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Jeśli Komisja przyjmuje dezyderat, to
byłoby lepiej, gdyby został on przyjęty jednomyślnie. Wiemy, jaką ten dokument
powinien mieć formę. Zaproponowany projekt nie spełnia wymogów Regulaminu
Sejmu. Jeśli Komisja chce mieć odpowiednią rangę, to nie powinna przyjmować
tego projektu. Opowiadam się za powołaniem zespołu, który opracuje treść
tego dezyderatu, tak aby był zgodny z Regulaminem Sejmu. Tego projektu,
który nam przedstawiono, nie możemy przyjąć. W trosce o prestiż Komisji
apeluję do państwa, aby powołać zespół posłów, którzy przygotują treść
dezyderatu na następne posiedzenie Komisji. Zapewniam państwa, że wszystkie
merytoryczne kwestie będą w tym dezyderacie ujęte.
Poseł Czesław Cieślak /PSL/ : Chciałbym zauważyć, że w dzisiejszym
porządku obrad nie ma punktu "przyjęcie dezyderatu". Ponadto projektu dezyderatu
nie otrzymali wszyscy członkowie Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. W związku
z tym uważam, że przyjmując ten dezyderat naruszymy regulamin Sejmu.
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Uważam, że ten dezyderat jest konsekwencją
nie przyjęcia informacji przedstawionej przez Głównego Lekarza Weterynarii.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Mam pytanie do posłów
wnioskodawców. Czy podtrzymujecie państwo wniosek o przyjęcie dezyderatu
jeszcze na tym posiedzeniu Komisji?
Poseł Antoni Mężydło /PiS/ : Podtrzymuję mój wniosek.
Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki /PSL/ : Rozumiem, że ten dezyderat
jest skierowany do rządu tymczasem w jednym ze zdań czytamy: "Prosimy pana
ministra o precyzyjną informację kiedy i do którego zagranicznego laboratorium
materiał został doręczony?". Jeżeli ten dezyderat ma się przyczynić do
rozwiązania problemów, to na pewno nie może być przyjęty w takiej formie.
Od trzynastu lat jestem posłem i oświadczam, że nie mogę głosować za tak
sformułowanym dezyderatem. Apeluję do państwa, aby nie ośmieszać Komisji.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Skoro zgłoszono przeciwstawne
wnioski musimy tę kwestię rozstrzygnąć w głosowaniu.
Poseł Romuald Ajchler /SLD/ : Bardzo proszę o ogłoszenie przerwy.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wykażę tutaj dobrą
wolę i zarządzę przerwę.
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk /SKL/ : Zgłaszam wniosek
przeciwny.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : W takim razie przystępujemy
do głosowania.
Poseł Romuald Ajchler /SLD/ : Ponawiam mój wniosek o ogłoszenie
przerwy.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Ogłaszam pięć minut
przerwy.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wznawiam posiedzenie
Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Myślę, że musimy rozstrzygnąć wątpliwości
dotyczące dezyderatu. Możemy to zrobić tylko poprzez głosowanie.
Poseł Edward Brzostowski /SLD/ : Zanim przystąpimy do głosowania,
chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Wydaje się, że projekt dezyderatu
powinien zostać dostarczony posłom przed posiedzeniem Komisji. Ponadto
chciałbym powiedzieć, że ten tekst zawiera oczywiste mankamenty językowe
i choćby z tego powodu nie powinien być przyjęty przez Komisję. Nie kompromitujmy
Komisji przyjmując tego typu dezyderat. Chyba, że autorom projektu chodzi
o ośmieszenie Komisji. Wtedy osiągną oni swój cel. Wnoszę o odłożenie głosowania
w tej sprawie do następnego posiedzenia Komisji. Przypominam, że Komisja
nie przyjęła informacji w sprawie BSE przedstawionej przez Głównego Lekarza
Weterynarii. Powinniśmy zażądać uzupełnienia tej informacji i dopiero wtedy
wystosować dezyderat.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Wniosek zgłoszony przez
pana posła Edwarda Brzostowskiego również musimy poddać pod głosowanie.
Przystępujemy do głosowania. Kto z państwa jest za tym, aby nie przeprowadzać
dzisiaj głosowania w sprawie dezyderatu? Stwierdzam, że przy 9 głosach
za, 14 przeciw i braku wstrzymujących się Komisja odrzuciła ten wniosek.
Przystępujemy do głosowania w sprawie przyjęcia dezyderatu. Kto z państwa
jest za przyjęciem dezyderatu w proponowanym brzmieniu? Stwierdzam, że
Komisja przy 15 głosach za, 4 przeciw i braku wstrzymujących się przyjęła
dezyderat w proponowanym brzmieniu. Chciałbym powiedzieć, że jestem zbulwersowany
zachowaniem posłów, którzy w trakcie głosowania opuścili salę. To nie jest
metoda rozwiązywania problemów. W ten sposób nic nie osiągniemy. Staraliśmy
się przez siedem miesięcy skupiać na kwestiach merytorycznych. Dzisiaj
zrobiliście mi państwo dużą przykrość. Musimy się liczyć z tym, że w tym
momencie nastąpił podział polityczny Komisji.
Poseł Wojciech Szczęsny Zarzycki /PSL/ : Rozumiem, że przedmiotem
głosowania nie były problemy związane z pierwszym w Polsce przypadkiem
BSE, ale forma tego dezyderatu. Nie głosowałem przeciw temu, aby zwrócić
rządowi uwagę na problemy zawarte w tym dezyderacie, ale przeciw formie
tego dokumentu, który ma być wysłany do premiera rządu. Tak naprawdę nie
wiemy nawet, do kogo jest skierowany ten dezyderat. Ustalanie adresata
po głosowaniu jest nieprawidłowe. Sądzę, że nie rozwiązaliśmy w ten sposób
żadnego problemu. Chodziło tylko o to, aby udowodnić, kto ma rację. Tymczasem
ważne jest rzeczowe rozwiązane prawdziwych problemów związanych z tym przypadkiem.
Mam nadzieję, że tego rodzaju pomyłka więcej się nie powtórzy. Jest mi
bardzo przykro, że sprawy przybrały taki obrót.
Posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk /SKL/ : Sądzę, że niepotrzebnie
się państwo oburzacie, że złożono taki projekt dezyderatu. Komisja może
przyjąć każdy dezyderat, jeśli uzna, że jest on potrzebny. To jest dowód
na to, że interesujemy się rozpatrywanym tematem. Nie ma tutaj nic do rzeczy
podział na koalicję i opozycję. Tego rodzaju sytuacje zdarzają się bardzo
często i ci z państwa, którzy sprawują mandaty poselskie nie pierwszy raz,
doskonale o tym wiedzą. Chciałabym zapytać, kiedy zostanie zaproszony na
posiedzenie Komisji Główny Inspektor Pracy pan Tadeusz Zając. Składałam
wniosek o uwzględnienie tego punktu w pracach Komisji, ponieważ na wsi
zdarza się wiele wypadków i chcielibyśmy otrzymać obraz sytuacji.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Chciałbym od razu odpowiedzieć
na pytanie pani posłanki Doroty Arciszewskiej. Niestety nie uda się wprowadzić
tego punktu do porządku posiedzenia, które odbędzie się 4 czerwca 2002
r. Postaram się uwzględnić pani wniosek i być może omówimy ten problem
na kolejnym posiedzeniu.
Poseł Aleksander Grad /PO/ : Pan poseł Wojciech Mojzesowicz mówił
o tym, że Komisja powinna otrzymywać informacje o sposobie wdrażania systemu
IACS. Czy nie należy się o to zwrócić do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji
Rolnictwa w bardziej formalny sposób?
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Na jednym z najbliższych
posiedzeń Komisji omówimy przygotowania i sposób wdrożenia systemu IACS.
Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Chciałbym jeszcze wrócić do kwestii
dezyderatu. Nie chciałbym, aby w przyszłości postępowano w podobny sposób.
Tekst dezyderatu powinien zostać wcześniej przygotowany przez posłów wnioskodawców
lub prezydium Komisji i dostarczony posłom, aby mogli się zastanowić przed
podjęciem decyzji. Przyczyną dzisiejszego konfliktu była forma tego dokumentu,
a nie jego treść.
Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Nie zawsze prezydium Komisji może
wcześniej przygotować projekt dezyderatu. Może się zdarzyć tak, że pomysł
wystosowania dezyderatu zrodzi się podczas dyskusji. Gdyby nie sposób zachowania
posłów koalicji rządzącej, można było dopracować tekst tego dezyderatu
na dzisiejszym posiedzeniu Komisji. Niestety część posłów opuściła salę
podczas głosowania, co jest niedopuszczalne. To jest skandal. Podczas każdego
posiedzenia Komisji posłowie mogą zgłosić projekt dezyderatu. Nie ma obowiązku
wcześniejszego zgłaszania takich projektów. Nie widzę w tym nic złego.
Ze strony koalicji nie było woli, aby taki dezyderat przyjąć. Gdyby taka
wola była, to mogliśmy się porozumieć w sprawie formy.
Poseł Marian Curyło /Samoobrona/ : Myślę, że sprawie wdrażania
systemu IACS powinniśmy poświęcić odrębne posiedzenie Komisji. Dochodzą
do mnie głosy, że tymi sprawami nie zajmują się fachowcy tylko osoby, które
znają wpływowych ludzi.
Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : Chciałbym ustosunkować się do wypowiedzi
pana posła Ryszarda Nowaka. Członkowie Komisji przed posiedzeniem otrzymują
wszelkie niezbędne materiały. W związku z tym można wcześniej zaplanować
złożenie wniosku o wystosowanie dezyderatu. A zatem można te kwestie jakoś
uporządkować.
Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Dezyderat może wynikać z pracy Komisji.
Poseł Szczepan Skomra /SLD/ : To jest zresztą drugorzędny problem.
Najważniejsze jest rozwiązanie tego problemu. Zostawmy na boku ocenę zachowania
posłów. Chodzi o to, aby to nie było większą wartością niż problemy, które
powinniśmy w tej Komisji rozwiązywać.
Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Całkowicie się zgadzam z panem posłem
Szczepanem Skomrą.
Poseł Zbigniew Chrzanowski /SKL/ : Pan poseł Wojciech Zarzycki
pytał, do kogo jest skierowany ten dezyderat. On jest kierowany do rządu.
Chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów o pracy Komisji. Dzisiaj wydarzyły
się pewne niedobre rzeczy. Przewodniczący Komisji chciał być posłem sprawozdawcą
ustawy o regulacji rynku mleka i przetworów mlecznych, a Komisja nie okazała
mu swojego zaufania. Z drugiej strony mówienie, że wszyscy bierzemy odpowiedzialność
za to, co się dzieje w polskim rolnictwie jest twierdzeniem na wyrost.
Tak naprawdę dzisiaj posłowie koalicji wychodząc z tej sali pokazali, że
nie jest dla nich najważniejsze polskie rolnictwo, tylko ważny jest interes
partyjny. Przypomina mi się stare powiedzenie "kto nie jest z nami, ten
jest przeciwko nam". Problemy w polskim rolnictwie narastają. Wszystkie
rynki są destabilizowane. Za chwilę staniemy przed problemem funkcjonowania
polskich rolników przez kolejne lata w Unii Europejskiej.
Poseł Stanisław Kalemba /PSL/ : Zgodnie z regulaminem Sejmu nie
można wystosować dezyderatu do rządu. Dezyderat może być skierowany do
prezesa Rady Ministrów lub określonego ministra. Oświadczam, że dezyderat
w tej formie, która została przyjęta jest sprzeczny z regulaminem Sejmu.
Mówiłem już o tym, że nie było sporu co do treści tego dokumentu. Apelowałem
do państwa, abyśmy powołali zespół, który zajmie się dopracowaniem treści
dezyderatu. Wtedy na następnym posiedzeniu Komisji jednomyślnie przyjęlibyśmy
ten dezyderat. Ponadto nie należy dzielić członków Komisji ze względu na
przynależność partyjną. Zawsze uważałem, że w Komisji jest zdecydowana
większość przyzwoitych posłów. Kto dał państwu prawo, aby oceniać posłów
koalicji? Posłowie Klubu Parlamentarnego Polskiego Stronnictwa Ludowego
zachowali się na tym posiedzeniu godnie i nie opuścili sali obrad. A jesteśmy
również w koalicji. W związku z tym proszę nie formułować takich ogólnych
ocen.
Poseł Ryszard Nowak /PiS/ : Przepraszam posłów z Polskiego Stronnictwa
Ludowego. Oni rzeczywiście nie opuścili posiedzenia Komisji. Chcę sprecyzować,
że to członkowie Komisji wywodzący się z Klubu Parlamentarnego Sojuszu
Lewicy Demokratycznej ostentacyjnie opuścili salę, łącznie z wiceprzewodniczącym
Komisji, co moim zdaniem jest zachowaniem skandalicznym i aroganckim. To
jest lekceważenie pracy Komisji. Panu posłowi Stanisławowi Kalembie chciałbym
powiedzieć, że jeśli to była tylko kwestia dopracowania tego tekstu, to
można było to przecież zrobić. Nie było jednak woli dyskusji na temat formy.
Poseł Józef Żywiec /Samoobrona/ : W mediach krytykuje się Komisję
Rolnictwa i Rozwoju Wsi i stwierdza się, że to jest Komisja Samoobrony.
W tym tonie wypowiadał się na przykład pan Lech Nikolski. Musimy rozwiązywać
poważne problemy, a posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie chcieli
z nami współpracować. Część z nich w ogóle nie przybyła na drugą część
posiedzenia Komisji, gdy tylko dokonali wyboru posła sprawozdawcy. Posłem
sprawozdawcą powinien być przewodniczący Komisji Wojciech Mojzesowicz.
Poseł Wojciech Mojzesowicz /Samoobrona/ : Zamykam dyskusję. W
kontekście tego, co się tutaj wydarzyło, chciałbym powiedzieć, że zawsze
ktoś musi przegrać. Jeśli się z tym nie pogodzimy, to nie będzie możliwa
dalsza praca Komisji. Przypominam, że na wniosek pana posła Romualda Ajchlera
ogłosiłem przerwę. A zatem zrobiłem wszystko, co było możliwe, aby szanse
były równe. Nie mogę jednak blokować pracy Komisji. Uważam, że posłowie
nie powinni byli opuszczać posiedzenia podczas głosowania. Tak już jest,
że bardziej zdyscyplinowana grupa ma przewagę. Bardzo mi przykro, że dwóch
wiceprzewodniczących Komisji opuściło salę. Zamykam posiedzenie Komisji
Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
|
|
"Słowo Polskie", 17. czerwca 2002r.
Ludzie przestali kupować wołowinę
Ubojnie i masarnie na skraju bankructwa
Wołowe w sklepach "nie idzie". Ubojnie w naszym regionie prawie stanęły.
Hodowcy nie mają komu sprzedać krów. - Raz na dwa tygodnie ktoś zamówi
wołowe mięso. Ciężko będzie przetrwać - mówi Franciszek Szpak, właściciel
małej ubojni w Dziecimorowicach koło Wałbrzycha.
Jest to jedyna w powiecie wałbrzyskim ubojnia mięsa wołowego. Kiedyś
bili także trzodę, ale po pierwszych sygnałach o BSE i rygorystycznych
nakazach sanitarnych, pozostali tylko przy wołowinie.
Gospodynie wolą drób
Dopóki nie pojawiły się informacje o wykryciu BSE u polskich krów,
jakoś szło. Potem rynek zamarł. - Nie bijemy, jak nie mamy odbiorcy - tłumaczą
w Dziecimorowicach. Odbiorca zjawia się teraz co dwa tygodnie. Albo i rzadziej.
Weźmie tylko mięso od młodych. Czyli bydła, które nie przekroczyło trzydziestu
miesięcy życia. Bo młoda jałóweczka czy byczek nie mają prionów. - Ale
kto tam wie - mówi pani Adela, gospodyni żywiąca czteroosobową rodzinę.
Na wszelki wypadek zrezygnowała z bitek wołowych, zawijanych rolad i wołowego
gulaszu. Przestawiła się na wieprzowinę i drób. Bo u niej w domu mięso
musi być.
