REKLAMA


 

"Przekrój", 20. kwietnia  2006r.

Instytuty naukowej reklamy

Anna Szulc

Co łączy Danonki, Morlinki, wodę Żywiec Zdrój i kawę Astra? Rekomendują je nam polscy naukowcy. Za to niemieccy – wręcz przeciwnie.

Zdrowie się zaczyna od oleju z rekina” – jesienią zeszłego roku Tomasz Gąsienica-Józkowy, krakowski barman oraz poeta, ze skupieniem przeczytał nieskomplikowany wierszyk reklamujący dobroczynne działanie wątroby krwiożerczej ryby. Zaraz potem wpadł mu w ręce Preventic, suplement diety, który, jak zapewnia jego producent, „wzmacnia odporność, chroni organizm, przeciwdziała chorobom”. A to dlatego, że zrobiony jest z głębinowego rekina grenlandzkiego.
„Jeśli nie zginą w potyczkach z innymi morskimi drapieżnikami, żyją około 100 lat” – przeczytał o rekinach Gąsienica-Józkowy na stronie internetowej firmy Aflofarm, producenta Preventicu.

Na raka rekin

Barman się ucieszył, że będzie odtąd zdrowy jak rekin. Dotąd był słabowity i ciągle zakatarzony. Ucieszył się tym bardziej, że rekina rekomendował nie byle kto, bo Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, podległy ministrowi zdrowia instytut naukowo-badawczy. Zaczął więc łykać kapsułki z ryby regularnie, a kiedy czuł się gorzej, podwajał, zgodnie z instrukcją producenta, dawkę paraleku. I co?
– I nic – irytuje się poeta. – Całą zimę przechorowałem. W życiu nie miałem takiego kataru!
Doktora Wojciecha Matusewicza, jednego z najbardziej znanych w Polsce specjalistów od farmakologii klinicznej, przypadek Gąsienicy-Józkowego wcale nie dziwi. Podobnie jak brak spektakularnych efektów po stosowaniu Preventicu.
– Przecież to tylko tran – uśmiecha się farmakolog. – Nie ma żadnych poważniejszych dowodów, że w jakiś szczególny sposób wzmacnia organizm. Nieprawdą jest także, że rekiny nie chorują. Zapadają na nowotwory jak inne zwierzęta.
Matusewicza niepokoją obietnice producenta. Na przykład zapewnienie, że Preventic „może powstrzymać powstawanie nowych komórek nowotworowych”. – Hipotetycznie możemy założyć, że pacjent, który uwierzy w cudowne właściwości rekina, postanowi odstawić leki przeciwnowotworowe – zauważa farmakolog. – Kto wtedy odpowie za nieszczęście? Chyba jednak nie rekin.
Gąsienica-Józkowy odstawił preparat z morskiego drapieżnika. Wkrótce potem dowiedział się, że największymi w świecie piewcami nadzwyczajnych cnót rekina są naukowcy z Puerto Rico. Właśnie ich badania mają potwierdzać pogląd, że olej z rybiej wątroby leczy wszystko, od łuszczycy po raka. Przeczytał też w prasie, że w zamian za rekomendację dla Preventicu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi dostało od firmy Aflofarm prawie 70 tysięcy złotych w towarze i w pieniądzach.
Centrum Zdrowia Matki Polki zupełnie zignorowało prośbę „Przekroju” o wyjaśnienie przyczyn, dla których rekomendowany jest Preventic. Sekretarka dyrektora CZMP kilkakrotnie prosiła o namiary telefoniczne, za każdym razem obiecała oddzwonić, ale nie oddzwaniała.

Sprzedali się koncernom

Rekomendacje znanych publicznych instytucji, takich jak łódzkie CZMP, Instytut Matki i Dziecka, Centrum Zdrowia Dziecka czy Instytut Żywności i Żywienia, są bardzo cenione przez producentów i bardzo kosztowne. Za opinię naukowców, która umożliwia umieszczenie nazwy i/lub logo instytutu na opakowaniu wyrobu, producent płaci oficjalnie, zgodnie z określoną taryfą, od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych.
– Naukowcy zwyczajnie sprzedali się koncernom – twierdzi doktor Zbigniew Hałat, lekarz epidemiolog, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów. – Mechanizm jest prosty. Producenci żywności wynajmują państwowe ośrodki naukowe, by te w zakamuflowany sposób promowały ich produkty. Mamy więc do czynienia z medycyną reklamową, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą medycyną, a jedynie z cynicznym zarabianiem dużych pieniędzy.
Podobnego zdania jest Piotr Koluch, redaktor naczelny „Świata Konsumenta”, miesięcznika, który od lat zleca badanie sprzedawanej w Polsce żywności niezależnym zagranicznym ekspertom. – Jeździmy do Niemiec, by nikt, ani producenci, ani instytuty medyczne, nie posądził nas o stronniczość – wyjaśnia Koluch.
Wyniki badań niemieckich laboratoriów bywają szokujące. Wiele przetestowanych przez nich, a rekomendowanych przez polskie instytucje produktów nie nadawało się lub wciąż nie nadaje się do regularnego spożycia. Co ciekawe, najwięcej zastrzeżeń dotyczy żywności polecanej przez Instytut Matki i Dziecka w codziennej diecie niemowląt i dzieci.