Zainwestowali i.... stoją
- A nam grozi bankructwo - mówi o branży wołowej Franciszek Szpak.
Właściciele ubojni zainwestowali w zakłady tysiące złotych. - Standard
wyposażenia, taki jak wymagają w Unii Europejskiej, jest bardzo drogi -
tłumaczy Andrzej Bielarczyk, powiatowy lekarz weterynarii w Wałbrzychu.
Musi być bezspoinowa posadzka, specjalna kanalizacja, oddzielony materiał
specjalnego ryzyka, czyli głowa zwierzęcia i rdzeń kręgowy. Małe ubojnie,
których w latach 80. było sporo, padły, bo nie miały pieniędzy na sprzęt
i remonty.
- Te, co pozostały, mają bardzo dobre warunki sanitarne. - Co z tego,
skoro grozi im bankructwo. Z czego mamy wyżyć? Z tych kilku sztuk, co czasami
ubijemy - martwi się Franciszek Szpak. - Za dobrych czasów biliśmy po 20
sztuk dziennie - mówi Bogusława Wyspiańska, właścicielka ubojni i masarni
w Sosnówce pod Jelenią Górą. W tym tygodniu była tylko jedna sztuka. Całe
to mięso sprzedamy w naszym sklepie. Nie przyjeżdżają już do nas hurtowi
odbiorcy. Kiedyś zaopatrywały się tu okoliczne domy wczasowe i ośrodki
kolonijne. Z informacji, jakie ma Bogusława Wyspiańska wynika, że ośrodki
wczasowe, która organizują kolonie dla dzieci i młodzieży, mają zakazane
wprowadzanie do jadłospisów dań z wołowiną.
- - Zapotrzebowanie na wołowinę spadło o połowę. Mięso bierzemy tylko
z byczków, a i tak sklepy nie zamawiają. Wolą wieprzowinę - przyznaje pracownik
masarni z ul. Wrocławskiej w Wałbrzychu.
- Krowa pod kontrolą
- Lekarz weterynarii nie spuszcza zwierzęcia z oka. Najbardziej pilnowane
są ubojnie. - Od każdej ubitej krowy mającej powyżej 30 miesięcy pobierany
jest fragment pnia mózgu. Badany jest w laboratorium w Zakładzie Higieny
Weterynaryjnej we Wrocławiu. Tusza jest przetrzymywana w chłodni do otrzymania
wyniku badań w kierunku BSE - tłumaczy Andrzej Bielarczyk, powiatowy inspektor
weterynarii w Wałbrzychu. Dopiero po badaniach i wydaniu orzeczenia przez
lekarza weterynarii mięso może być poddane dalszej obróbce. Koszty badania
testem Prionex pokrywa ubojnia.
- - Na rynek trafia tylko sprawdzona wołowina - zapewniają weterynarze.
Polecają kupować mięso w dużych sklepach, u uznanych dostawców. Według
Romana Charchuta, powiatowego inspektora weterynaryjnego w Jeleniej Górze,
sytuacja epidemiologiczna w regionie jest dobra.
- - Aby zwiększyć bezpieczeństwo i kontrolę produkowanego tu mięsa
wspólnie z policją będziemy kontrolować punkty skupu i uboju żywca. Będziemy
sprawdzać, czy nie przyjeżdżają odstawiać bydła producenci z innych regionów
kraju.
- Płacz hodowcy
- Kazimierz Stańkowski, wieloletni prezes Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej
"Przyszłość" w Starych Bogaczowicach, nie ma już siły nawet narzekać. W
"Przyszłości" dołuje wszystko. I produkcja mleka, i hodowla kur. A najbardziej
hodowla bydła. - Mam 70 krów i nie wiem, co mam z nimi zrobić - żali się
prezes.
Krowy są przeznaczone do uboju, bo mleczne stado trzeba co jakiś czas
odnawiać. Tymczasem nikt bydła nie chce. Kiedyś do spółdzielni sami przyjeżdżali
pośrednicy. Zabierali zwierzęta, płacili i interes wołowy się kręcił. Dziś
zamarł zupełnie. W regionie jeleniogórskim zostało tylko kilka większych
stad bydła: w Grabarowie, Mysłakowicach, Goduszynie i Radomierzu. Mają
w sumie nie więcej niż 500 sztuk.
- Nasze bydło w całości idzie na eksport do Włoch. Nigdy nie stosowaliśmy
w żywieniu mączek kostnych. Obecnie w Polsce nie sprzedajemy mięsa, bo
się nie opłaca. Importer przez pośrednika odbiera od nas żywiec i nie korzysta
z okolicznych ubojni - wyjaśnia inż. Agnieszka Frydrych, kierownik stacji
badawczo-dydaktycznej Akademii Rolniczej w Radomierzu hodującej bydło mięsne
rasy charolaise.
- W spółdzielni "Przyszłość" w Starych Bogaczowicach mają 1600 krów.
Rocznie trzeba wymienić jedną trzecią stada. Tylko kto kupi te krowy?
Alina Gierak
Współpraca: gk |
Polska Agencja Prasowa, 17. lipca 2002r.
Prokuratura umorzyła część śledztwa w sprawie BSE
Prokuratura umorzyła część śledztwa w sprawie pierwszego w Polsce przypadku
BSE. Uznano, że handlarz skupujący zwierzęta i osoba wystawiająca świadectwa
pochodzenia nie sprowadzili niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu
osób.
Obaj mężczyźni będą natomiast odpowiadać za poświadczenie nieprawdy
poprzez wystawianie fałszywych dokumentów, za co grozi im od 3 miesięcy
do 5 lat pozbawienia wolności.
Pierwszy przypadek zakażenia BSE w kraju stwierdzono w Małopolsce u
krowy, która trafiła do ubojni w Mochnaczce Wyżnej k. Krynicy. Potwierdziły
to badania laboratoryjne wykonane 2 maja w Krakowie i 3 maja w Instytucie
Weterynarii w Puławach.
Tarnowska prokuratura postawiła zarzuty fałszowania dokumentów pochodzenia
zwierząt oraz nieumyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia
wielu osób Janowi K. - skupującemu bydło od rolników oraz Henrykowi O.,
wystawiającemu świadectwa pochodzenia zwierząt.
"Postępowanie w części umorzono, ponieważ nie wystąpiło niebezpieczeństwo
dla życia lub zdrowia ludzi" - powiedziała we wtorek PAP prok. Bożena
Owsiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnowie.
"U krowy, która trafiła do ubojni w Mochnaczce Wyżnej, nie stwierdzono
objawów choroby, a jedynie obecność prionów białkowych, które mogą ją wywołać.
Jan K. i Henryk O. nie mieli świadomości, że w mózgu krowy są priony" -
dodała Owsiak.
Zwierzę dostarczone do ubojni w Mochnaczce nie wykazywało objawów nerwowych
charakterystycznych dla BSE. Potwierdził to lekarz weterynarii pracujący
w zakładzie. Obecność prionów w mózgu krowy wykazały dopiero specjalistyczne
badania przeprowadzone po jej zabiciu. Do zarażenia doszło najprawdopodobniej
drogą pokarmową, a nie genetyczną.
Handlarz Jan K. dostarczył zarażoną sztukę do legalnej ubojni, gdzie
kontrolowano mięso. "Niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia ludzi zaistniałoby
wtedy, gdyby krowa trafiła do nielegalnego uboju, co nie nastąpiło - podkreśliła
prok. Bożena Owsiak.
Mięso zarażonej sztuki nie trafiło także do handlu, a tylko spożycie
takiego mięsa można u ludzi wywołać chorobę.
Tarnowska prokuratura nadal prowadzi śledztwo, które ma wyjaśnić, jaką
skalę miał proceder wystawiania fałszywych świadectw pochodzenia zwierząt.
|
Polska Agencja Prasowa, 1. października 2002r.
Weterynarz Opolszczyzny: do uboju przeznaczymy 29 krów
29 krów z gospodarstwa, w którym wykryto trzeci w Polsce przypadek BSE,
trafi do uboju - poinformował we wtorek PAP opolski wojewódzki lekarz weterynarii
Kazimierz Dubiński.
"Na dziś wiemy o planowanym uboju 29 sztuk, które mogą być zagrożone.
Właściciel otrzyma od Skarbu Państwa pełne odszkodowanie, zależne od użytkowej
wartości danej sztuki bydła"- powiedział PAP Dubiński.
Informację o planowanym uboju kilkudziesięciu sztuk bydła potwierdził
w Opolu wiceminister rolnictwa Jerzy Pilarczyk, który nadzoruje w resorcie
problemy związane z weterynarią i bezpieczeństwem żywnościowym.
"Konkretne działanie w sprawie przypadku w Jakubowicach będzie podjęte
przez krajowego lekarza weterynarii. Zgodnie z procedurami zwierzęta urodzone
rok wcześniej i rok później zostaną poddane szczegółowym badaniom, do uboju
na dziś przeznaczymy nie więcej niż 30 sztuk" - powiedział Pilarczyk. Podkreślił
przy tym, że sytuacja nie stanowi zagrożenia dla konsumentów mięsa i mleka.
"Nie jest to choroba zakaźna i zagrażająca zdrowiu i życiu ludzi w kontakcie
ze zwierzętami oraz przy spożywaniu mleka od tego stada" - tłumaczył wiceminister.
W całej Polsce testom na obecność białka prionowego, które może być
źródłem zakażenia BSE, poddano około 150 tys. sztuk bydła.
"Przypomnę, że nośnikiem prionów jest tkanka nerwowa, więc produkty
typu mleko i tkanka mięsna bez pozostałości tkanki nerwowej są zupełnie
bezpieczne dla człowieka" - powiedział Pilarczyk. Miał pretensje do mediów
za "ton, w jakim podawano informacje" o trzecim w Polsce przypadku BSE.
"Niepotrzebnie jest to przedstawiane
w kontekście jakiegoś olbrzymiego zagrożenia dla ludzi czy innych zwierząt"
- uważa Pilarczyk. Dodał, że nie spodziewa się sankcji
ze strony importerów polskiej wołowiny w Unii Europejskiej.
"Unia Europejska uznaje nasz kraj za wiarygodny, wprowadzony system
monitoringu jest identyczny z unijnym. Od samego początku żaden kraj Unii
nie zastosował sankcji w stosunku do mięsa i produktów pochodzenia mięsnego
z Polski" - podsumował wiceminister.
Prawdopodobną przyczyną zakażenia krowy w Jakubowicach były preparaty
zastępujące mleko.
"W tamtym okresie używało się preparatów mlekozastępczych, ale jest
to tylko domniemanie. Dzisiaj nikt nie będzie miał takiej pewności" - powiedział
wojewódzki lekarz weterynarii.
|
|
"Rzeczpospolita", 30. września 2002r.
Trzeci przypadek BSE w Polsce
Służby weterynaryjne podejrzewają trzeci przypadek BSE w Polsce.
Zarażona krowa pochodzi ze stada liczącego kilkaset sztuk - dowiedziała
się "Rzeczpospolita".
- Badania wstępne potwierdziły wynik dodatni, robimy dodatkowe testy
- powiedział nam główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej.
- Nie potwierdzam i nie zaprzeczam - oświadczył szef Państwowego
Instytutu Weterynaryjnego w Puławach Tadeusz Wijaszka.
Nieoficjalnie wiadomo, że stado pochodzi z Opolszczyzny. Krowa
urodzona w 1993 roku trafiła do rzeźni na południu Polski, pierwsze badania
wykonało krakowskie laboratorium.
Nie wiadomo jeszcze, co stanie się ze stadem.
- Możliwe jest wybicie wszystkich zwierząt, sztuk urodzonych rok
przed i rok po zakażonej krowie lub tylko karmionych tą samą paszą - mówi
Piotr Kołodziej.
Odszkodowanie za jedną krowę to ok. 3 tys. zł
E.P.
"Rzeczpospolita", 1. października 2002r.
Nie ma wątpliwości - to BSE
Elżbieta Południk Marek Szczepanik
Trzeci przypadek w Polsce - tym razem na Opolszczyźnie
Państwowy Instytut Weterynarii w Puławach potwierdził dodatni wynik
badań na BSE u krowy pochodzącej ze stada w okolicach Wołczyna na Opolszczyźnie.
O wykryciu trzeciego przypadku tej choroby w Polsce "Rz" poinformowała
wczoraj.
Według Kazimierza Dubińskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii w Opolu,
pierwsze podejrzenia pojawiły się w piątek po uboju dokonanym w jednym
z zakładów na terenie województwa śląskiego.
- Choroba została ujawniona podczas rutynowej kontroli. W niedzielę
instytut w Puławach potwierdził ponad wszelką wątpliwość, że krowa była
chora na BSE - poinformował Dubiński. Jej matka została sprowadzona z Holandii
i do tej pory nie przejawia objawów choroby. - Obecność prionów stwierdzono
tylko u jednej sztuki. Na pewno mięso od chorych jednostek nie trafi do
obrotu. Nie ma powodów do paniki. To nie pomór czy pryszczyca - zapewnił
Dubiński na konferencji prasowej.
Dziennikarze "Rz" pojechali do gospodarstwa, z którego pochodziła
chora krowa. - Tu nie ma żadnych sensacji - zapewniali nas pracownicy spółki.
- To dla nas prawdziwy wstrząs - mówił przedstawiciel właściciela. Także
inni pracownicy nie byli skorzy do rozmów. - Te krowy nie były karmione
żadną dziwną mączką. Dostawały normalną paszę - powiedzieli.
Stado, do którego należała chora krowa, liczy łącznie około ośmiuset
zwierząt. - Nie będziemy wybijać całego stada. Utylizacji poddane zostaną
sztuki urodzone rok przed i rok po zakażonej krowie - mówi Piotr Kołodziej,
główny lekarz weterynarii. Główny Inspektorat Weterynarii szacuje, że ubojowi
poddanych zostanie od 60 do 80 zwierząt.
Testy wykonane metodą prionics przez puławski instytut nie pozostawiają
żadnych wątpliwości. Krowa z Opolszczyzny była zarażona BSE.
- Kolejne badania dadzą odpowiedź, jak daleko był zaawansowany
proces chorobowy - powiedział "Rz" docent Tadeusz Wijaszka, dyrektor Państwowego
Instytutu Weterynarii w Puławach.
W przypadku krowy z Małopolski, u której wykryto BSE w maju tego
roku, wyniki tych badań były ujemne. W sierpniu u krowy z okolic Lubartowa
stwierdzono zmiany chorobowe. Tadeusz Wijaszka przypuszcza, że gdyby ta
krowa żyła jeszcze kilka tygodni, mielibyśmy najprawdopodobniej pierwszy
w Polsce przypadek gąbczastej encefalopatii mózgu, potocznie zwanej chorobą
szalonych krów.
Dwa pierwsze przypadki BSE wykryte w tym roku w Małopolsce i na
Lubelszczyźnie dotknęły małe gospodarstwa, w których hodowano kilka krów.
Stada zostały zlikwidowane. Zakaz importu polskiej wołowiny wprowadziło
wówczas kilka krajów, m.in. Litwa, Ukraina, Rumunia i Czechy. Główny lekarz
weterynarii twierdzi, że straty materialne z powodu zakazu importu nie
były wysokie.
- Bardzo pozytywnie zareagowały kraje Unii Europejskiej i Rosja.
Nie było zakazu importu, a to główni odbiorcy naszej wołowiny - mówi Piotr
Kołodziej. Rosja i UE importują z Polski wołowinę bez kości. Świadczy to
zdaniem lekarzy weterynarii o zaufaniu do polskich procedur kontrolnych.
W Unii Europejskiej obowiązkowe badania zwierząt szybkimi testami
na BSE wprowadzono w lipcu 2000 roku. W Polsce obowiązuje to od października
2001 roku. W naszym kraju zbadano do tej pory ponad 200 tysięcy zwierząt
powyżej trzydziestego miesiąca życia.
Elżbieta Południk, Marek Szczepanik
GOŚĆ "RZECZPOSPOLITEJ"
Będą dalsze zachorowania
TADEUSZ FRYMUS
KATEDRA NAUK KLINICZNYCH WYDZIAŁU MEDYCYNY WETERYNARYJNEJ SGGW
Czy w Polsce będą wykrywane kolejne przypadki BSE?
Czekają nas kolejne wykryte przypadki tej choroby. Mniej więcej raz
na sto tysięcy krów badanych w rzeźniach trafia się jedna zakażona BSE.
Nie jesteśmy zresztą pod tym względem wyjątkowi, tak jest teraz w wielu
innych krajach europejskich, z wyjątkiem Wielkiej Brytanii. BSE pojawiła
się na Wyspach w roku 1985 i z roku na rok stwierdzano coraz więcej przypadków.
W okresie największego nasilenia epidemii - w 1992 roku - było ich ponad
37 tys. Dzięki odpowiednim metodom zwalczania choroby od 1993 roku liczba
zachorowań na BSE w Wielkiej Brytanii systematycznie się zmniejsza (obecnie
wykrywa się kilkaset przypadków rocznie).
Tak czy inaczej - jeden przypadek na 100 tys. zwierząt rzeźnych to nie
epidemia, zachorowania są sporadyczne. Czy któreś regiony Polski są szczególnie
narażone na BSE? Nie sądzę, by przy tak nielicznych przypadkach można to
było stwierdzić.
Wydaje mi się, że Polacy nie powinni być zaniepokojeni. Mięso,
które trafia do sklepów, jest badane również i pod tym kątem, i dlatego
właśnie od czasu do czasu wykrywane są priony BSE. Oczywiście problemem
może być nielegalny ubój. Dlatego odradzam kupowanie mięsa niewiadomego
pochodzenia na targowiskach czy bazarach.
Mamy ogromne zapóźnienia, jeśli chodzi o identyfikację i rejestrację
zwierząt. Bez wiarygodnego systemu szybkie ustalenie pochodzenia zakażonej
krowy będzie problem nie do rozwiązania. Dopiero zakolczykowanie bydła,
wprowadzenie "paszportów" i systemu kontroli produkcji rolnej IACS pozwoli
robić to szybko i bezbłędnie.
Skąd u nas BSE? Co prawda model naszego rolnictwa jest inny niż
w Unii, ale w latach 90. bydło z UE było importowane do Polski. Sprowadzano
także ogromne ilości mączek mięsno-kostnych, które najwyraźniej trafiały
niekiedy do krowich koryt. Stąd się wzięła choroba w Polsce.
Do niedawna nie było zakazu karmienia mączkami. Na szczęście były
one dość drogie, więc nie każdego rolnika było na nie stać. -
|
Polska Agencja Prasowa, 1. listopada 2002r.
Pierwszy objawowy przypadek BSE w Polsce
Służby weterynaryjne wykryły czwarty w Polsce przypadek zachorowania krowy
na BSE - poinformował w czwartek PAP Piotr Kołodziej, Główny Lekarz Weterynarii.
To pierwszy przypadek, kiedy zwierzę miało objawy choroby.
"Ta krowa miała objawy kliniczne, wskazujące na to, że jest chora
na BSE. Chorobę rozpoznał lekarz weterynarii. Zwierzę zostało ubite; w
wyniku badań laboratoryjnych wykonanych w Państwowym Instytucie Weterynarii
w Puławach potwierdzono diagnozę" - powiedział PAP Kołodziej.
Wojewódzki lekarz weterynarii w Lublinie dr Jan Sławomirski poinformował
PAP, że krowa była rasy nizinnej, pochodziła z rodzimej hodowli i według
zapewnień jej właścicieli nie miała kontaktu z importowanym bydłem zaliczanym
do grupy tzw. dużego ryzyka.
Chorą krowę kupił osiem lat temu na targu jako cielę gospodarz spod
Krasnegostawu. Po siedmiu latach, w 2001 roku, odkupił ją od niego rolnik
z powiatu zamojskiego.
We wrześniu krowa ocieliła się u niego i po dwu tygodniach zaczęła zdradzać
objawy nerwowe, typowe dla okresu poporodowego. Ponieważ jednak leczenie
nie przyniosło poprawy, 3 października - jak podał Sławomirski - lekarz
weterynarii zamknął gospodarstwo.
W kilka dni później krowa padła, pobrano materiał do badań. Badania
histopatologiczne w puławskim PIW potwierdziły u niej BSE.
Ostateczne wyniki badań przekazano wojewódzkiemu lekarzowi weterynarii
w środę. Tego samego dnia, wieczorem wszystkie sześć krów z obu gospodarstw
(z pow. zamojskiego i krasnostawskiego) zostało ubitych, a ich mięso zostało
zutylizowane.
Wśród ubitego bydła znalazły się dwie córki chorej krowy. Mięso z reszty
jej potomstwa, w tym ostatnie cielę zostało skonsumowane - podał Sławomirski.
Chora na BSE krowa - jak wyjaśniał PAP Główny Weterynarz Kraju - wykazuje
objawy nerwowego porażenia i niedowładu mięśni. Nie każde chore zwierzę
ma takie same objawy. Może ono dziwnie reagować na dźwięk i światło, może
też kiwać się i zataczać. Krowy mogą np. - tłumaczył Kołodziej - skakać
przez małe przeszkody, przez które normalnie by przeszły.
W poprzednich trzech wykrytych w Polsce przypadkach BSE chorobę rozpoznawano
dopiero po badaniu mięsa krowy.
Po raz pierwszy BSE w kraju stwierdzono w maju tego roku w Małopolsce
u krowy, która trafiła do ubojni w Mochnaczce Wyżnej koło Krynicy. Potwierdziły
to badania laboratoryjne. Zwierzę dostarczone do ubojni w Mochnaczce nie
wykazywało objawów nerwowych charakterystycznych dla BSE. Obecność prionów
w mózgu krowy wykazały dopiero specjalistyczne badania. Do zarażenia doszło
najprawdopodobniej drogą pokarmową, a nie genetyczną.
W sierpniu w wyniku rutynowych badań prób pobranych od krowy w rzeźni
w województwie lubelskim odkryto, że jedna z nich wykazuje reakcję pozytywną
na BSE. Próba pochodziła od ok. 12-letniej krowy z tego samego województwa.
Badanie wykonano dwoma różnymi testami w Państwowym Instytucie Weterynarii
w Puławach.
Trzeci przypadek BSE odkryto po koniec września. Krowa pochodziła z
dużego stada w powiecie kluczborskim (woj. opolskie). Była potomstwem sprowadzonej
z Holandii krowy, która żyje i nie ma objawów choroby. Mięso wykryto w
rzeźni w woj. śląskim.
Pierwsze zachorowania krów na BSE zaobserwowano w Wielkiej Brytanii
w kwietniu 1985 roku. Od tego czasu do końca marca br. w tym kraju odnotowano
ponad 182 tys. przypadków BSE, blisko 2 tys. w Irlandii Północnej i zaledwie
3112 w pozostałych krajach świata.
Gąbczasta encefalopatia bydła (BSE) to śmiertelna, neurodegeneracyjna
choroba, w której mózg zanika, zmieniając się w gąbczasta masę. Jest powodowana
przez zakaźne białka - priony.
Odpowiednikiem BSE u ludzi jest znana od dawna choroba Creutzfeldta-Jakoba
- ciężkie schorzenie układu nerwowego, zwykle dotykające osoby w wieku
średnim i starszym. W ostatnich latach pojawiła się wśród osób młodych,
co przypisuje się zakażeniom BSE.
Dziennik Polski, 29. marca 2003r.
Krowy bez dokumentów
Paszporty krów, które od początku stycznia miały być dokumentem potwierdzającym
pochodzenie zwierząt, dopiero są drukowane. Rolnicy alarmują, że sprzedawane
na wiosnę zwierzęta wypadają spoza wszelkiej kontroli.
Unia Europejska od kilku lat naciska, żeby Polska wprowadziła pełną
ewidencję i kontrolę zwierząt hodowlanych ze względu bezpieczeństwa epidemiologicznego.
Do końca ubiegłego roku za wydawanie tzw. świadectw pochodzenia zwierząt
odpowiadali sołtysi wsi. Jak marny był to nadzór, pokazał pierwszy w Polsce
przypadek krowy chorej na BSE, której pochodzenie ustalała dopiero prokuratura.
Od stycznia kontrolę nad bydłem, kolczykowaniem zwierząt i wydawaniem
tzw. paszportów z numerami stada i zwierzęcia miała w całości przejąć Agencja
Rozwoju Rolnictwa i system AICS. Kolczykowanie bydła faktycznie się kończy,
a paszportów nie widać. Krowy sprzedaje się obecnie bez żadnych dokumentów.
- Młode cielaki rodzą się i idą do sprzedaży bez żadnego kolczyka.
Paszportów też ciągle nie ma od prawie 3 miesięcy. Sprzedałem na jarmarku
swoją krowę, ale przecież mogła już trafić w kolejne ręce - opowiadał
na spotkaniu z wicewojewodą małopolskim Ryszardem Pułtorakiem w Ludźmierzu
jeden z rolników. - Starsi ludzie zupełnie się gubią w tych nowych przepisach.
Kierownik powiatowego oddziału AICS w Czarnym Dunajcu Jan Hajnos przyznaje,
że paszporty jeszcze nie są gotowe, nie zostały jeszcze rozesłane do hodowców,
którzy mają już zakolczykowane stada. Przedłuża się ich druk w Wytwórni
Papierów Wartościowych. W tej sytuacji sekretarz Ministerstwa Rolnictwa
wydał zarządzenie, że dokumenty potwierdzające pochodzenie bydła z wpisanym
numerem kolczyka AICS mają nadal wydawać sołtysi. Jak tłumaczy Hajnos,
zarządzenie zostało rozesłane do urzędów gmin, ale nie wszystkie gminy
się do tego zastosowały. Taki stan tymczasowy z dokumentami może trwać
nawet do końca tego roku.
Sprzedający swoje bydło mają jeszcze jeden obowiązek. Powinni poinformować
Agencję i system AICS o transakcji sprzedaży. Każdy kolczykujący bydło
ma przekazywać gospodarzom dodatkowo druczek w formie karty pocztowej,
na którym wpisuje się informację o sprzedaży krowy wraz z numerem pesel
sprzedającego i nabywcy. W ten sposób system AICS nie powinien zgubić się
w nadzorze nad obrotem zwierzetami. Wygląda na to jednak, że część rolników
albo nie wie o tym obowiązku, albo się do niego nie stosuje. Za kilka miesięcy
dostaną więc do domu paszport krowy, której od dawna już nie mają.
Zdaniem Jana Hajnosa, sytuacja może się wyjaśnić po 15 kwietnia, wtedy
bowiem wchodzi w życie kolejne zarządzenie, że do rzeźni można przyjmować
tylko bydło z kolczykiem AICS. Kontrole przewożonego bydła ma prowadzić
także policja. Wtedy obudzą się wszyscy ci, którzy nie dopilnowali zakolczykowania
młodych sztuk, urodzonych już w ostatnich miesiącach po wizycie pracownika
IACS, oraz osoby, które zupełnie nie wpuściły do siebie kolczykujących.
Takie przypadki zdarzały się także na terenie powiatu nowotarskiego. Jeszcze
przez kilka dni, do końca marca można telefonicznie informować dotychczasowych
kolczykujących, żeby przyjechali do gospodarstwa i zaewidencjonowali pozostałe
sztuki. Po tym terminie takie zgłoszenia można przekazywać już tylko do
oddziałów terenowych IACS, ale nie wiadomo, kto i na czyj koszt przyjedzie
zakolczykować bydło. Jak informował rolników w Ludźmierzu wojewoda Ryszard
Półtorak, nie jest rozwiązana podstawowa sprawa - kto będzie ponosił koszt
kolczykowania. Do 31 marca jest to robione z funduszy państwowych, trwają
rządowe rozmowy, aby ten termin jeszcze przedłużyć. Docelowo jednak rolnicy
sami będą płacić za akcję kolczykowania swoich stad.
(KS) |
|
"Słowo Polskie", 24. kwietnia 2003r.
Zabrakło testów
Koniec badań wykrywających BSE.
Choć wrocławskie laboratorium ma odpowiedni sprzęt i dobrze wyszkolony
personel, nie wykonuje badań wykrywających BSE. Pobrane od krów czy owiec
próbki wożone są do Leszna. Powód? Urząd zamówień publicznych nie zezwolił
na zakup testów.
Wrocławskie laboratorium badania wykrywające BSE przeprowadzało od dwóch
lat. Kilka tygodni temu skończyły mu się jednak testy francuskiej firmy
Bioard, a urząd zamówień publicznych nie zezwolił na zakup kolejnych z
tzw. wolnej ręki, a więc bez ogłaszania przetargu.
- Nie wiemy, dlaczego podjął taką decyzję, zwłaszcza że trzy inne laboratoria
pieniądze na zakup testów otrzymały bez problemu - mówi Henryk Mądry, wojewódzki
lekarz weterynarii. Ośrodki z Gdańska, Krakowa oraz Warszawy bez przeszkód
pracują wykorzystując produkty firmy Bioard.
Inne testy nie pasują
Przystosowanie wrocławskiego laboratorium do badań wykrywających BSE
kosztowało ponad 600 tysięcy złotych. Sprzęt kupiony za prawie 300 tysięcy
złotych stoi teraz bezużyteczny (resztę pieniędzy przeznaczono na zaadaptowanie
pomieszczeń). Pracy nie wykonuje także kilkunastoosobowa załoga, która
przeszła specjalne szkolenia. Jednak zarówno wojewódzki lekarz weterynarii,
jak i nadzorujący jego pracę wojewoda nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego
tak się stało.
- Odwoływaliśmy się od decyzji prezesa urzędu zamówień publicznych,
ale dwukrotnie podtrzymał decyzję odmowną - wyjaśnia Henryk Mądry. W przypadku
laboratoriów wykonujących badania w kierunku BSE ogłaszanie przetargu na
zakup testów mija się z celem.
- Dysponujemy sprzętem, który jest przystosowany tylko i wyłącznie do
badań przy pomocy testów Bioard, dlatego wystąpiliśmy o zgodę na ich zakup
z wolnej ręki - dodaje Henryk Mądry. Na rynku dostępne są jeszcze testy
firm Prionics oraz Enfer. Właśnie te ostatnie stosuje laboratorium w Lesznie,
do którego wożone są obecnie z Dolnego Śląska zagrożone BSE próbki od krów
czy owiec.
Wrocław będzie badał
Henryk Mądry zapewnia, że badania znów będą wykonywane we Wrocławiu,
gdy tylko pojawi się zgoda prezesa urzędu zamówień publicznych. Mirosława
Adamczak, rzeczniczka wojewody dolnośląskiego, twierdzi natomiast, że wrocławskie
laboratorium - zgodnie z decyzją prezesa - przeprowadzi przetarg nieograniczony.
Ich optymizmu nie podziela Henryk Bujak, były wojewódzki lekarz weterynarii.
Zawieszenie działalności przez wrocławskie laboratorium nazywa skandalem,
za który odpowiedzialnymi czyni swojego następcę, czyli Henryka Mądrego
oraz wojewodę dolnośląskiego. Twierdzi również, że ośrodek w Lesznie został
wyposażony - po minimalnych kosztach - przez firmę Enfer i korzysta również
z jej testów.
- Wydatki z budżetu państwa na badania w kierunku BSE wynoszą rocznie
czterdzieści milionów złotych, a lwią część wydatków, około trzydziestu
milionów, pochłaniają zakupy testów - mówi. Może to oznaczać, że sugeruje,
iż komuś zależało, aby dać zarobić firmie Enfer.
BSE nam nie zagraża
Wiktor Niemczuk, kierownik Zakładu Higieny Weterynaryjnej, twierdzi,
że żadnego zagrożenia dla konsumentów nie ma,
bo próbki badane są w Lesznie. Ubolewa tylko, że sprzęt oraz pracownicy
nie są w pełni wykorzystywani. Poza tym boi się, że wrocławskie laboratorium
zostanie zlikwidowane. Jako jedno z czterech (na 16 zakładów higieny weterynaryjnej)
robiło badania na BSE.
- To był nasz atut, a teraz, gdy go stracimy, to kto wie, co z nami
będzie - mówi.
Anna Szejda
Superexpress, 22. kwietnia 2003r.