Śnieżnobiałe lastriko

Na zlecenie miesięcznika konsumenckiego niemieccy analitycy przebadali wodę Żywiec Zdrój. Instytut Matki i Dziecka właśnie ten produkt poleca w żywieniu najmłodszych. Badania przeprowadzono dwukrotnie, z rocznym odstępem. W obu przypadkach okazało się, że w wodzie Żywiec Zdrój jest więcej bakterii niż w tej z kranu. – Gdyby to była kranówa, sanepid odciąłby jej dopływ – uważa doktor Hałat, były główny inspektor sanitarny. Epidemiolog dodaje, że wodę z tak wielką ilością bakterii można podawać niemowlętom wyłącznie po przegotowaniu. Ale o tym na etykiecie butelki nie było i nadal nie ma słowa.
Agnieszka Dunal z Wrocławia, mama trzyletniego Jasia, o bakteriach w wodzie Żywiec Zdrój dowiedziała się niedawno. Wcześniej przetestowała popularne deserki dla niemowląt. Na podłodze z lastriko. Długo i z niedowierzaniem wpatrywała się w podłogę, na której kilka godzin wcześniej rozbiła niewielki słoik. Był w nim deser owocowy dla niemowląt znanej firmy.
– Nie mogłam uwierzyć! Podłoga w miejscu, gdzie rozlał się smakołyk, stała się śnieżnobiała – opowiada matka. – Zaczęłam się zastanawiać, czy to jabłko, morela, czy może dodatek witaminy C zachował się jak środek wybielający? I jaki wpływ może mieć ten cudowny wybielacz na organizm mojego dziecka?
Na etykiecie deseru Agnieszka Dunal nie doczytała się, ile witamin znalazło się w słoiczku, doczytała się za to, że skład produktu został uzgodniony z Instytutem Matki i Dziecka, który reklamuje się na swej stronie internetowej jako „ekspert w opiece nad rodziną”. Postanowiła pisemnie poradzić się eksperta. Na pierwszy list Instytut nie odpowiedział. Na drugi, w ostrzejszym już tonie, przyszła odpowiedź.
– Dowiedziałam się, że za jakość produktu i jego rzeczywisty skład odpowiada producent – dziwi się Agnieszka Dunal. – Czyli że naukowcy w ogóle nie badali, co znajduje się w deserze, na którym się podpisali. Oświecono mnie jeszcze, że dzięki witaminie C dzieci w Polsce nie mają szkorbutu.
– Rzeczywiście wiemy na pewno, że witamina C zapobiega szkorbutowi – zapewnia Wojciech Matusewicz, ale dodaje: – Poza tym niewiele więcej wiemy. Nie ma żadnych poważnych badań, które potwierdzałyby popularną tezę, że witamina C na przykład zapobiega przeziębieniom lub je łagodzi. A dodaje się ją dziś, zwłaszcza dzieciom, do wszystkiego. Jest w kaszkach, zupkach, serkach i napojach. Tymczasem nadmiar witaminy C, także wbrew obiegowej opinii, jest szkodliwy – powoduje kamicę nerkową.
Agnieszka Dunal na wszelki wypadek postanowiła bojkotować produkty rekomendowane przez Instytut Matki i Dziecka.
Nie udało nam się dowiedzieć, czy uczyniła słusznie. Sławomir Janus, dyrektor Instytutu Matki i Dziecka, jest zbyt zajęty, by rozmawiać z dziennikarzami. Trzeba długo czekać, by pisemnie odpowiedział na pytania, a efekt tego oczekiwania jest niejednoznaczny. „Rekomendując dany produkt spożywczy, [Instytut Matki i Dziecka – przypis autora] bierze pod uwagę jego skład, wartość odżywczą i jakość zdrowotną” – czytamy w piśmie od Sławomira Janusa, a „rekomendacje Instytutu otrzymują tylko te produkty, które produkowane są zgodnie z dobrą praktyką produkcyjną i dobrą praktyką higieniczną, w zakładach pracujących w systemach zabezpieczających jakość produkcji i gwarantujących bezpieczeństwo produktu finalnego”.

Trzy kawki

Rekomendacji ekspertów uwierzyła Beata Wasilewska, projektantka wnętrz, a po godzinach wróżka tarocistka. Z ulgą przyjęła do wiadomości, że oto prawie bezkarnie może sobie pozwolić na trzy mocne kawki dziennie. W sprzedaży pojawiła się bowiem kawa Astra polecana (jako jedyna kawa w Polsce) przez Instytut Żywności i Żywienia. I reklamowana jako „najzdrowsza ze wszystkich kaw”. Wasilewska piła więc Astrę jak inni mleko. Do czasu, gdy na początku marca dowiedziała się z gazety, że główny inspektor sanitarny zaczął w pośpiechu kawę Astra wycofywać z rynku.
Sprawę wykrył i nagłośnił marcowy „Świat Konsumenta”. W rozpuszczalnej Astrze Classic wynajęci przez miesięcznik niemieccy laboranci znaleźli dwukrotnie więcej toksycznej ochratoksyny A wytwarzanej przez pleśń, niż zezwalają na to europejskie normy. Zaraz potem kawą zainteresował się poznański sanepid. Z jego testów wynikało, że norma ochratoksyny A, substancji rakotwórczej niebezpiecznej dla układu odpornościowego i nerwowego człowieka, została w pobranych przez inspektorów próbkach Astry przekroczona cztery razy.
Właścicielka palarni Apolonia Wojciechowska zrzuciła winę za trefny towar na dystrybutora z Hamburga, od którego kupiła kawę, i ogłosiła, że wycofa Astrę Classic ze sklepów.

Wzajemne korzyści

Niemieckie laboratoria na prośbę „Świata Konsumenta” przebadały także inne rekomendowane produkty, w tym Danonki i Morlinki polecane przez Instytut Matki i Dziecka. Okazało się, że zarówno serki Danonki, po których, jak głosi reklama, dzieci mają „mocne kości”, jak i parówki Morlinki, po których „rosną w siłę”, powinny być podawane maluchom sporadycznie.
– Parówki z założenia są dla dzieci za tłuste – uważa, podobnie jak eksperci „Świata Konsumenta”, Bogusława Karłowska z Państwowego Zakładu Higieny. Za tłuste są również dla warszawskiego sanepidu, który zakazał podawania parówek dzieciom w przedszkolach.
– Danonki z kolei są zdecydowanie zbyt słodkie, by stosować je w codziennej diecie dziecka – twierdzi doktor Jolanta Mikołajewicz, znany warszawski lekarz pediatra. – Nadmiar cukru, zwłaszcza w połączeniu z mlekiem i jego przetworami, może zrujnować zdrowie malucha. Cukier to jedna z najbardziej szkodliwych substancji dla człowieka, a szczególnie dla małego człowieka.
Danone wprowadził serki Danonki na polski rynek, gdy dowiedział się od ekspertów z Instytutu Żywności i Żywienia oraz Instytutu Matki i Dziecka, że w diecie polskich dzieci brakuje wapnia. Co więcej, koncern w zeszłym roku opłacił badania dotyczące zawartości wapnia w diecie najmłodszych Polaków. Badania prowadziły właśnie oba instytuty podległe Ministerstwu Zdrowia. – W zamian za wkład finansowy w badania Danone zwrócił się z prośbą o udostępnienie danych związanych ze spożyciem wapnia i witaminy D, aby upewnić się, czy aktualny poziom wzbogacenia Danonków w wapń i witaminę D jest zgodny z potrzebami żywieniowymi dzieci w wieku przedszkolnym w Polsce – tłumaczy Przemysław Pohrybieniuk, dyrektor do spraw relacji zewnętrznych firmy Danone.
Dyrektor Janus z Instytutu Matki i Dziecka nie widzi nic złego w takiej kooperacji: „Współpraca instytucji naukowych z partnerem przemysłowym jest częstą praktyką w różnych krajach świata, gdzie przemysł wspiera prowadzenie badań naukowych” – napisał. Zresztą – dodał – dla Instytutu samodzielne przeprowadzenie tych badań byłoby zbyt kosztowne.
Ale Piotr Koluch ze „Świata Konsumenta” nie podziela jego zdania: – Owszem, zdarza się także na Zachodzie, że prywatne firmy sponsorują badania naukowe, ale jest to zazwyczaj kilka konkurujących ze sobą koncernów. Finansowanie publicznego badania przez jedną firmę, która wykorzystuje wyniki naukowców dla własnych korzyści, to ewenement na skalę Europy.
Od dyrektora Janusa dowiedzieliśmy się jeszcze, że znak Instytutu Matki i Dziecka jest rozpoznawalny przez rodziców i cieszy się ich zaufaniem.