Posłał żonę po kasę
Poseł Aleksander Grad kontroluje, jak państwo wydaje
nasze pieniądze na spółki jego małżonki
Spółki, których współwłaścicielką jest żona posła Aleksandra
Grada (Platforma Obywatelska), wygrywają milionowe przetargi organizowane
przez państwową Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Agencję
tę kontroluje osobiście... poseł Grad.
Warszawa
Agencja buduje skomplikowany komputerowy system IACS, w którym
znajdą się dane o wielkości upraw i pogłowiu bydła. Dzięki temu systemowi
będzie możliwe wyliczenie unijnych dopłat dla polskich rolników.
Dziwne przetargi
Ale, aby to wszystko zadziałało, trzeba najpierw stworzyć lotniczą
mapę kraju i zbudować bazę danych, tzw. System Identyfikacji Działek Rolnych.
Agencja rozpisuje więc przetargi, w których najlepsze okazują się...
spółki Małgorzaty Grad. Jej mąż Aleksander, były wojewoda tarnowski i wiceminister
zdrowia w rządzie Jerzego Buzka, jest obecnie przewodniczącym sejmowej
podkomisji, kontrolującej wprowadzanie systemu IACS. Czyli patrzy na ręce
urzędników wypłacających pieniądze jego małżonce.
Garść przykładów - przetarg ogłoszony w lutym na zdjęcia lotnicze
(ponad 10 tys. km kwadratowych) wygrywa spółka Geokart z Tarnowa. W radzie
nadzorczej spółki zasiada Małgorzata Grad. W kwietniu Przedsiębiorstwo
Geodezyjno-Informatyczne Compass S.A. z Krakowa dostaje zlecenia z Agencji
warte 1,3 mln zł. W radzie nadzorczej znów odnajdujemy panią Grad, a jej
mąż wymieniany jest wśród założycieli spółki. Ale to nie koniec biznesowych
sukcesów państwa Grad. Przetarg wartości 6,5 mln zł na bazę danych o działkach
rolnych wygrywa konsorcjum: Małopolska Grupa Geodezyjno- -Projektowa S.A.
(poseł Grad był w jej radzie nadzorczej do września 2002 r.) i Compass.
Współwłaścicielką obu firm jest pani Małgorzata Grad.
- Wygrywają otwarte przetargi, bo są najtańsi - tłumaczy poseł
Aleksander Grad. - W Małopolskiej Grupie moja żona ma 25 procent udziałów,
a w Compassie kilkanaście procent. Ja od sześciu lat nie prowadzę działalności
gospodarczej. Wszystkie akcje przepisałem na żonę, z którą mam rozdzielność
majątkową.
Miliardy do wzięcia
Według Aleksandra Grada, nie ma w tym nic złego, że on jako przewodniczący
podkomisji kontroluje urzędników, którzy zlecają intratne kontrakty spółkom
żony.
- Nie jestem ani ministrem, ani prezesem Agencji, nie podejmuję
decyzji - tłumaczy. - Gdybym chciał pomóc żonie, to w komisji byłbym łagodny
jak baranek. A ja ostro krytykuję działalność Agencji.
Informacje o tym, że poseł Grad sam czerpie korzyści z systemu
IACS, pojawiły się w internetowym portalu "Bez Cenzury".
- To zemsta PSL za to, że patrzę im na ręce - komentuje Grad. - Od dawna
szukali na mnie haka.
Dotarliśmy do dokumentów sądowych, z których wynika, że w lipcu
2002 r. poseł Grad miał akcje spółki Compass warte 105 tys. zł. Nie ujawnił
tego w poselskim oświadczeniu majątkowym. - Od wielu lat te akcje należą
do mojej żony. To pomyłka sądu - tłumaczy poseł.
Na system IACS pieniądze daje budżet państwa i Unia Europejska.
Wciąż nie wiadomo, kiedy system będzie gotowy i czy zadziała. Polski IACS
ma kosztować 4 miliardy złotych.
Leszek Kraskowski
Dziennik Polski, 27. maja 2003r.
Kryzysowa ścieżka
Opóźnienia są tak poważne, że nie wiadomo,
czy rolnicy dostaną na czas unijne pieniądze
(INF. WŁ.) Coraz mniej prawdopodobne wydaje się utworzenie Zintegrowanego
Systemu Administracji i Kontroli Produkcji Żywności IACS w terminie, czyli
do maja przyszłego roku, kiedy Polska ma dołączyć do Unii Europejskiej.
Jeśli ta pesymistyczna prognoza spełni się, w przyszłym roku rolnicy nie
otrzymają dopłat z unijnego budżetu. W Małopolsce sytuacja jest szczególnie
trudna ze względu na dużo większe niż w innych rejonach rozdrobnienie gospodarstw.
Pierwszy etap budowy IACS - czyli kolczykowanie i komputerowa ewidencja
bydła w Polsce - został zakończony w marcu. Niestety, kolejne utknęły.
- IACS znalazł się na kryzysowej ścieżce - mówią posłowie z sejmowej
Komisji Rolnictwa. Oznacza to, że czasu jest bardzo mało: jeśli za rok
system nie będzie gotowy, rolnicy - którzy na wiosnę przyszłego roku mają
składać wnioski o unijne dopłaty - nie otrzymają pieniędzy w ustalonym
terminie, czyli w ostatnim kwartale 2004 r.
Okazuje się jednak, że winien jest nie tylko resort rolnictwa, realizująca
program Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale także posłowie,
którzy zwlekają z przyjęciem niezbędnych do wdrożenia systemu 11 aktów
prawnych - ustaw znowelizowanych oraz całkiem nowych, jak np. ustawa o
dopłatach bezpośrednich do użytków rolnych czy ustawa o uruchamianiu środków
z Europejskiego Funduszu Orientacji i Gwarancji w Rolnictwie. Trudno natomiast
doliczyć się, ile rozporządzeń będzie musiał jeszcze wydać minister rolnictwa;
podczas obrad Komisji Rolnictwa była mowa o pięćdziesięciu.
Najtrudniej w Małopolsce
Zdecydowanie lepszy nastrój panuje w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji
Rolnictwa. Jej rzecznik, Dariusz Panasiuk, przekonuje, że sytuacja kryzysowa
przy takim przedsięwzięciu to "rzecz normalna". Przedsięwzięcie w istocie
jest niebagatelne: ewidencja wszystkich zwierząt hodowlanych, wprowadzenie
do systemu wszystkich gospodarstw rolnych o powierzchni powyżej 1ha, których
jest w Polsce około 1,8 mln. Bodaj najtrudniej jest w Małopolsce, gdyż
gospodarstwa są tutaj bardzo rozdrobnione; ich liczbę szacuje się aż na
220 tysięcy.
Jeden z głównych problemów to wdrożenie sprawnego systemu komputerowego,
obejmującego wszystkie wojewódzkie i powiatowe biura agencji. - Do końca
czerwca zostanie on oddany do testowania, które musi zakończyć się do końca
września, natomiast najpóźniej do końca sierpnia parlament powinien uchwalić
niezbędne ustawy. Niestety, istnieje obawa, że IACS stanie się przedmiotem
rozgrywek politycznych, czego - w przededniu kampanii wyborczej do parlamentu
- nie można wykluczyć - przyznaje Dariusz Panasiuk.
Bodaj najbardziej oczekiwana jest nowelizacja ustawy weterynaryjnej,
której brak uniemożliwia wdrożenie kolejnego etapu IACS - znakowania trzody
chlewnej, owiec i kóz. W myśl przepisów, operację tę sfinansować mają sami
rolnicy (za kolczykowanie krów i cieląt płaciła ARiMR), którzy jednak wcale
nie mają na to ochoty. W ocenie pracowników agencji, bez zmiany zasad nie
ma szans na uporanie się z tym do maja przyszłego roku. Dlatego ARiMR przygotowała
- wniesiony z początkiem roku do laski marszałkowskiej przez PSL - projekt
nowelizacji ustawy weterynaryjnej, która przewiduje, że za całą operację,
której koszt w skali kraju oszacowano na około 40 mln zł, zapłaci agencja.
Posłowie jednak najwyraźniej sprawę uważają za niezbyt istotną, bo nadal
nie wiadomo, kiedy nowela zostanie przyjęta.
Czasowe wyłączenie?
Do czasu referendum w Polsce unijni urzędnicy raczej nie będą podnosić
sprawy programu IACS, ale potem temat wróci. Już dziś nieoficjalnie mówi
się, że opracowują wariant czasowego wyłączenia Polski z unijnej polityki
rolnej na wypadek, gdyby IACS nie był gotów na czas. To oznaczałoby pozbawienie
naszych rolników dopłat bezpośrednich, a naszego kraju - takich instrumentów
regulacji rynku, jak dopłaty do eksportu, interwencyjny skup i ceny gwarantowane.
Gra idzie zatem o dużą stawkę. Musimy liczyć się z tym, że nawet niewielkie
opóźnienie czy drobne uchybienia z naszej strony mogą zostać wykorzystane
jako pretekst do niedopuszczenia w ustalonym terminie naszych artykułów
rolnych na unijne rynki.
DOROTA STEC-FUS
KORUPCJA
W POLSCE
POSZERZENIE
UNII EUROPEJSKIEJ
|
Wariant
Choroby Creutzfeldta-Jakoba (vCJD) w kapsułce
|
Nasz Dziennik, 3. grudnia 2003r.
Do Polski trafiły chore krowy z Niemiec
Niemieckie służby weterynaryjne sfałszowały zaświadczenie o stanie zdrowia
sprowadzonego do Polski stada krów. Koszty utylizacji zwierząt i ewentualne
konsekwencje rozprzestrzenienia się wirusa poniesie strona polska
Do Środy Wielkopolskiej i Leszna trafiło stado chorych krów, sprowadzone
przez niemiecką spółkę. Cierpiące na chorobę wirusową jałówki przejechały
granicę dzięki wystawieniu przez niemieckiego lekarza weterynarii sfałszowanych
zaświadczeń o stanie zdrowia transportowanego bydła. Autentyczności dokumentów
nie sprawdziły ani niemieckie, ani polskie służby graniczne. Teraz Niemcy
uniemożliwiają zwrot chorych zwierząt. Część z krów została już ubita,
jednak przechowywanie ich powoduje znaczne koszty i grozi rozprzestrzenieniem
się wirusa.
- Część chorych krów już ubito. Władze niemieckie nie zgodziły się
na zwrot jałówek i w związku z tym kłopot z usunięciem zwierząt leży po
stronie polskich służb weterynaryjnych - poinformował doktor Dariusz Karczewski,
powiatowy lekarz weterynarii w Środzie Wielkopolskiej.
To właśnie do Środy Wielkopolskiej oraz Leszna trafiło blisko trzysta
krów sprowadzonych do naszego kraju przez eksportera, niemiecką firmę Arima-Bis.
Kiedy po przewiezieniu stada przez granicę poddano bydło zgodnej z polskim
prawem kwarantannie i badaniom na obecność groźnych chorób, okazało się,
że wbrew danym podanym w zaświadczeniu przewozowym przez niemieckiego lekarza
weterynarii zwierzęta nie są zdrowe. Specjalistyczne badania wykonane przez
powiatowych lekarzy weterynarii oraz późniejsze, przeprowadzone przez Instytut
Weterynarii w Puławach, wykazały, że sprowadzone do Polski z Niemiec krowy
cierpią na groźne zakaźne choroby wirusowe, m.in. tzw. zapalenie dróg rodnych
u bydła. Choroba ta znajduje się na zatwierdzonym przez Unię Europejską
specjalnym wykazie chorób podlegających rejestracji.
Zgodnie z międzynarodowymi regulacjami badania bydła przeprowadza się
w miejscu jego wysyłki - a więc w tym wypadku w Niemczech - a w wystawianych
dokumentach przewozowych lekarz weterynarii musi zaznaczyć, czy bydło nie
było chore, a jeśli tak, to czy i jakie leczenie stosowano. Tak przygotowane
dokumenty są podstawą do legalnego transportu zwierząt przez granicę. Jak
więc doszło do tego, że poważnie chore niemieckie bydło przejechało przez
dwie granice i dotarło do Polski? Co więcej - jak wynika z dokumentów wystawionych
przez niemieckich lekarzy, rzekomo miało być ono całkowicie zdrowe. Zdaniem
polskich służb weterynaryjnych, winę za to, że chore jałówki dotarły do
Polski, ponosi strona niemiecka, a konkretnie lekarz weterynarii, który
wystawił nieprawdziwe dokumenty. - Niemiecki lekarz weterynarii poświadczył
nieprawdę. Podpisał oświadczenie, które mówi o tym, że zwierzęta są wolne
od chorób eliminujących je z obrotu rynkowego. Dlatego też bez problemów
przejechały przez granicę.
Celnicy opierali się na dokumentach wystawionych przez było nie było
niemieckiego fachowca - twierdzą polscy weterynarze.
Łącznie w stadzie liczącym 300 sztuk już ponad 260 jałówek cierpi na
wirusową chorobę. Niewykluczone, że mogła ona rozprzestrzenić się wśród
zwierząt w czasie transportu, wirus bowiem potrzebuje niewiele czasu, by
zainfekować kolejne zwierzę. Dlatego też zarażone jałówki, których 61 trafiło
do Środy Wielkopolskiej, a aż 200 do Leszna, muszą być ściśle izolowane
od zdrowych osobników. Zgodnie z przepisami ustawy weterynaryjnej chore
krowy sprowadzone z Niemiec, jako zwierzęta niespełniające wymogów głównego
lekarza weterynarii, powinny zostać zabite lub zwrócone zagranicznemu eksporterowi.
Z tym jednak jest poważny problem. Mimo że niemiecka firma Arima-Bis -
eksporter chorych zwierząt - zgodziła się przyjąć je z powrotem, okazało
się, że jałówki do Niemiec wjechać nie mogą. Stanowcze weto postawiły bowiem
niemieckie służby weterynaryjne, tłumacząc to unijnymi przepisami zakazującymi
transportu chorych zwierząt. Sprzeciw wobec przewozu zwierząt do Niemiec
wyrazili również niemieccy celnicy, którzy wcześniej nie zadali sobie trudu
sprawdzenia stanu zdrowia zwierząt i wiarygodności dokumentów, a teraz
podpierają się negatywną opinią niemieckich weterynarzy. Zdecydowaną interwencję
w tej sprawie zapowiedział główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, zwracając
się ze skargą do niemieckiej ambasady. Jednak - jak ustaliliśmy - nie doczekał
się żadnej odpowiedzi. Ambasada Niemiec milczy.
Rozwiązaniem mogłoby być natychmiastowe zabicie i utylizacja chorych
zwierząt, tak by groźny wirus się nie rozprzestrzeniał. Jednak i to chwilowo
jest niemożliwe. Część krów jest bowiem cielna.
Zdaniem doktora Lesława Szabłońskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii
w Poznaniu, chorych jałówek nie można zabić, zanim się nie wycielą, a do
tego czasu trzeba je karmić. Chore krowy nadal więc przebywają na terenie
Polski. Muszą być izolowane od zdrowych zwierząt, co wiąże się ze znacznymi
problemami, wymagają również stałej opieki weterynaryjnej - przy każdym
wycieleniu i utylizacji musi być obecny lekarz weterynarii sporządzający
stosowny protokół.
Jak podała jedna z lokalnych poznańskich rozgłośni radiowych, w Środzie
Wielkopolskiej, gdzie m.in. trafiły zarażone zwierzęta, zabito i utylizowano
na razie dopiero trzydzieści chorych krów.
Wojciech Wybranowski, Poznań |
|
Nasz Dziennik, 7. stycznia 2005r.
Lobbyści z Komisji Europejskiej
Na wieść o tym, że polska firma wygrała przetarg na dostawę dla naszych
laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa na BSE, UE powiedziała "nie"
Już nie tylko niesprawiedliwe wypowiedzi wysokiego urzędnika KE kierowane
przeciwko Polsce bulwersują nawet zagorzałych unioentuzjastów. Wszystko
wskazuje na to, że szykuje się poważny zgrzyt w stosunkach Polski z Komisją
Europejską. W grudniu urzędnicy unijni unieważnili wart blisko 12 mln euro
przetarg na dostawę dla naszych laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa
na BSE. Zdaniem polskich urzędników - bezpodstawnie, bo po stronie polskiej
wszystko było w porządku. Za to po unijnej - nie do końca, gdyż jeden z
eurourzędników miał lobbować na rzecz firmy ze swojego kraju.