Pseudonaukowa ściema

Kilka lat temu powiązany z francuskim mlecznym koncernem Instytut Danone zaczął wydawać publikacje naukowców z Instytutu Żywności i Żywienia. Wysokość honorariów dla żywieniowców objęta została tajemnicą. Piotr Koluch ze „Świata Konsumenta” wspólną akcję IŻŻ i Danone uznaje za kompromitację naukowców. – To wielka, pseudonaukowa ściema. To tak jakby komisję do spraw Orlenu sponsorował Orlen – oburza się.
– Ten rodzaj współpracy zakończyliśmy. Od pewnego czasu już nic w Instytucie Danone nie publikujemy – twierdzi doktor Lucjan Szponar, zastępca dyrektora do spraw bezpieczeństwa żywności w IŻŻ.
Ale logo Instytutu nadal widnieje na sztandarowym produkcie Danone – Actimelu. Dziś reklamowanym przez Tomasza Zubilewicza, gwiazdę programów pogodowych TVN. Zubilewicz zapewnia, że odkąd pije Actimel, zrobił się „pogodoodporny”. Wcześniej jogurt z dodatkiem bakterii Lactobacillus casei defensis reklamował w telewizji niby-lekarz. Podkreślając, że Actimel przetestowali specjaliści z Instytutu Żywności i Żywienia, zapewniał, że wystarczy pić cudowny jogurt przez dwa tygodnie, a poczuje się różnicę.
– To było bardzo śmieszne i... tylko śmieszne – mówi profesor Piotr Heczko, kierownik Katedry Mikrobiologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Wiele wskazuje na to, że bakterie kwasu mlekowego, które znajdują się w jogurtach, sprzyjają zdrowiu, ale na poważne wnioski trzeba jeszcze z powodu braku odpowiednich badań poczekać. Wiemy jedynie na podstawie pełnych analiz klinicznych, że probiotyki, jak ten w Actimelu, łagodzą przebieg biegunek u dzieci.
Sporo na temat Actimelu można dowiedzieć się ze strony internetowej polskiej Federacji Konsumentów. Na przykład, że trzy lata temu Francuska Agencja do spraw Bezpieczeństwa Sanitarnego Żywności oceniła dowody naukowe, które miały potwierdzać zapewnienia o wspaniałym działaniu jogurtu umieszczane na jego etykiecie. Agencja uznała, że dziewięć na dziesięć twierdzeń Danone na temat Actimelu jest nieprecyzyjnych lub nieuzasadnionych naukowo.
– To dotyczyło Francji, a nie Polski – wyjaśnia Bogumiła Radwańska z firmy Danone.
Jednak według farmakologa Wojciecha Matusewicza na opakowaniach rekomendowanych w Polsce produktów można znaleźć sporo naukowo nieuzasadnionych twierdzeń. Jego niepokój budzi na przykład dodatek witaminy D w Danonkach. – Jej nadmiar może powodować poważne uszkodzenie nerek i serca, zwłaszcza u niemowląt i dzieci – grzmi. A witamina D dodawana jest z założenia do mleka dla najmłodszych, jest też często przepisywana przez pediatrów jako suplement diety. – Jeśli podamy dzieciom jeszcze serki wzbogacone w tę witaminę, zdecydowanie zwiększamy ryzyko przedawkowania.
Lucjan Szponar z Instytutu Żywności i Żywienia w piśmie do „Przekroju” zapewnia jednak, że IŻŻ udzielił firmie Danone pozytywnej opinii na temat danonków, uznając wzbogacenie serków w witaminę D w określonej ilości za potrzebną i bezpieczną.

Nie prać kota w pralce

– Czy przedawkowałam ochratoksynę A, pijąc trzy razy dziennie najzdrowszą ze wszystkich kaw? – zastanawia się Beata Wasilewska. – A jeśli tak, kogo powinnam za to winić? Jej producenta czy Instytut Żywności i Żywienia, który tak gorąco ją polecał? I komu właściwie powinnam dać w pysk, że tak bezczelnie mnie oszukał?
– Gdyby to zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawo oparte jest na precedensach, pani Beata miałaby zapewne spore szanse na odszkodowanie. Tam karze się nawet producenta pralki, jeśli nie ostrzegł klienta, że nie wolno w niej prać kota – mówi Aleksandra Frączek, prawnik z Federacji Konsumentów. – Ale przed polskim sądem nabywca musiałby wykazać, że poniósł z powodu picia skażonej kawy materialną szkodę, a nawet tę szkodę przeliczyć na pieniądze. Uzyskanie rekompensaty byłoby tu bardzo trudne.
Polskie prawo nie zabrania publicznym jednostkom naukowo-badawczym zawierania umów biznesowych z prywatnymi firmami. Dlatego rekomendacjami instytutów nie interesuje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który zainterweniował tylko raz, gdy firma Morliny, producent morlinek, użyła logo IMiD na etykietach innych produkowanych przez siebie parówek. Nie interesuje się nimi także Naczelna Izba Lekarska.
– Lekarze nie mogą reklamować swoim nazwiskiem żadnych produktów – mówi doktor Jerzy Umiastowski z Izby. – Na wodzie Żywiec Zdrój czy Danonkach nazwisk lekarzy nie znajdziemy.
Podejrzanymi rekomendacjami nie zajmuje się również sprawujący formalną pieczę nad instytutami minister zdrowia. – Skoro jest to zgodne z prawem, to jest dozwolone – twierdzi rzecznik ministerstwa Paweł Trzciński. Ale obiecuje, że minister się zorientuje, czy podległe mu jednostki rzetelnie badają produkty, które polecają.
– To się dzieje poza jakąkolwiek kontrolą, bo przecież nikt dotąd nie sprawdzał, czy rekomendowane produkty rzeczywiście są przez instytuty badane – denerwuje się Piotr Koluch ze „Świata Konsumenta”. Jego zdaniem nie są.
– Posługujemy się często dokumentacją przekazaną nam przez producenta – przyznaje Lucjan Szponar z Instytutu Żywności i Żywienia. – Jeśli badania wykonały akredytowane europejskie laboratoria, nie widzimy podstaw, by kwestionować wyniki.
Tyle tylko, że przeciętny konsument, widząc logo szanowanego instytutu na wodzie lub parówkach, jest przekonany, że ten instytut rzetelnie je przebadał. – Jest pewny, że to towar najwyższej jakości, że jest zdrowy i bezpieczny – dodaje Zbigniew Hałat.
Okazuje się jednak, że żywność z rekomendacją szanowanego instytutu bywa równie zdrowa jak rekin z Grenlandii.
 


 
 
Słowo Polskie Gazeta Wrocławska, 3. czerwca 2005r.

Kawiarnia w ampułce

Wycofany preparat pobudzający jest tylko jednym z wielu, przed którymi ostrzegają naukowcy

 W atmosferze skandalu wycofywano w ubiegłym tygodniu z polskich aptek preparat wspomagający Speed 8. Specjaliści orzekli, że jest on niebezpieczny dla zdrowia, bo zawiera zbyt dużo kofeiny. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej producent i dystrybutor specyfiku tłumaczyli, że zażywanie Speed 8 niczym nie grozi. Czy podobnie jak w przypadku wielu innych tego typu preparatów?

Jedna porcja Speed 8 zawiera tyle kofeiny, ile dostarczymy organizmowi, wypijając osiem filiżanek kawy
Taka gigantyczna dawka w środkach spożywczych to wcale nie rzadkość.
– Nie wiem, dlaczego akurat wokół Speed 8 zrobiła się taka afera – mówi Korneliusz Sosnowski-Pawluk, właściciel jednego z wrocławskich sklepów z odżywkami i suplementami żywności dla sportowców. – Jego skład nie jest jakiś nadzwyczajny. Większość preparatów wspomagających zawiera kofeinę. W korzystniejszej dla zdrowia postaci niż ta, którą mamy w kawie. Kawa ma dodatkowo garbniki, które nie są zdrowe. Na pewno lepiej zażyć coś takiego niż wypić osiem kaw.

Nie gorszy od innych
Korneliusz Sosnowski-Pawluk nie wycofał Speed 8 ze swojego sklepu. Uważa, że nie ma do tego żadnych prawnych podstaw. Preparat został dopuszczony do sprzedaży przez Główny Inspektorat Sanitarny. Opinię w tej sprawie wydawał Instytut Żywności i Żywienia, jak w przypadku większości dopalaczy. Skoro coś jest na rynku legalnie, nie ma obowiązku, by przestać to sprzedawać. Środek kupują osoby dorosłe, zażywają go na własną odpowiedzialność. W ulotce mają wyraźnie określone przeciwwskazania. Sprzedawca nie wierzy także w ostrzeżenia specjalistów o szkodliwości preparatu.
– Wypróbowałem go na sobie i rodzinie – zapewnia świeżo upieczony inżynier ochrony środowiska. – Wypiłem nawet dwie ampułki naraz. Nie zauważyłem niepokojących reakcji. Mimo że producent zastrzega w ulotce, by nie łączyć preparatu z alkoholem, popiłem go piwem. I znowu nic.
Atakowi na Speed 8 dziwi się także – choć z zupełnie innego powodu – dr Zbigniew Hałat, szef Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumenta.
– Pewnie za tą awanturą stoi jakaś konkurencja – przypuszcza dr Hałat. – Producent innego tego typu, zabójczego dla zdrowia, specyfiku.

Pobudzić się na śmierć
Bo co do tego, że Speed 8 jest szkodliwy, dr Hałat nie ma wątpliwości. Tyle, że to szkodliwość nie mniejsza niż innych produktów, których na rynku nie brakuje i na które panuje moda. Groźne wspomagacze dobrego nastroju sprzedawane są w hipermarketach i nachalnie reklamowane.
– Udokumentowany jest przypadek studentki ze Szwecji, która po wypiciu dwóch popularnych napojów pobudzających zmarła – przypomina dr Zbigniew Hałat. – Pewnie, że można mówić o nieszczęśliwym wypadku. Bez wątpienia jednak napój zawiera kofeinę, a ona ma swoje konkretne działanie.
Wśród innych skutków jej działania za najbardziej niebezpieczne dr Hałat uważa przyspieszenie akcji serca. Nadmierna praca serca to duże obciążenie, zwłaszcza dla młodych ludzi. A to właśnie oni są głównymi odbiorcami dopalaczy.
– Wzrost ciśnienia tętniczego krwi, zaburzenia w układzie przemiany materii i wewnętrznego wydzielania – dodaje do tego prof. Marek Zatoń z Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. – Samo zwiększenie ciśnienia jest bardzo groźne i bywa brzemienne w skutkach. Nawet, gdy dopuszczane do sprzedaży preparaty są badane, to przecież nikt nie bada ich na całej populacji. Ludzki organizm może różnie reagować, każdy reaguje na inną dawkę.