Kontrowersji i protestów nie brakuje, przedstawiciele polskich władz
nieśmiało - przynajmniej na razie - interweniują, a inspekcja weterynaryjna
alarmuje, że nie ma środków na wyposażenie laboratoriów we własnym zakresie.
710 tys. testów niemal w całości miało zaspokoić polskie zapotrzebowanie
i pozwolić na zaoszczędzenie około 40 mln zł z budżetu krajowego. Sprawa
jest poważna, bo braki w laboratoriach mogą przynieść katastrofalne skutki.
"Wynikłe następstwa dotkną wielu aspektów życia gospodarczego kraju,
w tym m.in. spowodują: zaprzestanie badań monitorowania grup ryzyka dla
BSE, od końca stycznia zaprzestanie badań bydła w kierunku BSE, brak możliwości
certyfikacji zdrowotnej produktów pochodzących od bydła, przeznaczonych
do handlu i na eksport, załamanie rozwoju handlu i eksportu wołowiny" -
wylicza Główny Inspektorat Weterynarii (GIW) w alarmującym liście do Urzędu
Komitetu Integracji Europejskiej (UKIE).
Prośbę o interwencję w UKIE złożyły też resort rolnictwa oraz Jednostka
Finansująco-Kontraktująca (JFK) - organ pośredniczący w zamówieniach z
Phare (przetarg miał być sfinansowany ze środków przedakcesyjnych). Dramatyczne
pisma miały za zadanie sprowokować UKIE do zajęcia jednoznacznego, ostrego
stanowiska w stosunku do Reprezentacji Komisji Europejskiej (RKE).
Wyżsi urzędnicy UKIE są zdania, że przetarg należałoby powtórzyć i
zastosować procedury negocjacyjne. Przy tym zrobić to tak, aby nie stracić
pieniędzy. Natomiast cofnięcie decyzji RKE wydaje się UKIE raczej niemożliwe.
Zdaniem polskich ekspertów, JFK oraz GIW, zarzuty dotyczące pracy komisji
przetargowej są nieuzasadnione, marginalne oraz wydumane.
- To prawda, nie zgadzamy się z oceną raportu komisji przetargowej
przez RKE. Przetarg ponadto był prowadzony przy udziale eksperta unijnego,
który określił, że wszystko było w porządku, a dopiero potem komisja unijna
doszukała się "nieprawidłowości" - powiedział Krzysztof Jażdżewski, p.o.
główny lekarz weterynarii.
Tymczasem polskie instytucje sugerują, że przedstawiciele unijnej administracji
na siłę szukali proceduralnych kruczków, żeby unieważnić przetarg, który
wygrały polskie firmy. Czyżby robili to w interesie jednej z firm unijnych
(konkretnie holenderskiej), która nie zdążyła wystartować w postępowaniu
(stara się o certyfikaty i nie mogła złożyć oferty)? Nasi specjaliści argumentują,
że prace komisji przetargowej nadzorował unijny kontroler, którego wszystkie
sugestie, w tym zmiany w specyfikacji, zostały przez komisję uwzględnione
i który nie zgłaszał żadnych uwag do prac komisji. Unijny ekspert zaś jest
po to, żeby pilnować procedury. Zdziwienie może budzić fakt, że nie zgłaszał
on uwag dotyczących sposobu oceny, a także ostatecznie wyłonionych oferentów,
a jego ocena poszczególnych ofert była zbieżna z oceną ekspertów. Dlatego
przetarg powinien zostać zaakceptowany.
Zarzuty strony polskiej do urzędników unijnych są jeszcze mocniejsze.
- Jakkolwiek fakt samego odrzucenia jest zadziwiający, to równie zadziwiające
było zachowanie jednego z menedżerów, który okresowo uczestniczył w procesie
oceny ofert i wygłaszał przy tym uwagi dotyczące ewentualnego dopuszczenia
do przetargu innych firm, m.in. holenderskiej firmy oferującej także testy
na BSE - poinformowała UKIE inspekcja weterynaryjna.
W takiej sytuacji powstaje pytanie, czy zagrożenie przerwania badań
na BSE jest duże.
- Poczyniliśmy pewne zapasy, żeby testów nie zabrakło, i zrobiliśmy
to wcześniej, bo unieważnienie przetargu można było przewidzieć. Jak jest
w innych inspektoratach, nie wiem, ale rzeczywiście dochodzą słuchy, że
testów może zabraknąć. Jeżeli tak się stanie, badania trzeba będzie przerwać,
ubój mięsa wstrzymać - powiedział jeden z wojewódzkich lekarzy weterynarii.
Inspektoraty nie mają pieniędzy na zakup testów, a jeśli środki się
pojawią, może wystąpić problem z ich wydaniem w odpowiednim czasie, bo
trzeba będzie zorganizować przetargi.
Główny lekarz weterynarii liczy na kompromis z Komisją Europejską.
- Istnieje szansa, by zyskać zgodę na procedurę negocjacyjną. Jeśli Unia
się nie zgodzi, będzie rzeczywiście problem. Ale pieniądze muszą się znaleźć.
Nie ma takiej możliwości, żeby zabrakło ich akurat na te testy - mówi Krzysztof
Jażdżewski.
Testy na BSE muszą zostać przeprowadzone na każdej krowie powyżej 30.
miesiąca życia. Inaczej jej mięso nie zostanie dopuszczone do sprzedaży.
oprac. gama, PAP
To dopiero początek
Prób uczynienia sobie z Polski przez KE i inne ośrodki władzy, także
gospodarczej, republiki bananowej, czyli kraju, na którym będzie można
łatwo, bezpiecznie i szybko zarobić, będzie jeszcze więcej. Słabość polityczna
rządów polskich po prostu prowokuje unijnych urzędników do zarabiania na
Polsce.
Prowokują i ośmielają do podejmowania takich decyzji, które mogą przysporzyć
korzyści krajowi pochodzenia eurourzędnika-lobbysty. Wystarczy, że firma
zachodnia przegrywa z firmą polską - to już jest dostateczny powód do unieważnienia
przetargu. Tak się stało w grudniu ubiegłego roku.
Jednak problem może mieć i drugie dno. Zawirowanie wokół testów na
BSE być może jest obliczone na wyeliminowanie polskiej wołowiny z rynków
zachodnich. Zresztą sprzedaż tego mięsa do starej Unii już spada. A jeszcze
niedawno, w maju - czerwcu 2004 r., wywożono z naszego kraju całe tiry
cieląt, jałówek i dorodnych opasów.
Można odnieść przykre wrażenie, że trwa akcja przeciwko polskim rolnikom
hodującym bydło. Sprawa przetargu na zakup testów na BSE jest tylko jednym
z elementów szerszej kampanii "wycinania" Polski z rynków rolnych. Drugim
elementem jest stosowanie przez zagraniczne firmy produkujące pasze dla
zwierząt domieszek soi genetycznie zmodyfikowanej. Jeśli dzisiaj np. Francja
milczy na ten temat, to w stosownym momencie jej minister rolnictwa nie
zawaha się ani na chwilę i brutalnie wytknie Polsce stosowanie w żywieniu
bydła soi genetycznie zmodyfikowanej, aby polskie mleczarstwo okryć złą
sławą. Bo niby dlaczego polskie sery czy jogurty mają wpychać się tam,
gdzie do końca świata (według Francuzów) mają niepodzielnie rządzić ich
wyroby mleczarskie?
Jeśli będziemy mieli uległych wobec Brukseli rządzących, eurounijni
urzędnicy wytną nam jeszcze wiele numerów i siłą postawią do kąta. Unia
jest tworem o charakterze bizantyjskim - dlatego uległość, oddanie i służalczość
rządów Leszka Millera czy Marka Belki traktowane są jak słabość. Słabych
trzeba wyzyskiwać na ile tylko dadzą się wyzyskać. I wyzyskują.
Marek Garbacz
Gazeta Wyborcza, 14. stycznia 2005r.
Czym karmiono zwierzęta, które jemy?
Lech Bojarski
Przez ponad rok nieuczciwi hodowcy mogli karmić zwierzęta paszą z zabronionymi
mączkami mięsno-kostnymi - mówią weterynarze. Specjaliści uspokajają, że
nie grozi nam zakażenie chorobą szalonych krów, ale przepisy o mączkach
zaostrzono
Przyczyną epidemii BSE było właśnie karmienie bydła mączką mięsno-kostną,
która zawierała chorobotwórcze białka - tzw. priony. Tymczasem w Polsce
mimo wprowadzonego w listopadzie 2003 r. zakazu wykorzystywania mączki
w paszach dla zwierząt gospodarskich (krów, świni, owiec, kóz) rolnicy
nadal to robili. Kupowali mączki jako tzw. polepszacze gleby i mieszali
je z paszą.
Przez ostatni rok nie było w kraju skutecznej kontroli nad tym, gdzie
trafiają mączki i jak są wykorzystywane.
Martwe dusze na zakupach
Teoretycznie za nadzór nad obrotem mączkami odpowiadali powiatowi lekarze
weterynarii. To do nich trafiały listy osób, które kupowały mączki u producentów.
Zadaniem lekarzy była i jest kontrola mieszalni pasz czy gospodarstw.
- To wszystko było fikcją - mówi Kazimierz Pajączkowski, powiatowy lekarz
weterynarii w Gnieźnie. - Zakład sprzedający mączki nie wymagał od kupujących
wylegitymowania się, więc ci wpisywali fałszywe adresy i nazwiska. Na przykład
zakład w Osetnicy powiadomił nas, że mączkę kupił u nich jeden z rolników
z naszego powiatu. Inspektor pojechał do wskazanej wsi i nie znalazł rolnika
o takim nazwisku i adresie.
Pajączkowski opowiada o kontroli, którą chciano przeprowadzić u około
dziesięciu hodowców kupujących mączkę. Okazało się, że tylko jeden istniał
naprawdę, reszta podała nieprawdziwe dane.
Podobne doświadczenia ma Lech Gogolewski, powiatowy lekarz weterynarii
w Poznaniu. - Z kilkunastu kontroli, które przeprowadziliśmy wśród osób
zaopatrujących się w polepszacze, tylko dwie mogły się odbyć naprawdę,
bo reszta osób nie istniała - mówi.
Dlaczego na listach, które dostawali weterynarze, widniały niemal wyłącznie
"martwe dusze"? Żeby inspektorzy weterynarii nie mogli później sprawdzić,
do jakich celów mączka będzie faktycznie wykorzystana.
- Mączki to bardzo tanie i łatwo przyswajalne białko. Dodane do pasz
przyspieszają rozwój zwierzęcia - mówi osoba parająca się produkcją żywności
dla zwierząt.
Złe mączki są palone
- Część mączek kupowanych przez nieuczciwych rolników na pewno trafiła
do koryt, ale czy większość? Nie wiem - mówi Stanisława Mróz-Dembińska,
wojewódzki inspektor ds. nadzoru nad środkami żywienia zwierząt i nadzorem
nad ubocznymi produktami zwierzęcymi w Wielkopolsce. - Problem w tym, że
taki hodowca nie ponosi żadnych poważniejszych konsekwencji. Płaci 500
zł mandatu, a sprawa, która trafia do prokuratury, jest natychmiast umarzana
ze względu na niską szkodliwość czynu.
Mróz-Dembińska uspokaja, że podczas kontroli w gospodarstwach (w ciągu
roku sprawdza się ich dużo, bo co dziesiąte) zdarzały się tylko pojedyncze
przypadki znajdowania mączek w paszach.
Główny lekarz weterynarii Krzysztof Jażdżewski zapewnia, że nie musimy
się obawiać zakażenia chorobą szalonych krów. - Mączka jest groźna wtedy,
gdy jest skażona prionami, a wszystkie zagrożone takim skażeniem mączki
są u nas od razu palone - twierdzi.
O braku faktycznego nadzoru nad obrotem mączkami donosiła już w ubiegłym
roku Najwyższa Izba Kontroli. Efektem jej kontroli jest m.in. nowe rozporządzenie
ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Od 6 stycznia hodowca, który kupuje mączkę,
musi wylegitymować się sprzedawcy jakimś dowodem tożsamości. Sprzedawca
powinien z kolei spisać dane hodowcy na specjalnym formularzu, w trzech
egzemplarzach. Po jednym dostają obie strony transakcji, a trzeci trafia
do powiatowego lekarza weterynarii.
- To powinno zapewnić identyfikację rolnika, który kupuje mączkę - uważają
weterynarze.
Re: Czym karmiono zwierzęta, które jemy?
Autor: Gość: jdj IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl
Data: 13.01.2005 06:54
Tak tak teraza maczka a wczesniej testy na BSE (Puls biznesu)przekret za
przekretem,jestem ciekawy czy to ktos wogole wyjasnii wlasciwe osoby ponoiosa
konsekwencje.Przeciez ta zywnosc to my jemy.SKANDAL
Re: Czym karmiono zwierzęta, które jemy?
Autor: Gość: Utylizator IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
Data: 13.01.2005 09:37
W branzy utylizacyjnej talemnica poliszynela jest fakt tzw. utylizacji
papierów. Polega ono na tym, że zamiast palić zagrozone odpady, przerabia
sie
je na maczke i sprzedaje rolnikom. Utylizuje sie jedynie papiery w
zaprzyjaznionym zakładzie. Tak postepuje m.in. senator Stokłosa, który
oficjalnie nie ma pozwolenia na przerob surowca zagrozonego BSE
Re:Przecież oni karmili bydło przeznaczone nie
Autor: marp100
Data: 13.01.2005 10:22
do jedzenia (dla siebie), tylko na sprzedaż!
O co Wam więc chodzi???
A swoją drogą jeszcze mi w uszach brzmią niedawne 100%-towe zapewnienia
różnych
ministrów rolnictwa, że w Polsce BSE nie występuje i nie wystąpi, bo ...bele,
ble, ble...
|
|
Nasz Dziennik, 3. grudnia 2003r.
Do Polski trafiły chore krowy z Niemiec
Niemieckie służby weterynaryjne sfałszowały zaświadczenie o stanie zdrowia
sprowadzonego do Polski stada krów. Koszty utylizacji zwierząt i ewentualne
konsekwencje rozprzestrzenienia się wirusa poniesie strona polska
Do Środy Wielkopolskiej i Leszna trafiło stado chorych krów, sprowadzone
przez niemiecką spółkę. Cierpiące na chorobę wirusową jałówki przejechały
granicę dzięki wystawieniu przez niemieckiego lekarza weterynarii sfałszowanych
zaświadczeń o stanie zdrowia transportowanego bydła. Autentyczności dokumentów
nie sprawdziły ani niemieckie, ani polskie służby graniczne. Teraz Niemcy
uniemożliwiają zwrot chorych zwierząt. Część z krów została już ubita,
jednak przechowywanie ich powoduje znaczne koszty i grozi rozprzestrzenieniem
się wirusa.
- Część chorych krów już ubito. Władze niemieckie nie zgodziły się
na zwrot jałówek i w związku z tym kłopot z usunięciem zwierząt leży po
stronie polskich służb weterynaryjnych - poinformował doktor Dariusz Karczewski,
powiatowy lekarz weterynarii w Środzie Wielkopolskiej.
To właśnie do Środy Wielkopolskiej oraz Leszna trafiło blisko trzysta
krów sprowadzonych do naszego kraju przez eksportera, niemiecką firmę Arima-Bis.
Kiedy po przewiezieniu stada przez granicę poddano bydło zgodnej z polskim
prawem kwarantannie i badaniom na obecność groźnych chorób, okazało się,
że wbrew danym podanym w zaświadczeniu przewozowym przez niemieckiego lekarza
weterynarii zwierzęta nie są zdrowe. Specjalistyczne badania wykonane przez
powiatowych lekarzy weterynarii oraz późniejsze, przeprowadzone przez Instytut
Weterynarii w Puławach, wykazały, że sprowadzone do Polski z Niemiec krowy
cierpią na groźne zakaźne choroby wirusowe, m.in. tzw. zapalenie dróg rodnych
u bydła. Choroba ta znajduje się na zatwierdzonym przez Unię Europejską
specjalnym wykazie chorób podlegających rejestracji.