Ożywieni na krótko
Profesor jest zdecydowanym przeciwnikiem nie tylko dopalaczy, ale i – jak to określa – „głupawej” suplementacji. Uważa, że to droga donikąd. W środowisku osób związanych ze sportem jego poglądy nie są popularne.
– Wielu trenerów uważa, że bez suplementacji nie ma wyników – mówi prof. Zatoń. – Ja nazywam to ukrytym dopingiem i znam konkretne przypadki sukcesów sportowych bez stosowania takich rzeczy. Osiągnięcie wyniku bez wspomagania jest w sporcie możliwe. Przed dopalaczami ostrzegam nie tylko sportowców, ale wszystkich. Nawet zmęczony kierowca powinien raczej się zatrzymać i zdrzemnąć, niż sztucznie pobudzać.
Właśnie kierowcy muszą być ostrożni, sięgając po środek z kofeiną. To substancja dość oszukańcza.
– Początkowo rzeczywiście człowiek się ożywia – wyjaśnia dr Hałat. – Trwa to jednak tylko przez jakiś czas, potem następuje skutek odwrotny: głęboki dół, senność. W tym momencie kierowca jest podatny na ryzykowne zachowania.
Nie ulega także kwestii, że środki pobudzające uzależniają. Kiedy zasmakuje się sztucznego ożywienia, potrzebuje się go stale. Bo skoro to takie łatwe, dlaczego sobie nie pomóc?

Niech czytają ulotki
Zdaniem Korneliusza Sosnowskiego-Pawluka, krytyczne głosy wobec dopalaczy to bzdury. Jego klienci to głównie osoby trenujące na siłowniach, chcące zwiększyć sobie masę mięśniową. Na ogół mają po 16-17 lat, zależy im na dobrych efektach. I preparaty pomagają. Sam pan Korneliusz także korzysta ze wspomagania od kilku lat. Trenuje dla przyjemności, zależy mu na dobrym wyglądzie. Nie bez związku ze swoją pracą – skoro handluje preparatami dla dbających o mięśnie, nie może być chudy jak patyk. Stałby się wówczas sam dla siebie antyreklamą. Na pewno nie uważa się za uzależnionego – nie bierze regularnie i nie ma najmniejszych problemów z przerwaniem. Do opinii naukowców podchodzi krytycznie.
– Zetknąłem się nawet ze zdaniem, że odżywki dla sportowców są szkodliwe – mówi. – A przecież to nic innego jak witaminy, węglowodany i mikroelementy. Jak to może szkodzić?
Dla ostrożności, zawsze poleca klientom lekturę ulotek dołączanych przez producentów do preparatów. Często są one mocno rozbudowane. Wyraźnie jest w nich napisane, kto nie może spożywać środka (na ogół są to kobiety w ciąży, cukrzycy) i z czym nie można go łączyć (najczęściej z alkoholem i różnymi lekami).

Kwestia świadomości
Do Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumenta nie wpływają skargi na ogólną dostępność tego typu specyfików. Zdaniem dr. Hałata, nie świadczy to jednak o tym, że w Polsce nie stanowi to problemu. Gorzej – bo to problem, na który zbyt mało zwraca się uwagę.
– Tak jest zresztą z większością spraw dotyczących zdrowia i praw konsumentów – uważa dr Hałat. – Niezmiernie mało się u nas publikuje na takie tematy. A szkoda. W wielu zachodnich krajach zakazuje się reklamy fast foodów i wyrzuca się je ze szkół, podczas gdy u nas niejednokrotnie do takiej żywności zachęcają dzieci nauczyciele. Niestety, potrafimy chorobliwie ekscytować się wydarzeniami politycznymi przy zupełnym lekceważeniu tego, co dla nas najważniejsze. Zdrowia.
Mimo wszystko szef stowarzyszenia mającego dbać o konsumentów nie uważa, że należałoby zaostrzać zasady wprowadzania środków pobudzających do sprzedaży. To nie są w końcu leki. Wystarczyłoby, gdyby nie wolno było reklamować takich produktów, analogicznie choćby do fast foodu na Zachodzie.
W sklepie pana Korneliusza po ubiegłotygodniowej awanturze pozostał jednak ślad.
– Zdecydowanie mniej osób pyta o Speed 8 – przyznaje sprzedawca. – Ale i przedtem nie cieszył się oszałamiającym powodzeniem. Prawdopodobnie ze względu na cenę, która nie jest najniższa.

Szkodzi nerwowym
Kofeina pobudza ośrodkowy układ nerwowy, poprawia procesy kojarzenia, zmniejsza zmęczenie, rozszerza naczynia mózgowe i wieńcowe, zwiększa wydzielanie soków trawiennych. Z tych powodów stosowana jest w lecznictwie (np. wzmacnianie akcji serca, zatrucia). Jest to jednak broń obosieczna: zbyt dużo kofeiny oznacza bezsenność, drżenie rąk, niemiarowość czynności serca, duszności, drgawki, poty, wrzody żołądka i dwunastnicy, zaburzenie gospodarki mineralnej (powoduje niedobory wapnia, żelaza, potasu i cynku). Szkodzi osobom znerwicowanym,, żyjącym w stresie, cierpiącym na nadciśnienie, wrzody, cukrzycę.

Najpopularniejszy narkotyk
Kofeina jest najczęściej stosowanym na świecie środkiem poprawiającym nastrój, dystansuje pod tym względem nikotynę i alkohol. To także jedyna psychoaktywna substancja uzależniająca, którą podajemy dzieciom. W krajach rozwiniętych już noworodki przychodzą na świat ze śladami kofeiny we krwi. Długotrwałe spożywanie kofeiny powoduje konieczność ciągłego zwiększania dawki.
Zażywamy ją często bezwiednie pod postacią tabletek dietetycznych, środków przeciwbólowych i napojów gazowanych, głównie tzw. energetyzujących (Red Bull, Isostar, Powerade, Tiger). Niektóre z napojów zawierają także efedrynę, która w połączeniu z kofeiną jest śmiertelnym zagrożeniem dla serca. Amerykanie wydają rocznie 30 mln dolarów na kofeinowe pigułki i 50 mln dolarów na napoje z kofeiną.
Naturalnym źródłem kofeiny są nasiona kawy, liście herbaty, zarodki kola, nasienie kakaowca, guarana, ziele mate.