Zgodnie z międzynarodowymi regulacjami badania bydła przeprowadza się
w miejscu jego wysyłki - a więc w tym wypadku w Niemczech - a w wystawianych
dokumentach przewozowych lekarz weterynarii musi zaznaczyć, czy bydło nie
było chore, a jeśli tak, to czy i jakie leczenie stosowano. Tak przygotowane
dokumenty są podstawą do legalnego transportu zwierząt przez granicę. Jak
więc doszło do tego, że poważnie chore niemieckie bydło przejechało przez
dwie granice i dotarło do Polski? Co więcej - jak wynika z dokumentów wystawionych
przez niemieckich lekarzy, rzekomo miało być ono całkowicie zdrowe. Zdaniem
polskich służb weterynaryjnych, winę za to, że chore jałówki dotarły do
Polski, ponosi strona niemiecka, a konkretnie lekarz weterynarii, który
wystawił nieprawdziwe dokumenty. - Niemiecki lekarz weterynarii poświadczył
nieprawdę. Podpisał oświadczenie, które mówi o tym, że zwierzęta są wolne
od chorób eliminujących je z obrotu rynkowego. Dlatego też bez problemów
przejechały przez granicę.
Celnicy opierali się na dokumentach wystawionych przez było nie było
niemieckiego fachowca - twierdzą polscy weterynarze.
Łącznie w stadzie liczącym 300 sztuk już ponad 260 jałówek cierpi na
wirusową chorobę. Niewykluczone, że mogła ona rozprzestrzenić się wśród
zwierząt w czasie transportu, wirus bowiem potrzebuje niewiele czasu, by
zainfekować kolejne zwierzę. Dlatego też zarażone jałówki, których 61 trafiło
do Środy Wielkopolskiej, a aż 200 do Leszna, muszą być ściśle izolowane
od zdrowych osobników. Zgodnie z przepisami ustawy weterynaryjnej chore
krowy sprowadzone z Niemiec, jako zwierzęta niespełniające wymogów głównego
lekarza weterynarii, powinny zostać zabite lub zwrócone zagranicznemu eksporterowi.
Z tym jednak jest poważny problem. Mimo że niemiecka firma Arima-Bis -
eksporter chorych zwierząt - zgodziła się przyjąć je z powrotem, okazało
się, że jałówki do Niemiec wjechać nie mogą. Stanowcze weto postawiły bowiem
niemieckie służby weterynaryjne, tłumacząc to unijnymi przepisami zakazującymi
transportu chorych zwierząt. Sprzeciw wobec przewozu zwierząt do Niemiec
wyrazili również niemieccy celnicy, którzy wcześniej nie zadali sobie trudu
sprawdzenia stanu zdrowia zwierząt i wiarygodności dokumentów, a teraz
podpierają się negatywną opinią niemieckich weterynarzy. Zdecydowaną interwencję
w tej sprawie zapowiedział główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, zwracając
się ze skargą do niemieckiej ambasady. Jednak - jak ustaliliśmy - nie doczekał
się żadnej odpowiedzi. Ambasada Niemiec milczy.
Rozwiązaniem mogłoby być natychmiastowe zabicie i utylizacja chorych
zwierząt, tak by groźny wirus się nie rozprzestrzeniał. Jednak i to chwilowo
jest niemożliwe. Część krów jest bowiem cielna.
Zdaniem doktora Lesława Szabłońskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii
w Poznaniu, chorych jałówek nie można zabić, zanim się nie wycielą, a do
tego czasu trzeba je karmić. Chore krowy nadal więc przebywają na terenie
Polski. Muszą być izolowane od zdrowych zwierząt, co wiąże się ze znacznymi
problemami, wymagają również stałej opieki weterynaryjnej - przy każdym
wycieleniu i utylizacji musi być obecny lekarz weterynarii sporządzający
stosowny protokół.
Jak podała jedna z lokalnych poznańskich rozgłośni radiowych, w Środzie
Wielkopolskiej, gdzie m.in. trafiły zarażone zwierzęta, zabito i utylizowano
na razie dopiero trzydzieści chorych krów.
Wojciech Wybranowski, Poznań |
|
Nasz Dziennik, 3. grudnia 2003r.
Do Polski trafiły chore krowy z Niemiec
Niemieckie służby weterynaryjne sfałszowały zaświadczenie o stanie zdrowia
sprowadzonego do Polski stada krów. Koszty utylizacji zwierząt i ewentualne
konsekwencje rozprzestrzenienia się wirusa poniesie strona polska
Do Środy Wielkopolskiej i Leszna trafiło stado chorych krów, sprowadzone
przez niemiecką spółkę. Cierpiące na chorobę wirusową jałówki przejechały
granicę dzięki wystawieniu przez niemieckiego lekarza weterynarii sfałszowanych
zaświadczeń o stanie zdrowia transportowanego bydła. Autentyczności dokumentów
nie sprawdziły ani niemieckie, ani polskie służby graniczne. Teraz Niemcy
uniemożliwiają zwrot chorych zwierząt. Część z krów została już ubita,
jednak przechowywanie ich powoduje znaczne koszty i grozi rozprzestrzenieniem
się wirusa.
- Część chorych krów już ubito. Władze niemieckie nie zgodziły się
na zwrot jałówek i w związku z tym kłopot z usunięciem zwierząt leży po
stronie polskich służb weterynaryjnych - poinformował doktor Dariusz Karczewski,
powiatowy lekarz weterynarii w Środzie Wielkopolskiej.
To właśnie do Środy Wielkopolskiej oraz Leszna trafiło blisko trzysta
krów sprowadzonych do naszego kraju przez eksportera, niemiecką firmę Arima-Bis.
Kiedy po przewiezieniu stada przez granicę poddano bydło zgodnej z polskim
prawem kwarantannie i badaniom na obecność groźnych chorób, okazało się,
że wbrew danym podanym w zaświadczeniu przewozowym przez niemieckiego lekarza
weterynarii zwierzęta nie są zdrowe. Specjalistyczne badania wykonane przez
powiatowych lekarzy weterynarii oraz późniejsze, przeprowadzone przez Instytut
Weterynarii w Puławach, wykazały, że sprowadzone do Polski z Niemiec krowy
cierpią na groźne zakaźne choroby wirusowe, m.in. tzw. zapalenie dróg rodnych
u bydła. Choroba ta znajduje się na zatwierdzonym przez Unię Europejską
specjalnym wykazie chorób podlegających rejestracji.
Zgodnie z międzynarodowymi regulacjami badania bydła przeprowadza się
w miejscu jego wysyłki - a więc w tym wypadku w Niemczech - a w wystawianych
dokumentach przewozowych lekarz weterynarii musi zaznaczyć, czy bydło nie
było chore, a jeśli tak, to czy i jakie leczenie stosowano. Tak przygotowane
dokumenty są podstawą do legalnego transportu zwierząt przez granicę. Jak
więc doszło do tego, że poważnie chore niemieckie bydło przejechało przez
dwie granice i dotarło do Polski? Co więcej - jak wynika z dokumentów wystawionych
przez niemieckich lekarzy, rzekomo miało być ono całkowicie zdrowe. Zdaniem
polskich służb weterynaryjnych, winę za to, że chore jałówki dotarły do
Polski, ponosi strona niemiecka, a konkretnie lekarz weterynarii, który
wystawił nieprawdziwe dokumenty. - Niemiecki lekarz weterynarii poświadczył
nieprawdę. Podpisał oświadczenie, które mówi o tym, że zwierzęta są wolne
od chorób eliminujących je z obrotu rynkowego. Dlatego też bez problemów
przejechały przez granicę.
Celnicy opierali się na dokumentach wystawionych przez było nie było
niemieckiego fachowca - twierdzą polscy weterynarze.
Łącznie w stadzie liczącym 300 sztuk już ponad 260 jałówek cierpi na
wirusową chorobę. Niewykluczone, że mogła ona rozprzestrzenić się wśród
zwierząt w czasie transportu, wirus bowiem potrzebuje niewiele czasu, by
zainfekować kolejne zwierzę. Dlatego też zarażone jałówki, których 61 trafiło
do Środy Wielkopolskiej, a aż 200 do Leszna, muszą być ściśle izolowane
od zdrowych osobników. Zgodnie z przepisami ustawy weterynaryjnej chore
krowy sprowadzone z Niemiec, jako zwierzęta niespełniające wymogów głównego
lekarza weterynarii, powinny zostać zabite lub zwrócone zagranicznemu eksporterowi.
Z tym jednak jest poważny problem. Mimo że niemiecka firma Arima-Bis -
eksporter chorych zwierząt - zgodziła się przyjąć je z powrotem, okazało
się, że jałówki do Niemiec wjechać nie mogą. Stanowcze weto postawiły bowiem
niemieckie służby weterynaryjne, tłumacząc to unijnymi przepisami zakazującymi
transportu chorych zwierząt. Sprzeciw wobec przewozu zwierząt do Niemiec
wyrazili również niemieccy celnicy, którzy wcześniej nie zadali sobie trudu
sprawdzenia stanu zdrowia zwierząt i wiarygodności dokumentów, a teraz
podpierają się negatywną opinią niemieckich weterynarzy. Zdecydowaną interwencję
w tej sprawie zapowiedział główny lekarz weterynarii Piotr Kołodziej, zwracając
się ze skargą do niemieckiej ambasady. Jednak - jak ustaliliśmy - nie doczekał
się żadnej odpowiedzi. Ambasada Niemiec milczy.
Rozwiązaniem mogłoby być natychmiastowe zabicie i utylizacja chorych
zwierząt, tak by groźny wirus się nie rozprzestrzeniał. Jednak i to chwilowo
jest niemożliwe. Część krów jest bowiem cielna.
Zdaniem doktora Lesława Szabłońskiego, wojewódzkiego lekarza weterynarii
w Poznaniu, chorych jałówek nie można zabić, zanim się nie wycielą, a do
tego czasu trzeba je karmić. Chore krowy nadal więc przebywają na terenie
Polski. Muszą być izolowane od zdrowych zwierząt, co wiąże się ze znacznymi
problemami, wymagają również stałej opieki weterynaryjnej - przy każdym
wycieleniu i utylizacji musi być obecny lekarz weterynarii sporządzający
stosowny protokół.
Jak podała jedna z lokalnych poznańskich rozgłośni radiowych, w Środzie
Wielkopolskiej, gdzie m.in. trafiły zarażone zwierzęta, zabito i utylizowano
na razie dopiero trzydzieści chorych krów.
Wojciech Wybranowski, Poznań |
miesięcznik "Świat Konsumenta"
Nr 5 (33) maj 2004, str. 42-43 (Strona Hałata)
BARBARZYŃCY W EUROPIE
Mieszko I i jego chrobry syn Bolesław stali na czele organizacji państwa
słowiańskiego na tyle silnego, że potrafiło skutecznie powstrzymać pierwszą
falę Drang nach Osten wschodnich Franków. Choć potężne, nie było to państwo
powszechnej szczęśliwości. Władcy słowiańscy przez tysiąclecia masowo sprzedawali
niewolników – współplemieńców, czego lingwistyczną pamiątką są obecne nazwy
Słowian – Sclavi, Slavs, w odpowiednich językach mające w łacinie korzeń
bliski słowom oznaczającym niewolników. Z uwagi na bitność naszych
praprzodków, niewolnicy ci zwykle nie byli jeńcami a towarem. Kariera w
roli żywego towaru nie groziła jednak osobom należącym do rodów bogatych
i wpływowych. Ale kara cielesna mogła już spaść na plecy nieporadnego możnowładcy
i to dosłownie, w formie chłosty osobiście wymierzanej przez głowę państwa
podczas pobytu w bani. Inne kary przerażały publiczność swoim okrucieństwem.
Obcięcie ręki za kradzież jest praktykowane w szerokim świecie do dzisiaj,
ale wręczenie gwałcicielowi lub cudzołożnikowi ostrego noża, aby mógł sam
wybrać pomiędzy odcięciem się od przybitego do belki narzędzia zbrodni
albo sczeznąć z pragnienia i głodu, to pomysł, z którego znani byli głównie
Polanie. O położeniu kobiet przed wprowadzeniem chrześcijaństwa na naszych
ziemiach świadczy okrutny zwyczaj zabijania żon i niewolnic, aby mogły
towarzyszyć zmarłemu mężczyźnie nie tylko do grobu, ale i w grobie. I to
mimo deficytu kobiet wcześnie ginących z powodów okołoporodowych. Jak pisze
Witold Hensel w dziele POLSKA STAROŻYTNA (Ossolineum 1980). „U obu płci
nikły był odsetek osób, które dożyły wieku powyżej 45 lat. Kształtował
się on wyraźnie na korzyść mężczyzn”. Potem przyszło chrześcijaństwo łagodzące
barbarzyńskie obyczaje, by wreszcie, na przełomie II i III tysiąclecia
po narodzeniu Chrystusa, uczynić Polaków opoką powszechnego kościoła rzymsko
– katolickiego. Ponieważ czytelnicy świeżego wydania „Świata Konsumenta”
akurat są świadkami drugiej po upływie 1 000 lat integracji Polski z Europą
Zachodnią, warto – zachowując wszelkie proporcje – zastanowić się nad wyróżnikami
współczesnego barbarzyństwa, choćby w obszarze zagrożeń zdrowia konsumentów.
Pomimo ostrej krytyki kolejne rządy ostatniego dziesięciolecia doprowadziły
do sytuacji, w której nasz kraj ciągnie się w ogonie nowych członków Unii
Europejskiej, a perspektywy odpowiadającej naszemu potencjałowi sprzedaży
produktów spożywczych i postępów w zakresie ochrony zdrowia konsumentów
są marne. Zarówno polską, jak i unijną opinię publiczną zwodzi się przez
politycznie poprawne przykrywki poważnych zagrożeń zdrowia konsumentów
polskiej żywności. Według oficjalnych danych za rok 2002, odnoszących się
do wymagań sanitarnych nie w pełni zharmonizowanych z aqui communitaure,
a przy tym słabo wdrożonych z powodu ograniczeń finansowych i co najmniej
politycznej korupcji inspektorów:
-
3 762 000 mieszkańców Polski (9,8% ludności) jest zaopatrywanych w wodę
niezdatną do spożycia przez ludzi, a tym samym nie nadającą się do
stosowania w zakładach produkcji i obrotu żywnością bez dodatkowego uzdatnienia
za pomocą filtrów o wysokiej skuteczności
-
27,3% próbek ciastek z kremem, 18,0% próbek masła, 14,2% próbek ryb i przetworów
rybnych, 13,2% próbek wyrobów garmażeryjnych, 12,4% próbek mleka, 12,2%
próbek przetworów mlecznych (bez masła i lodów), 10,8% próbek owoców, warzyw,
grzybów i przetworów, 9,9% próbek lodów, 9,2% próbek tłuszczów zwierzęcych,
9,1% próbek mięsa i przetworów mięsnych, 9,0 % próbek napojów bezalkoholowych
i 8,7% próbek pieczywa (łącznie z cukierniczym suchym) zostało zdyskwalifikowanych
przez Państwową Inspekcję Sanitarną; należy podkreślić, że w 8,3% próbek
mleka, 8,1% próbek innych niż pieczywo przetworów zbożowo – mącznych, 4,6%
próbek mięsa i przetworów mięsnych, 4,2% próbek przetworów mleczarskich
i 4,2% próbek ciastek z kremem wykryto bakterie chorobotwórcze, przy czym
problem jest aż tak poważny, że pałeczki Salmonella były wykryte nawet
w 3,3% próbek napojów bezalkoholowych, a w tym samym roku 2,3% próbek napojów
bezalkoholowych zostało zdyskwalifikowanych w badaniach chemicznych na
zawartość substancji konserwujących
-
49,4% przetwórni mięsa drobiowego, 40,0% rzeźni, 36,8% rzeźni drobiu, 29,0%
targowisk, 28,6% przetwórni mięsa, 26,6% wytwórni koncentratów spożywczych,
25,8% mleczarni, 24,8% zakładów przemysłu zbożowo – młynarskiego i taki
sam odsetek zakładów rozbioru mięsa drobiowego spośród skontrolowanych
przez Państwową Inspekcję Sanitarną był sklasyfikowany jako zakłady o złym
stanie sanitarnym.
W niektórych z 17 województw niebezpieczne dla zdrowia konsumentów dostawy
wody wodociągowej (pomorskie, wielkopolskie), mleka (27% zakwestionowanych
próbek w pomorskiem, 26,8% - w śląskiem) i przetworów mlecznych, bez masła
i lodów (36,2% zakwestionowanych próbek w lubuskiem, 25,5% - w pomorskiem)
przekraczają
znacznie wysokie średnie ogólnokrajowe ryzyko związane z żywnością.
Najbardziej drastyczne formy barbarzyństwa obecnych możnowładców przejawiają
się w świadomym skazywaniu konsumentów na cierpienia i śmierć w następstwie
spożycia takich produktów, których dopuszczenie do sprzedaży w krajach
cywilizowanych poddane jest szczególnym restrykcjom sanitarnym. Są to przede
wszystkim produkty mięsne, w szczególności pochodzące od bydła zagrażającego
konsumentom straszną chorobą pionową – nowym wariantem choroby Creutzfeldta
– Jakoba (vCJD). Właśnie zespół ekspertów Europejskiego Stowarzyszenia
Produkcji Zwierzęcej EAAP oszacował globalne koszty związane z chorobą
„szalonych krów” - BSE na 100 miliardów euro, przy czym Europa, głównie
Wielka Brytania, straciła ok. 92 miliardów euro. Choroba BSE objęła 22
kraje, w tym po 1 przypadku w Kanadzie i USA i Japonii. Eksperci uważają,
że BSE jest największą klęską dla rządów, dla branży mięsnej i dla farmerów,
a przede wszystkim dla 150 zmarłych z jej powodu.
Alarmujący stan spraw w Polsce odzwierciedla Informacja Najwyższej Izby
Kontroli ze stycznia 2004r.: „W 2002 r. różnica pomiędzy liczbą ubitego
bydła rzeźnego pod nadzorem lekarza weterynarii, a produkcją żywca rzeźnego
(wg GUS) wyniosła 945 tys. sztuk, w tym 238 tys. sztuk bydła dorosłego.
W odniesieniu do trzody chlewnej liczba zwierząt rzeźnych ubijanych poza
kontrolą weterynaryjną wyniosła ok. 3,7 mln sztuk.” w zestawieniu
z obrazem intensywnego zwalczania chorób prionowych w Unii Europejskiej
z jednej strony, a z drugiej - z wynikami badań pośmiertnych
przeprowadzonych w USA w połowie XXw., a dotyczących nierozpoznanej
za życia infestacji larwami włośni przed upowszechnieniem badań mięsa wieprzowego,
której częstość w populacji generalnej ustalono na poziomie16,7%. Najwyższa
Izba Kontroli w Informacji o wynikach kontroli funkcjonowania nadzoru nad
wytwarzaniem, obrotem i stosowaniem środków żywienia zwierząt tak dokumentuje
bezczynność i bezprawie działania służb odpowiedzialnych za zdrowie konsumentów:
„do zakończenia kontroli nie rozwiązano kompleksowo problemów związanych
z utylizacją odpadów poubojowych i padłych zwierząt. Działania w zakresie
opracowania i wdrożenia programu pomocy dla sektora utylizacyjnego oraz
nadzór organów Inspekcji Weterynaryjnej nad zakładami utylizacyjnymi, zagospodarowaniem
odpadów poubojowych i wykorzystaniem produktów sektora utylizacyjnego jako
środków żywienia zwierząt nie był dostateczny. Istotne zagrożenie stanowiły
odpady uzyskane podczas uboju trzody chlewnej i bydła nie poddanego badaniom
lekarsko – weterynaryjnym. Stwierdzono brak skutecznego nadzoru organów
Inspekcji Weterynaryjnej stanowiący zagrożenie dla bezpieczeństwa sanitarnego:
- w co trzecim skontrolowanym zakładzie mięsnym postępowanie z odpadami
poubojowymi i materiałem szczególnego ryzyka [choroby prionowej dla ludzi
i zwierząt], czyli SRM (ang. specific risk material) sprzeczne było z przepisami
art. 9 ustawy weterynaryjnej. Nierzetelnie dokumentowano ubój bydła i pozyskiwanie
SRM. Materiał SRM był nieprawidłowo gromadzony i przechowywany. Powiatowi
Lekarze Weterynarii nie posiadali pełnego rozeznania co do ilości tych
odpadów, a ilość odbieranych z zakładów mięsnych odpadów SRM nie była porównywana
z wielkością produkcji. Stwierdzono przypadek wystawienia „świadectwa zdrowia
dla obrotu mięsem w kraju” dla sztuki bydła zakwalifikowanej jako odpad
SRM
- odpady poubojowe uzyskane w 2002 r. z 945 tys. sztuk bydła, w tym
238 tys. bydła dorosłego oraz z ok. 3,7 mln sztuk trzody chlewnej (wg GUS)
nie zgłoszonych do badania lekarsko–weterynaryjnego nie zostały zagospodarowane
pod nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej. Potencjalna wielkość SRM od niebadanego
bydła dorosłego wynosiła ponad 13 000 ton.
- ilość odpadów poubojowych niskiego ryzyka określa się na 566 tys.
ton (brutto), a możliwych do zbiórki (netto) na 495 tys. ton. W stosunku
do krajowej produkcji mięsa stanowi to ok. 25%, podczas gdy w Niemczech
odpady poubojowe to 35% produkcji mięsa, a w Danii – nawet 40%. Dotychczasowy
system zbiórki i utylizacji odpadów pochodzenia zwierzęcego nie jest systemem
szczelnym, gdyż w skali kraju poza przemysłem utylizacyjnym pozostaje ponad
200 tys. ton odpadów, w tym prawie 60 tys. ton padłych zwierząt. W krajach
UE pada rocznie ok. 10% hodowanych zwierząt, gdy wg danych w Polsce padlina
stanowi ok. 1,5% hodowanych zwierząt. Ocenia się, że zagospodarowanie w
Polsce zwłok zwierzęcych stanowi 4% udziału w strukturze surowców utylizacyjnych,
to jest ok. 20 tys. ton (na 160 tys. ton zwłok zwierzęcych szacowanych
ogółem). Oznacza to, że większość zwłok zwierzęcych nie trafia do zakładów
utylizacyjnych, ale zakopywana jest na terenie gospodarstw, porzucana w
lasach, rowach czy stawach, stanowiąc prawdziwą <<bombę ekologiczną>>
oraz poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi i zwierząt.”
Na koniec wiadomość dla adwokatów ofiar epoki barbarzyństwa: według
obowiązującego prawa koordynatorem strategii bezpieczeństwa żywności jest
minister zdrowia, a przewodniczącym zespołu ds. bezpieczeństwa żywności
– główny inspektor sanitarny.
dr Zbigniew Hałat, lekarz specjalista epidemiolog
w latach 90. w trzech kolejnych rządach główny inspektor sanitarny
i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych
Prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów
http://www.halat.pl/stowarzyszenie.html |
|
Nasz Dziennik, 7. stycznia 2005r.
Lobbyści z Komisji Europejskiej
Na wieść o tym, że polska firma wygrała przetarg na dostawę dla naszych
laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa na BSE, UE powiedziała "nie"
Już nie tylko niesprawiedliwe wypowiedzi wysokiego urzędnika KE kierowane
przeciwko Polsce bulwersują nawet zagorzałych unioentuzjastów. Wszystko
wskazuje na to, że szykuje się poważny zgrzyt w stosunkach Polski z Komisją
Europejską. W grudniu urzędnicy unijni unieważnili wart blisko 12 mln euro
przetarg na dostawę dla naszych laboratoriów 710 tys. testów do badań mięsa
na BSE. Zdaniem polskich urzędników - bezpodstawnie, bo po stronie polskiej
wszystko było w porządku. Za to po unijnej - nie do końca, gdyż jeden z
eurourzędników miał lobbować na rzecz firmy ze swojego kraju.
Kontrowersji i protestów nie brakuje, przedstawiciele polskich władz
nieśmiało - przynajmniej na razie - interweniują, a inspekcja weterynaryjna
alarmuje, że nie ma środków na wyposażenie laboratoriów we własnym zakresie.
710 tys. testów niemal w całości miało zaspokoić polskie zapotrzebowanie
i pozwolić na zaoszczędzenie około 40 mln zł z budżetu krajowego. Sprawa
jest poważna, bo braki w laboratoriach mogą przynieść katastrofalne skutki.
"Wynikłe następstwa dotkną wielu aspektów życia gospodarczego kraju,
w tym m.in. spowodują: zaprzestanie badań monitorowania grup ryzyka dla
BSE, od końca stycznia zaprzestanie badań bydła w kierunku BSE, brak możliwości
certyfikacji zdrowotnej produktów pochodzących od bydła, przeznaczonych
do handlu i na eksport, załamanie rozwoju handlu i eksportu wołowiny" -
wylicza Główny Inspektorat Weterynarii (GIW) w alarmującym liście do Urzędu
Komitetu Integracji Europejskiej (UKIE).
Prośbę o interwencję w UKIE złożyły też resort rolnictwa oraz Jednostka
Finansująco-Kontraktująca (JFK) - organ pośredniczący w zamówieniach z
Phare (przetarg miał być sfinansowany ze środków przedakcesyjnych). Dramatyczne
pisma miały za zadanie sprowokować UKIE do zajęcia jednoznacznego, ostrego
stanowiska w stosunku do Reprezentacji Komisji Europejskiej (RKE).
Wyżsi urzędnicy UKIE są zdania, że przetarg należałoby powtórzyć i
zastosować procedury negocjacyjne. Przy tym zrobić to tak, aby nie stracić
pieniędzy. Natomiast cofnięcie decyzji RKE wydaje się UKIE raczej niemożliwe.
Zdaniem polskich ekspertów, JFK oraz GIW, zarzuty dotyczące pracy komisji
przetargowej są nieuzasadnione, marginalne oraz wydumane.
- To prawda, nie zgadzamy się z oceną raportu komisji przetargowej
przez RKE. Przetarg ponadto był prowadzony przy udziale eksperta unijnego,
który określił, że wszystko było w porządku, a dopiero potem komisja unijna
doszukała się "nieprawidłowości" - powiedział Krzysztof Jażdżewski, p.o.
główny lekarz weterynarii.
Tymczasem polskie instytucje sugerują, że przedstawiciele unijnej administracji
na siłę szukali proceduralnych kruczków, żeby unieważnić przetarg, który
wygrały polskie firmy. Czyżby robili to w interesie jednej z firm unijnych
(konkretnie holenderskiej), która nie zdążyła wystartować w postępowaniu
(stara się o certyfikaty i nie mogła złożyć oferty)? Nasi specjaliści argumentują,
że prace komisji przetargowej nadzorował unijny kontroler, którego wszystkie
sugestie, w tym zmiany w specyfikacji, zostały przez komisję uwzględnione
i który nie zgłaszał żadnych uwag do prac komisji. Unijny ekspert zaś jest
po to, żeby pilnować procedury. Zdziwienie może budzić fakt, że nie zgłaszał
on uwag dotyczących sposobu oceny, a także ostatecznie wyłonionych oferentów,
a jego ocena poszczególnych ofert była zbieżna z oceną ekspertów. Dlatego
przetarg powinien zostać zaakceptowany.
Zarzuty strony polskiej do urzędników unijnych są jeszcze mocniejsze.
- Jakkolwiek fakt samego odrzucenia jest zadziwiający, to równie zadziwiające
było zachowanie jednego z menedżerów, który okresowo uczestniczył w procesie
oceny ofert i wygłaszał przy tym uwagi dotyczące ewentualnego dopuszczenia
do przetargu innych firm, m.in. holenderskiej firmy oferującej także testy
na BSE - poinformowała UKIE inspekcja weterynaryjna.
W takiej sytuacji powstaje pytanie, czy zagrożenie przerwania badań
na BSE jest duże.
- Poczyniliśmy pewne zapasy, żeby testów nie zabrakło, i zrobiliśmy
to wcześniej, bo unieważnienie przetargu można było przewidzieć. Jak jest
w innych inspektoratach, nie wiem, ale rzeczywiście dochodzą słuchy, że
testów może zabraknąć. Jeżeli tak się stanie, badania trzeba będzie przerwać,
ubój mięsa wstrzymać - powiedział jeden z wojewódzkich lekarzy weterynarii.
Inspektoraty nie mają pieniędzy na zakup testów, a jeśli środki się
pojawią, może wystąpić problem z ich wydaniem w odpowiednim czasie, bo
trzeba będzie zorganizować przetargi.
Główny lekarz weterynarii liczy na kompromis z Komisją Europejską.
- Istnieje szansa, by zyskać zgodę na procedurę negocjacyjną. Jeśli Unia
się nie zgodzi, będzie rzeczywiście problem. Ale pieniądze muszą się znaleźć.
Nie ma takiej możliwości, żeby zabrakło ich akurat na te testy - mówi Krzysztof
Jażdżewski.
Testy na BSE muszą zostać przeprowadzone na każdej krowie powyżej 30.
miesiąca życia. Inaczej jej mięso nie zostanie dopuszczone do sprzedaży.
oprac. gama, PAP
To dopiero początek
Prób uczynienia sobie z Polski przez KE i inne ośrodki władzy, także
gospodarczej, republiki bananowej, czyli kraju, na którym będzie można
łatwo, bezpiecznie i szybko zarobić, będzie jeszcze więcej. Słabość polityczna
rządów polskich po prostu prowokuje unijnych urzędników do zarabiania na
Polsce.
Prowokują i ośmielają do podejmowania takich decyzji, które mogą przysporzyć
korzyści krajowi pochodzenia eurourzędnika-lobbysty. Wystarczy, że firma
zachodnia przegrywa z firmą polską - to już jest dostateczny powód do unieważnienia
przetargu. Tak się stało w grudniu ubiegłego roku.
Jednak problem może mieć i drugie dno. Zawirowanie wokół testów na
BSE być może jest obliczone na wyeliminowanie polskiej wołowiny z rynków
zachodnich. Zresztą sprzedaż tego mięsa do starej Unii już spada. A jeszcze
niedawno, w maju - czerwcu 2004 r., wywożono z naszego kraju całe tiry
cieląt, jałówek i dorodnych opasów.
Można odnieść przykre wrażenie, że trwa akcja przeciwko polskim rolnikom
hodującym bydło. Sprawa przetargu na zakup testów na BSE jest tylko jednym
z elementów szerszej kampanii "wycinania" Polski z rynków rolnych. Drugim
elementem jest stosowanie przez zagraniczne firmy produkujące pasze dla
zwierząt domieszek soi genetycznie zmodyfikowanej. Jeśli dzisiaj np. Francja
milczy na ten temat, to w stosownym momencie jej minister rolnictwa nie
zawaha się ani na chwilę i brutalnie wytknie Polsce stosowanie w żywieniu
bydła soi genetycznie zmodyfikowanej, aby polskie mleczarstwo okryć złą
sławą. Bo niby dlaczego polskie sery czy jogurty mają wpychać się tam,
gdzie do końca świata (według Francuzów) mają niepodzielnie rządzić ich
wyroby mleczarskie?
Jeśli będziemy mieli uległych wobec Brukseli rządzących, eurounijni
urzędnicy wytną nam jeszcze wiele numerów i siłą postawią do kąta. Unia
jest tworem o charakterze bizantyjskim - dlatego uległość, oddanie i służalczość
rządów Leszka Millera czy Marka Belki traktowane są jak słabość. Słabych
trzeba wyzyskiwać na ile tylko dadzą się wyzyskać. I wyzyskują.
Marek Garbacz
|
|
Gazeta Krakowska, 22 stycznia 2005r.
Mózg po lupą
Krakowska pracownia w Zakładzie Higieny Weterynaryjnej wykryła priony
BSE w mózgu krowy z Rzepiennika Strzyżewskiego. Dodatni wynik badania otrzymano
17 stycznia. Dzień później został on potwierdzony w laboratorium w Puławach,
które przeprowadza badanie kontrolne inną metodą.