Alicja Giedroyć
 


 
miesięcznik „ŚWIAT KONSUMENTA” (DZIAŁ „STRONA HAŁATA”)
grudzień 2003, Nr 12 (28)

Zakazane reklamy

Produkty smażone i tłuste, a przy tym solone od dawna uznane są za zagrażające zdrowiu. Do szczególnie ryzykownych produktów należą czipsy, skoro w 100 g wyrobu gotowego do spożycia jest aż 40 g tłuszczu (kaloryczność 100 g czipsów sięga 550 kcal, czyli 1/4 - 1/5 dziennego zapotrzebowania dziennego osoby dorosłej, a owe 40 g tłuszczu stanowi pokrycie 40-60% zapotrzebowania dziennego osoby dorosłej), z kolei zawartość sodu 750-850 mg w 100 g czipsów przekracza dzienną dopuszczalną ilość tego szkodliwego w nadmiarze minerału, która dla osoby dorosłej w wieku 26-60 lat wynosi 575 g na dzień. Od lat popularyzowane przeze mnie Zalecenia Dietetyczne dla Amerykanów ostrzegają przed szkodliwymi następstwami spożywania nadmiaru sodu i zachęcają do podjęcia następujących działań na rzecz jego ograniczenia w pożywieniu:

W sklepie:

  • staraj się wybierać warzywa bez dodanej soli: świeże, mrożone bez dodatków lub konserwowane – mają mało soli
  • staraj się wybierać świeże lub mrożone ryby, drób i mięso – zawierają mniej soli niż większość produktów konserwowanych  i przetworzonych
  • czytaj etykiety, aby porównać ilość sodu w przetworzonych środkach spożywczych, takich jak mrożone zestawy obiadowe, pakowane mieszanki, płatki, ser, chleb, zupy  i sosy. Różnią się one nieraz znacznie zawartością sodu
  • szukaj produktów oznakowanych jako niskosodowe, które nie powiny zawierać więcej niż 140 mg (5% dziennego zapotrzebowania) na porcję - zabiegaj o to, aby na półkach sklepowych znalazło się więcej produktów niskosodowych
Gotując i jedząc w domu:
  • jeżeli używasz soli podczas gotowania lub przy stole, dodawaj jej w małych ilościach. W celu poprawy smaku potraw naucz się raczej używać przypraw i ziół niż soli
  • z umiarem używaj takich dodatków jak sos sojowy, ketchup, musztarda, pikle i oliwki – mogą spowodować, że w pożywieniu znajdzie się dużo soli
  • zostaw solniczkę w kredensie
 Jedząc poza domem:
  • wybieraj proste potrawy – z grila lub z pieczone, pieczone ziemniaki i sałatę z oliwą i octem winnym. Dania smażone w panierce, złożone, jak np. gulasz, sosy do makaronu zawierają zazwyczaj dużo soli
  • poproś o przygotowywanie potraw bez soli
Zawsze:
  • staraj się jeść dużo owoców i warzyw
  • pij wodę bez ograniczeń. Zazwyczaj zawiera bardzo mało sodu. Sprawdź zawartość sodu podaną na etykiecie
Od wiosny 2002r. wiadomo, że pod wpływem wysokiej temperatury w potrawach zawierających węglowodany złożone powstaje rakotwórczy akryloamid i dlatego - w trosce o zdrowie konsumentów - dla czipsów sprzedawanych w Niemczech wyznaczono nieprzekraczalną temperaturę smażenia 175 st. C, a pieczenia 180-190 st. C.

Mając tę wiedzę, rodzice oddający swoje dzieci pod opiekę jednej z wrocławskich szkół doznali szoku wręcz cywilizacyjnego, kiedy okazało się, że ich pociechom nauczyciele wręczali po kilka paczek reklamowych czipsów. Nota bene korytarze tej szkoły były ozdobione plakatami reklamującymi szampan. Na razie bezalkoholowy. Inne wrocławskie dzieci nauczyciele zaprowadzili na lekcje do restauracji McDonald's. Jeszcze inne (a może te same?)  przychodzące do szkoły z oczywistej potrzeby, ale też pod przymusem szkolnym, który przewiduje sankcje karne nakładane na rodziców i opiekunów za nieuczestnictwo dziecka w zajęciach szkolnych, w zamian za lekcję wychowania fizycznego musiały wysłuchać prezentacji reklamowej produktów mających jakoby leczyć trądzik młodzieńczy. W ciągu jednej godziny lekcyjnej ta młodzież szkolna była świadkiem i ofiarą złamania wielu obowiązujących w Polsce ustaw, z prawem farmaceutycznym włącznie.

Ukształtowanym w tak antyzdrowotnej atmosferze zakładów nauczania i wychowania obywatelom kraju członkowskiego Unii Europejskiej trudno będzie zrozumieć przyczyny, dla których lekarze i ich sojusznicy podejmują wytężone wysiłki na rzecz wprowadzenia na terenie Unii zakazu skierowanych do dzieci telewizyjnych reklam żywności i napojów. Ponieważ szacuje się, że każdemu euro wydanemu przez Światową Organizację Zdrowia na zapobieganie otyłości, nadciśnieniu i innym skutkom ociekających tłuszczem zachodnich diet, odpowiada 500 euro przeznaczonych przez producentów na promocję żywności i napojów, przy ograniczaniu "wolności reklamy" należy oczekiwać niemałych napięć w przeżartym korupcją państwie polskim (w 2003r. wśród krajów bez korupcji znaleźliśmy się ex equo z Meksykiem na 64 pozycji, tuż przed Chinami...). Trudno też będzie o niezależne forum publicznej dyskusji, w końcu niemal wszystkie media żyją z reklamy i lobbingu, a rzetelność dziennikarska i wiarygodność wielu redakcji to nic więcej jak kwiatek z trudem przypinany do niezbyt czystego kożucha.

Niech więc czytelnicy "Świata Konsumenta" mają przywilej możliwości oceny wydarzeń z wrocławskich szkół w świetle  następujących faktów:

  • spożywanie tłustych  potraw i słodzonych napojów prowadzi do otyłości, chorób serca, niektórych postaci raka i cukrzycy dietozależnej, która dawniej spotykana dopiero u osób w średnim wieku, obecnie szerzy się wśród dzieci; to samo dotyczy wysokiego poziomu cholesterolu, miażdżycy i nadciśnienia u dzieci
  • w świecie zachodnim utrwala się zagrażające odwróceniem się trendu przyrostu długości życia nasilenie zdefiniowanej klinicznie otyłości, która obejmuje 1/5 populacji i nadwagi, która dotyczy 2/5 ludności. Warto zapamiętać, że NADWAGA ZNIEKSZTAŁCA, OTYŁOŚĆ ZABIJA
  • w roku 2002 branżowe czasopismo International Journal of Advertising and Marketing to Children ujawniło, że 31% of trzylatków pamięta, że widziało logo koncernu Coca-Cola, 69% koncernu McDonald's, a 66% słodyczy-zabawek Kinder. Ta wiadomość szczególnie zbulwersowała Brytyjczyków, gdy zestawiono ją z oficjalnym raportem wykazującym, że około połowy cztero- i pięciolatków wchodzących po raz pierwszy w szkolne mury nie rozpoznaje swoich nazwisk, albo nie umie mówić w sposób zrozumiały dla innych, albo też liczyć do 5.
W Wielkiej Brytanii, gdzie otyłość stwierdzono u 8,5% sześciolatków i 15% piętnastolatków tamtejsza Food Standards Agency zaleca władzom podjęcie następujących działań:
  • ograniczenie tłuszczu, soli i cukru w pożywieniu dla dzieci 
  • ograniczenie ilości reklam słodyczy i przekąsek podczas programów dla dzieci
  • zakazanie reklam żywności i napojów w programach dla dzieci w wieku przedszkolnym
  • zobowiązanie producentów do obowiązkowego zamieszczania ostrzeżeń zdrowotnych na niektórych artykułach spożywczych
  • zakazanie umieszczania w szkołach automatów do sprzedaży wyłącznie słodzonych napojów i słodyczy
  • zablokowanie udziału gwiazd, w tym sportu, w reklamie słodyczy i promocjach słodyczy i przekąsek na terenie szkół
Żądania te mają dobre podstawy naukowe w postaci opublikowanego we wrześniu b. r. raportu zespołu prof. Gerarda Hastingsa z Centre for Social Marketing, University of Strathclyde. Konkluzja analizy 101 projektów badawczych dotyczących wpływu promocji żywności i napojów na dzieci brzmi następująco: "reklama skierowana do dzieci wywiera wpływ na ich preferencje, zachowanie podczas zakupów i konsumpcję, a efekt ten ujawnia się nie tylko w odniesieniu do rozmaitych marek, lecz także dotyczy różnych rodzajów żywności i napojów."

Europejska Sieć na rzecz Serca (European Heart Network), skupiająca fundacje i inne organizacje pozarządowe z 25 krajów Europy, w tegorocznym stanowisku w sprawie nowelizacji dyrektywy 89/552/EEC "Telewizja bez granic" podkreśla, że gdyby postanowienia dyrektywy były w pełni realizowane, skierowana do dzieci reklama żywności i napojów byłaby już wszędzie ograniczona lub zakazana, wobec udowodnionego związku tej reklamy z poważnym zagrożeniem zdrowia grupy docelowej, jak i też prowokowaniem nacisku na rodziców. Wszak zapisy dyrektywy głoszą, że reklama telewizyjna nie powinna zachęcać do zachowań zagrażających zdrowiu i bezpieczeństwu (Art. 12), sprowadzać szkód moralnych i fizycznych na nieletnich (Art. 16.1), bezpośrednio zachęcać nieletnich do przekonywania jednego z rodziców lub innej osoby do zakupu reklamowanego towaru lub usługi(16.1 (b).

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku życzę Państwu głębokiej refleksji przed telewizorem. 
 


 
 
Gazeta Wyborcza, 11. grudnia 2004r.

Reklama w szkołach

Paweł Reszka 

Choć władze oświatowe od ponad roku podkreślają, że szkoła nie powinna być miejscem na reklamę, Rexona znalazła sposób, by przekazać swoje kosmetyki lubelskim uczniom

Rexona sponsoruje akcję "Stres pod kontrolą", którą w klasach maturalnych realizuje wspólnie z Polskim Towarzystwem Oświaty Zdrowotnej. W tym roku ma w niej uczestniczyć ok. 23 tys. uczniów naszego województwa, z tych szkół, których dyrektorzy zgodzili się na udział w programie. Rozpocznie się na przełomie grudnia i stycznia. Podczas dwóch godzin lekcyjnych uczniowie zobaczą film, który - według organizatorów - pomoże im nauczyć się radzić sobie ze stresem, otrzymają też m.in. materiały informacyjne dotyczące problemu oraz antyperspirant Rexony. Rodzice podczas wywiadówek dostaną ulotki, z których "dowiedzą się, jak pomóc dziecku w przygotowaniach do matury, nie potęgując jego stresu związanego ze zbliżającym się egzaminem". Wszystkie materiały opatrzone są logiem Rexony.

Bogdan Wagner, dyrektor VII LO: - Dla mnie jest to zwyczajna reklama. O akcji dowiedziałem się z lubelskiego sanepidu - otrzymałem telefon z pytaniem, czy chcę dostać materiały edukacyjne. Zgodziłem się. Po kilku dniach do szkoły przyszło pudło, w którym oprócz materiałów informacyjnych znajdowało się kilkanaście antyperspirantów Rexony. Uznałem, że nie będziemy brać w tym udziału.

Joanna Głuszczyszyn z agencji public relations, która na zlecenie Rexony zajmuje się promocją programu: - To nie jest kampania reklamowa, akcja ma bardzo szeroki zakres. Odbywa się już trzeci rok. Głównym celem jest realizacja programu edukacyjnego. Oczywiście Rexona jako sponsor chce, by było wiadomo, dzięki komu program jest realizowany. To buduje pozytywny wizerunek marki - przekonuje. I dodaje: - Pomysłodawcą jest Rexona, a w dotarciu do szkół pomaga nam Polskie Towarzystwo Oświaty Zdrowotnej, którego udział w tej akcji finansuje Rexona. Z kolei towarzystwo ma członków również w sanepidzie

Koordynatorem programu na Lubelszczyźnie jest Bernardyna Kornas z lubelskiego sanepidu: - Kuratorium wie o tym programie i go akceptuje - zapewnia. 

Jolanta Kasprzak, rzeczniczka kuratorium, jest zdziwiona: - Pierwsze słyszę. Rozdawanie przez firmę produktów w szkołach jest po prostu ich reklamą i absolutnie nie powinno mieć miejsca - podkreśla. 

Część dyrektorów nie widzi w programie "Stres pod kontrolą" nic złego. W Lublinie bierze w nim udział m.in. IX LO. - Jest po prostu pożyteczny. Zajęcia poprowadzi m.in. nasz szkolny pedagog. Młodzież nauczy się, jak poradzić sobie ze stresem. Promocja Rexony nie jest nachalna, podczas programu nie sprzedaje się też kosmetyków. Uczniowie dostaną gadżety, ale nie jest to "nagroda" za udział w programie - zaznacza. 