Do tej pory w Małopolsce stwierdzono cztery przypadki. Dwie chore krowy
pochodziły z Rzepiennika Strzyżewskiego. BSE wykryto też u jednej krowy
w powiecie brzeskim i u jednej w bocheńskim.
Pod kątem tej choroby obowiązkowo muszą być badane wszystkie zwierzęta
powyżej 30 miesiąca życia, a w przypadku zwierząt podejrzanych i padłych
także młodsze - powyżej 24 miesiąca
Trefna próbka przebyła taką samą drogę jak każda inna. Lekarz weterynarii
pobrał ją z mózgu ubitej krowy i z dokładnym opisem wysłał na badania do
Krakowa. Została przywieziona w specjalnej termotorbie, zapewniającej niską
temperaturę, w której tkanka nie psuje się. Po ośmiu godzinach od chwili
przyjęcia próbki do laboratorium już wiadomo, czy mięso jest zarażone.
- Mamy od 300 do 400 takich próbek dziennie, z ubojni woj. małopolskiego,
podkarpackiego i świętokrzyskiego. Musimy dochować wymogów bezpieczeństwa.
Stąd fartuchy, czapki, okulary i maski. Zużyte próbki są utylizowane w
spalarni szpitalnej, a całe laboratorium każdorazowo odkażane. - wyjaśnia
doktor Ewa Kruczkowska, kierownik pracowni gąbczastej encefalopatii w Zakładzie
Higieny Weterynaryjnej w Krakowie.
Priony BSE są wykrywane przy pomocy testu TeSeE. Badania powtarza się
dwukrotnie. Gdy ich wynik jest dodatni, materiał trafia do laboratorium
Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach. Tu wykonuje się jeszcze jedno
badanie, inną metodą. Gdy i ono potwierdzi obecność prionów, nie ma wątpliwości
- krowa była chora.
Katarzyna Kieta
Gazeta Krakowska, 22 stycznia 2005r.
To nie była nasza krowa!
Mieszkańcy Rzepiennika Strzyżewskiego nie mają wątpliwości. - Z tymi
szalonymi krowami, które rzekomo pochodzą od nas, to jakiś wielki przekręt
- komentują.
Jednak w ciągu trzech ostatnich lat wykryto tutaj aż dwa przypadki BSE.
- Jedno gospodarstwo jest od drugiego oddalone o kilkaset metrów. Czy to
nie jest dziwne? - pytają.
Za krowę na policję
W 2002 roku, kiedy w Tarnowskiem wykryto pierwszy przypadek choroby
szalonych krów, inspekcja weterynaryjna długo nie mogła ustalić, kto był
właścicielem feralnego zwierzęcia. W pierwszej wersji mówiło się, że to
rolnik spod Tarnowa. Potem cień podejrzenia padł na Michała Bajorka z Rzepiennika
Strzyżewskiego.
- Przez kilka dni wszyscy byli przekonani, że krowa z BSE pochodziła
z mojego gospodarstwa. Czułem się podle. Człowiek Bogu ducha winny, a jednakÉ
Codziennie jakieś telefony. Dziennikarze nie dawali mi spokoju. Przez cały
czas w duchu czułem, że musiała zajść jakaś pomyłka. Po kilku dniach okazało
się, że miałem rację. To wszystko przez ten bałagan w dokumentach - opowiada
Bajorek.
Do nikogo nie czuje żalu. Może troszkę do tarnowskiej policji, która
wyrwała go o ósmej rano z domu i przewiozła niczym więźnia, bez żadnego
wyjaśnienia, na komendę. - Przez cały dzień nic nie jadłem. Gdyby nie znajomy
policjant, który zaproponował mi kawę, nie miałbym w czym ust zmoczyć.
Nikt mnie do tej pory nie przeprosił - dodaje mimochodem.
Po kilku dniach okazało się, że krowa miała pochodzić od sąsiada. Jan
Kras o wydarzeniach sprzed trzech lat nie chce rozmawiać. Czy krowa pochodziła
z jego gospodarstwa? W świetle prawa tak, ale w przekonaniu mieszkańców
wsi - nie.
Dowodem, twierdzą mieszkańcy Rzepiennika, może być to, że w wyniku sprawy
z 2002 roku kilka osób zostało skazanych przez sąd za fałszowanie świadectw
pochodzenia zwierząt. Czy sfałszowane było świadectwo krowy Krasów? Tego
się nigdy nie dowiemy.
Może podmienili?
Krowa, u której ostatnio stwierdzono BSE, pochodziła z gospodarstwa
Stanisława Małopolskiego. To jest wersja oficjalna. - Ja w to jednak nie
wierzę. Swoją krowę bym poznał. Po głowie, po sierści. Jak człowiek tyle
czasu spędza ze zwierzętami, to zna je lepiej, niż własną kieszeń. Dlaczego
mi jej nie pokazali? - dopytuje pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna. Pan
Stanisław powiedział ,Krakowskiej", że krowę sprzedał handlarzowi przed
kilkoma dniami. Dopiero po tygodniu trafiła ona do ubojni w Nawojowej pod
Nowym Sączem.
- Może to nie była ta krowa? - zastanawia się.
Sąsiedzi są pewni, że rolnik nigdy nie stosował paszy pochodzenia zwierzęcego.
W dywagacje o ewentualnym fałszowaniu dokumentów sprzedaży zwierząt
nie chce się wdawać wójt Kazimierz Fudala. - Nie mam podstaw, by nie wierzyć
ustaleniom instytutu z Puław - mówi.
Mieszkańcy mają inne zdanie na ten temat. - Fudala jest urzędnikiem
samorządowym i innego stanowiska oficjalnie prezentować nie może - przekonują.
Ich zadniem, mogło dojść do pomyłki, a może nawet fałszerstwa.
Fałszerstwo niemożliwe?
Zarówno pracownicy Inspekcji Weterynaryjnej, jak i Agencji Restrukturyzacji
i Modernizacji Rolnictwa twierdzą, że sfałszowanie dokumentów jest niemal
niemożliwe. Indagowani przez ,Gazetę Krakowską" przyznają jednak, że możliwa
jest pomyłka w ubojni. - Wystarczyłoby zamienić kolczyki dwóch krów tej
samej rasy i po sprawie - mówią.
Mirosław Kowalski
|
|
Gazeta Krakowska, 26 stycznia 2005r.
Byczki i cielaki bez kolczyków
Dzisiaj w Łącku odbędzie się tradycyjny targ krów, cieląt i koni. Za
tydzień podobny, też z długą historią, odbędzie się w Starym Sączu.
Przyjeżdżdają na nie hodowcy i handlarze z różnych stron nawet kraju.
Często łamią prawo sprzedając cielaki bez kolczyków.
Lekarz nadzoruje
- To nie u nas nie zdarza, gdyż nad targowicą prowadzi nadzór lekarz
weterynarii, teren jest ogrodzony i sprzedaż bydła rozpoczyna się o godzinie
6 - mówi Franciszek Młynarczyk, wójt Łącka. - Poza tym kontrolę przeprowadza
inspekcja weterynaryjna.
W myśl przepisów unijnych, cielaki, byczki, czy cieliczki muszą być
zakolczykowane, bo żadna ubojnia nie przyjmie zwierzęcia bez kolczyków.
Co więcej, hodowca ma obowiązek do siedmu dni od urodzenia zgłosić ten
fakt w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Nawojowej, jeśli
chodzi o powiat nowosądecki. W agencji realizowane są zamówienia kolczykowania
na wnioski rolników.
- Miesięcznie średnio rejestrujemy 1200 - 1500 zwierząt - wyjaśnia Wiesław
Łos, dyrektor AMiRR. - Wydajemy bezpłatnie kolczyki, które zakupiliśmy
dzięki pieniądzom z funduszu PHARE. Nie mamy natomiast wpływu na obrót
niekolczykowanymi zwierzętami.
Cena gra rolę
Doradca rolny Urzędu Miasta i Gminy w Starym Sączu, agronom Ewa Kmietowicz
potwierdza, że zdarzają się przypadki handlu nierejestrowanymi zwierzętami.
Ona sama mniej się tym problemem zajmuje, gdyż skupia się na sprawach cen.
Podczas ostatniego starosądeckiego targu, kilogram żywej wagi tzw. cielaka
mięsnego można było kupić za 8,5 zł. Nieco tańsze były byczki i cieliczki
- 7 zł za kg.
Zdaniem handlujących żywym towarem rzeźnym, cena odgrywa ważną rolę:
zarówno cena za żywiec, jak i za kolczykowanie. Kolczyki z AMiRR są co
prawda za darmo, ale za usługę kolczykowania trzeba płacić ok. 13 zł.
- Krowa się wycieli, cielę rośnie i chłopu szkoda pieniędzy na kolczykowanie.
Sprzedaje wtedy bydło na własną rękę - obrazowo wyjaśnia handlowiec z targowiska
w Starym Sączu.
Inny rolnik narzeka, że właśnie dlatego, że tyle jest cieląt nie kolczykowanych,
nie może dokupić zwierząt do odmłodzenia stada. Koło zaczyna się zamykać,
a interes się kręci, bo nie każde zwierzę trafia do rzeźni, gdzie obowiązują
paszporty i kolczyki.
Jerzy Wideł |
|
Zabójcze priony
Wołowina tylko z legalnego uboju jest bezpieczna -
przypominają weterynarze
58-letni mężczyzna zmarł w szpitalu w Poniatowej na
chorobę CreutzfeldtaJacoba, ludzki odpowiednik choroby wściekłych krów.
To pierwszy taki przypadek na Lubelszczyźnie - twierdzi
sanepid, który wczoraj poinformował o zgonie mężczyzny.
Mieszkaniec Sadurek w powiecie puławskim do lekarza
trafił we wrześniu ubiegłego roku. Skarżył się na bóle nóg i zawroty głowy.
- Wcześniej był prawie okazem zdrowia - mówi Jerzy Kowalczyk, rzecznik
prasowy sanepidu.
Mężczyzna z dnia na dzień czuł się coraz gorzej. Tracił
sprawność ruchową, czuł bezwład rąk i nóg. Dlatego w listopadzie trafił
do Szpitala Wojskowego w Lublinie. - W pierwszym momencie pomyślałem, że
to zapalenie mózgu - przyznaje Stanisław Bańka, ordynator oddziału neurologii.
- Jednak objawy tej choroby i choroby Creutzfeldta-Jacoba są tak podobne,
że bardzo trudno jest je odróżnić.
Chorego poddano specjalistycznym badaniom. Próbki jego
płynu rdzeniowo-mózgowego zostały wysłane do analizy na Uniwersytecie w
Getyndze w Niemczech. Wynik, który wrócił do Polski, brzmiał: mężczyzna
cierpi na nieuleczalną chorobę Creutzfeldta-Jacoba, czyli gąbczaste zwyrodnienie
mózgu, atakujące centralny układ nerwowy.
Kilka tygodni temu mężczyzna został przeniesiony do
szpitala w Poniatowej. Jego stan z dnia na dzień się pogarszał. Zmarł przedwczoraj.
Nie jest jeszcze znana przyczyna zachorowania 58-latka.
Lekarze podkreślają, że okres wylęgania się choroby Creutzfeldta-Jacoba
może wynosić nawet 30 lat. I mężczyzna wcale nie musiał zjeść mięsa krowy
chorej na BSE.
Według doktora Bańki, w ubiegłym roku trzy osoby z
naszego województwa podejrzewano o zachorowanie na chorobę Creutzfeldta-Jacoba.
Także i w tym przypadku nie jest na sto procent pewien, że to właśnie ta
choroba. - Wszystko się wyjaśni, gdy zostanie wykonane pośmiertne badanie
mózgu - podkreśla ordynator.
Tadeusz Wijaszka, dyrektor Państwowego Instytutu Weterynaryjnego
w Puławach, zapewnia, że rynek mięsa wołowego jest pod ścisłą kontrolą.
- Każda sztuka ubijana w Polsce, mająca więcej niż dwa lata, ma usuwane
to, co dla ludzi może być szkodliwe: mózg i rdzeń kręgowy. Później jest
to spalane - zapewnia dyrektor Wijaszka. - Dlatego jestem spokojny, że
nic nam nie grozi.
DWIE POSTACIE CHOROBY
Choroba Creutzfeldta-Jacoba występuje w dwóch postaciach.
W tzw. zwyczajnej powoduje otępienie umysłowe, zaburzenia
podstawowych funkcji organizmu i w efekcie śmierć. Jej objawy mogą wystąpić
nawet 30 lat po zjedzeniu zakażonego mięsa. Druga - nowa odmiana tej choroby
- dotyka ludzi młodych w wieku
lat 20 i nieco starszych.
BSE pod lupą
Rok temu w Państwowym Instytucie
Weterynaryjnym w Puławach odkryto dwunasty i trzynasty w Polsce przypadek
BSE. Chore krowy pochodziły z hodowli w województwach lubelskim
i wielkopolskim. BSE (zwana potocznie chorobą wściekłych krów) jest chorobą
niszczącą tkankę mózgową. Przenosi się na ludzi przez białka zwane prionami.
Są one odporne na wysoką temperaturę oraz na promieniowanie ultrafioletowe
i jonizujące.
Arleta Kubicka
|
|
Radio
Merkury, 4. lutego 2005r.
BSE w Wielkopolsce
Krowa pochodząca z hodowli w powiecie grodziskim była chora na BSE.
Diagnozę Międzywojewódzkiej Pracowni Diagnostyki BSE w Lesznie potwierdził
Instytut Weterynarii w Puławach. Inspektorzy zadecydowali o zabiciu kolejnych
21 zwierząt.
Pracownicy leszczyńskiego laboratorium przeprowadzili badania dwukrotnie.
Za każdym razem wynik był pozytywny - w próbach znaleziono priony.
W piątek hodowlą, z której pochodziło zarażone zwierzę, zajęła się inspekcja
weterynaryjna. Zadecydowano, że trzeba będzie zabić 21 krów. Wszystko wskazuje
bowiem na to, że wytypowane zwierzęta były karmione tą samą paszą co chora
krowa. Podejrzaną paszę gospodarstwo z Kamieńca kupowało do 2001 roku,
czyli do momentu wejścia w życie odpowiednich zakazów.
Niewykluczone, że po kontroli na ubój zostanie przeznaczonych kolejne
kilkadziesiąt krów.
Jest to już trzeci przypadek BSE w Wielkopolsce, ujawniony przez Międzywojewódzką
Pracownię Diagnostyki BSE w Lesznie.
|
ARTYKUŁ W KWARTALNIKU DLA LEKARZY
"ALERGIA" 2002, 4 (15)
Zbigniew Hałat
Wariant Choroby Creutzfeldta-Jakoba (vCJD) w kapsułce
pełny tekst artykułu
|
Bezczynność
i bezprawie kosztem zdrowia ludzi i środowiska
CHOROBY
PRIONOWE W POLSCE
CZĘŚĆ I
CHOROBY
PRIONOWE W POLSCE
CZĘŚĆ
III
CHOROBA CREUTZFELDTA - JAKOBA
INFORMACJE PODSTAWOWE
CHOROBY PRIONOWE
DANE LICZBOWE
i
KRYTERIA DIAGNOSTYCZNE
WARIANTU CHOROBY CREUTZFELDTA
- JAKOBA
WIĄZANEGO Z GĄBCZASTYM
ZWYRODNIENIEM MÓZGU BYDŁA
STANOWISKO STOWARZYSZENIA
OCHRONY ZDROWIA KONSUMENTÓW
Z DNIA 25. LISTOPADA
2000r.
W SPRAWIE WARIANTU
CHOROBY CREUTZFELDTA - JAKOBA
WIĄZANEGO Z GĄBCZASTYM
ZWYRODNIENIEM MÓZGU BYDŁA
- "CHOROBĄ WŚCIEKŁYCH
KRÓW"
ZARAŹLIWE GĄBCZASTE ZWYRODNIENIA
MÓZGU - LITERATURA
 |
STOWARZYSZENIE
OCHRONY
ZDROWIA
KONSUMENTÓW |
STOWARZYSZENIE
OCHRONY ZDROWIA KONSUMENTÓW
ALFABETYCZNY
SPIS ZAWARTOŚCI
STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL
DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA
|