Dla Gazety 

dr Ireneusz Siudem, Zakład Psychologii Społecznej UMCS

Stres to wśród polskich uczniów poważny problem. Zajęcia uczące młodych ludzi, jak sobie z nim poradzić, są w szkołach niezwykle potrzebne. Jednak na pewno nie wystarczą dwie godziny lekcyjne - stąd moje wątpliwości, czy w całej kampanii nie chodzi przypadkiem wyłącznie o reklamę sponsora. Jedną ze strategii reklamowych jest budowanie zaufania do marki - to oczywiste. 

Nie mam wątpliwości, że powinniśmy chronić szkoły przed reklamą. Uczniowie, nawet w starszych klasach, są bardzo podatni na reklamę. W sporej części jest ona skierowana do rodziców - przecież młodzi ludzie nie są samodzielni finansowo. Takie działanie jest nieetyczne.


 
 
 
 

Uwaga:

1) produkty smażone i tłuste, a przy tym solone od dawna uznane są za zagrażające zdrowiu, zaś czipsy należą do szczególnie ryzykownych produktów, skoro w 100 g jest aż 40 g tłuszczu (kaloryczność 100 g czipsów sięga 550 kcal, czyli 1/4 - 1/5 dziennego zapotrzebowania dziennego osoby dorosłej, a owe 40 g tłuszczu stanowi pokrycie 40-60% zapotrzebowania dziennego osoby dorosłej), z kolei zawartość sodu 750-850 mg w 100 g czipsów przekracza dzienną dopuszczalną ilość tego szkodliwego w nadmiarze minerału, która dla osoby dorosłej w wieku 26-60 lat wynosi 575 g na dzień

NADWAGA  I  OTYŁOŚĆ

2) od roku wiadomo, że pod wpływem wysokiej temperatury w potrawach zawierających węglowodany złożone powstaje rakotwórczy akryloamid i dlatego - w trosce o zdrowie konsumentów - dla czipsów sprzedawanych w Niemczech wyznaczono nieprzekraczalną temperaturę smażenia 175 st. C, a pieczenia 180-190 st. C.

AKRYLOAMID


 
 
SÓD

Zalecenia Dietetyczne dla Amerykanów ostrzegają przed szkodliwymi następstwami spożywania nadmiaru sodu i zachęcają do podjęcia następujących działań na rzecz zmniejszenia jego spożycia:
W sklepie:
- staraj się wybierać warzywa bez dodanej soli: świeże, mrożone bez dodatków lub konserwowe– mają mało soli
- staraj się wybierać świeże lub mrożone ryby, drób i mięso – zawierają mniej soli niż większość produktów konserwowanych  i przetworzonych
- czytaj etykiety, aby porównać ilość sodu w przetworzonych środkach spożywczych, takich jak mrożone zestawy obiadowe, pakowane mieszanki, płatki, ser, chleb, zupy  i sosy. Różnią się one nieraz znacznie zawartością sodu
- szukaj produktów oznakowanych jako niskosodowe, które nie powiny zawierać więcej niż 140 mg (5% dziennego zapotrzebowania) na porcję
- zabiegaj o to, aby na półkach sklepowych znalazło się więcej produktów niskosodowych
Gotując i jedząc w domu:
- jeżeli uzywasz soli podczas gotowania lub porzy stole, dodawaj jej w małych ilościach. W celu poprawy smaku potraw naucz się raczej używać przypraw i ziół niż soli
- z umiarem używaj takich dodatków jak sos sojowy, ketchup, musztarda, pikle i oliwki – mogą spowodować, że w pożywieniu znajdzie się dużo soli
- zostaw solniczkę w kredensie
Jedząc poza domem:
- wybieraj proste potrawy – z grila lub z pieczone, pieczone ziemniaki i sałatę z oliwą i octem winnym. Dania smażone  w panierce, złożone, jak np. gulasz, sosy do makaronu zawierają zazwyczaj dużo soli
- poproś o przygotowywanie potraw bez soli
Zawsze:
- staraj się jeść dużo owoców i warzyw
- pij wodę bez ograniczeń. Zazwyczaj zawiera bardzo mało sodu. Sprawdź zawartość sodu podaną na etykiecie


Z. Hałat, szmaragdowa książeczka "WODA DLA CIEBIE", nakładem Medycznego Centrum Konsumenta, Warszawa 2000, str139 
Medyczny przewodnik po wodzie do picia przeznaczony dla konsumentów, lekarzy i sprzedawców wody



M
C
K
alergie, zatrucia, zakażenia, urazy
dochodzenie przyczyn  w składzie: 
żywności, napojów, kosmetyków, leków i in. produktów,
w usługach oraz w otaczającym środowisku

PORADNIA 
MEDYCZNEGO CENTRUM KONSUMENTA
 

M
C
K


 

MEDYCZNE CENTRUM KONSUMENTA
 
 
 



§
§
§
§
§
kto wytwarza lub sprzedaje produkt niebezpieczny, ten odpowiada
za ciężki uszczerbek na zdrowiu, inne naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia, a także za doznaną krzywdę konsumenta

Naprawienie szkody obejmuje wszelkie wynikłe z tego powodu koszty 
Na żądanie poszkodowanego zobowiązany do naprawienia szkody powinien  wyłożyć z góry sumę potrzebną na koszty leczenia, a jeżeli poszkodowany  stał się inwalidą, także sumę potrzebną na koszty przygotowania do innego  zawodu. Jeżeli poszkodowany utracił całkowicie lub częściowo zdolność do  pracy zarobkowej albo jeżeli zwiększyły się jego potrzeby lub zmniejszyły  widoki powodzenia na przyszłość, może on żądać od zobowiązanego do  naprawienia szkody odpowiedniej renty. Jeżeli w chwili wydania wyroku szkody nie da się dokładnie ustalić, poszkodowanemu może być przyznana renta tymczasowa.

§
§
§
§
§



ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE
CZASOPISMO RUCHU OCHRONY ZDROWIA
AKTUALIZOWANA WERSJA ELEKTRONICZNA
"ZAGROŻENIA ZDROWIA W POLSCE"



STOWARZYSZENIE
  OCHRONY
     ZDROWIA
       KONSUMENTÓW
STOWARZYSZENIE OCHRONY ZDROWIA KONSUMENTÓW



ALFABETYCZNY SPIS ZAWARTOŚCI
STRON INTERNETOWYCH DOMENY HALAT.PL
DOTYCZĄCYCH OCHRONY ZDROWIA